Fantazja, Sensacja, Przygoda

OPOWIADANIA => Opowiadania => Wątek zaczęty przez: admin w Listopad 12, 2014, 11:27:26 am

Tytuł: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: admin w Listopad 12, 2014, 11:27:26 am

1.


– Podwójna whisky i jajecznica! – Larry krzyczał głośno od progu. Drzwi baru niemiłosiernie skrzypiały.


– Z ilu jajek? – Trwało dłuższą chwilę, nim dziewczyna odpowiedziała, przenosząc na gościa senny wzrok, bezmyślnie wlepiony w sufit.


– Z pięciu. Z sześciu, może…


– Na szynce, czy na bekonie?


– Na bekonie. Na szynce, może… – Larry przypomniał sobie, że właściwie to chyba powinien dbać o linię.


Szklaneczka whisky pojawiła się na stoliku w jednej chwili, na jajecznicę musiał trochę poczekać. Dziewczyna wycofała się zza lady i zniknęła we wnętrzu kuchni. Kuchenne drzwi stały rozwarte na oścież. Larry upił pół szklanki jednym haustem, resztę sączył małymi łykami. Skręcił papierosa: znowu wrócił do tego przeklętego nałogu. Dziewczyna męczyła się nad dymiącą patelnią, zerkając ukradkiem na przybysza.


– Pan pierwszy raz u nas? – zapytała z głupia frant, aby zagaić rozmowę, bo przecież urodziła się w tej mieścinie, a faceta nigdy tu wcześniej nie widziała.


– Acha…


– Z daleka?


– Ze wschodu.


– Na długo?


– Rano jadę dalej.


– Pana ta maszyna przed wejściem?


– Ten racer?


– Nic tam innego nie stoi.


– Mój.


– Ładne cacko.


– Łaaadne.


– Dużo pan dał? – spytała dziewczyna, podstawiając gościowi pod nos talerz dymiącej jajecznicy.


– Trochę to kosztowało…


– Pan zawsze taki ponury?


– Od jakiegoś czasu.


– Sam będziesz pił? Też mam ochotę na kielicha. – Ton barmanki uderzył w bardziej poufałą nutę.


– Zapraszam…


Dosyć długo siedziała przy jego stoliku. Przyniosła butelkę. Bar świecił pustką. Nie było innych gości: chłopaki schodzili się dopiero późnym wieczorem. Larry nie był może nadzwyczaj zachwycony, ale nie miał sumienia odmówić kobiecie. „Ale kompan do kielicha!” – w duchu się uśmiał. No cóż: te dziewczyny z przydrożnych barów, z zapadłych dziur, bywają zazwyczaj znudzone. Ktoś nowy robi wrażenie. Jest o czym pogadać, można się komuś wyżalić. Betsy (tak przedstawiła się barmanka) żaliła się na to samo, co inne dziewczyny: na nudę, monotonię, codzienność…; na beznadzieję. Schemat jest zawsze ten sam: długie kluczenie po wspomnieniach dzieciństwa, skarga na uciekającą bezpowrotnie młodość, aż w końcu – sennie (i zalotnie) artykułowane marzenie o księciu z bajki, który zajeżdża na białym koniu i unosi ją, hen, ku światłom wielkiego miasta. Książę – to oczywiście przygodny rozmówca; w tym przypadku, jak w wielu podobnych, Larry. Kilkanaście godzin temu, takie same kawałki wciskała mu inna dziewczyna. „Gdzie to było? A, bodaj w Blueberry Moutain. Miała chyba Maggy na imię?” – pamięć tym razem dopisała. Przejeżdżał przez tę dziurę w środku nocy. Zgłodniał; wstąpił do baru. Też było pusto. Jadł, a ona nadawała jak radio. Potem poprosiła, by z nią zatańczył. Tak, tak: prosiła, by wrzucił ćwierćdolarówkę do szafy grającej. Mówiła, że u nich ta maszyna – to tak, jak w wielkich miastach fontanna: kto wrzuci pieniążek – ten wróci. W tańcu opowiedziała mu rodzinną legendę: podobno jej prababkę porwał właśnie z innego sennego miasteczka jakiś jeździec, jej pradziadek, przywiózł tu, tutaj oboje utknęli – na takim samym zadupiu. Larry odjechał; rzucił na odczepnego, że wróci. A teraz opowiadał to wszystko Betsy, gdy ta skończyła kwestię o jeźdźcu na białym koniu…


2.


– Z kim to tak gruchasz, gołąbeczko? – Wielki chłop zadudnił gardłowym basem, złapał stojące opodal krzesło i przystawił do ich stolika. Rozparł się na nim bezczelnie i bezceremonialnie. Wydawał się jeszcze dość młody, ale zniszczony i rozrośnięty w barach.


– To gość! Przejazdem w tych stronach – Betsy gorliwie pospieszyła z odpowiedzią.


– Przejezdny… Gość… A ty musisz na każdego wybałuszać gały i mielić tym przeklętym ozorem?


– Czepiasz się, Bob.


– Może się czepiam, a może prawda w oczy kole?


– Jesteś pijany! Nie mam nastroju… – Betsy odeszła od stołu i podreptała w kierunku baru.


– Masz gadać, kiedy ja chcę, suko – wycedził przez zęby osiłek, skoczył, złapał za rękę dziewczynę i targał nią jak szmacianą laleczką.


– Kobietę trzeba trzymać krótko, ale bez fizycznej przemocy – wtrącił się Larry.


– Nie wtykaj nosa w nieswoje sprawy, bo ci go kto utrze – rzucił zaczepnie Bob w kierunku przybysza.


– Dobrze, już dobrze! Taką uwagę tylko miałem… – Larry zadbał, by brzmiało to pojednawczo, bo na co jak na co, ale akurat na awanturę nie miał w tej chwili ochoty.


– Co dobrze, co dobrze…?! Będę chciał, to stłukę to ścierwo! O, tak… – Bob zamierzył się pulchnym kułakiem na Betsy.


Tego było oczywiście za wiele: chciał nie chciał, Larry skoczył i chwycił nadgarstek agresora. Wywiązała się bójka, a właściwie coś, co można by nazwać bójką, jedynie przy znacznej dozie wyobraźni… Bob się miotał bezładnie, tnąc powietrze szerokim sierpami. Larry tylko uchylał głowę i zręcznie uginał tułów. Złapał w końcu osiłka za ramię, pociągnął w bok i podciął zamaszystym kopniakiem w stopę. Bob gruchnął twarzą o stół: połamał mebel, rozkrwawił sobie nos i wybił dwa zęby. Dźwignął się wolno do klęczącej pozycji. Otarł twarz rękawem koszuli i zakrył ją dłonią.


– Co mi zrobiłeś, ty skurwysynu? – wyseplenił przez niekompletny garnitur zębów, podniósł się z klęczek i ruszył chwiejnym krokiem w kierunku wyjścia.


3.


Betsy chciała skomentować jakoś całe to zajście. Larry machnął od niechcenia ręką. Zrozumiała: nie ma o czym gadać. Larry pomógł dziewczynie pozbierać połamany stolik i wynieść smutne resztki na zaplecze. Betsy zamiatała podłogę, a on siedział i sączył wódkę. Skończyła i znowu się do niego przysiadła. Do baru wpadło kilku wesołych chłopaków. Głośno rozmawiali i sypali dowcipami.


– Masz robotę… – Larry wbił w dziewczynę chłodne spojrzenie, jakby chciał ją odepchnąć samym tylko wzrokiem.


– No, chyba tak…


– Gdzie mogę się przespać?


– Weź klucz od trójki. Gablota wisi przy schodach.


– Idę na górę. – Larry wstał, zgarniając ze stołu butelkę z połową niedopitego trunku. Dopiero teraz zauważył, że whisky serwują tutaj w starych butelkach po lemoniadzie. – Dziwna flaszka… – wymamrotał.


– To wyrób miejscowy. – Betsy się uśmiechnęła i zmrużyła porozumiewawczo powiekę.


4.


Larry ściągnął z haczyka klucz i powlókł się schodami na górę. Pokoik był czysty i przyjemny, staromodnie urządzony. To mu się nawet podobało. Pociągał z butelki whisky i palił skręty. Sen długo nie przychodził. Znowu te ostatnie, popaprane miesiące życia stawały mu przed oczami… Dwie przegrane walki w UFC – i wypad. Skutkiem pierwszej przegranej była poważna kontuzja. Zaleczył, ale odnowiła się przy kolejnej walce: dlatego znów przegrał. Zerwanie więzadła pobocznego – poważna sprawa. „Albo zdrowie, albo walki w klatkach” – grzmiał ortopeda. Wybrał zdrowie. Odkurzył swoją młodzieńczą pasję – z czasów, gdy służył w Marines: miłość do motocykli. Kochał szczególnie te stare. Tego racera kupił na jakiejś aukcji garażowej; poskładał do kupy i doprowadził do ładu. Trochę go to kosztowało: w końcu to przecież jeden z pierwszych egzemplarzy modelu z końcówki lat dwudziestych. Założył się z kumplami, że przejedzie tym gruchotem przez całe Stany – ze wschodu na zachód. Nie highwayami, oczywiście: po leśnych ścieżkach, wiejskich drogach, po bezdrożach. Nie wierzyli, gdy się zarzekał, że ta maszyna sama niesie. Zawsze musiał być w czymś najlepszy. Teraz musiał sam sobie udowodnić, że jeszcze coś potrafi, że jeszcze się do czegoś nadaje. Harley wyłożył kasę na tę eskapadę. Larry nawet się zdziwił, że tak łatwo dali pieniądze: znał sponsorów, często negocjował, często – z mizernym skutkiem. Długo szło gładko. Coś jednak zaczęło stukać, bodaj jakieś siedemdziesiąt mil za Blueberry Mountain. Ciągnął ze sobą worek części; tej jednak chyba akurat nie miał. Nawet już myślał, że to dziewczyna mu wykrakała: że wrzucił monetę do szafy, że musi wrócić do zapadłej dziury. Snop światła reflektora wyłowił z mroku drogowskaz: „Sleepy Valley. 30 mil”. Nie było asfaltu, strzałka prowadziła w prawo. Pojechał: zawsze trzydzieści – to nie siedemdziesiąt. Stanął tu zaraz po brzasku, ale mechanik już nie spał: drzwi od warsztatu skrzypiały na wietrze, umorusany facet dłubał w jakimś starym gruchocie. Trwało to ładnych kilka godzin… Mechanik szukał części. Znalazł coś w szopie, na szczęście. Nigdzie mu się nie spieszyło. Larry’ego też czas nie gonił. Morus grzebał w motorze, Larry mu trochę pomagał. Więcej gadali i palili, niż robili. Mechanik wyciągnął nawet jakieś piwo: własnej produkcji – jak reklamował. Skończyli, a Larry poczuł wściekły głód. Mechanik wskazał mu drogę do baru, chociaż i tak – takiego jedynego przybytku w miasteczku nie dałoby się przegapić.


Morfeusz złożył łaskawie dłoń na ciężkie powieki. Larry spał czujnie i niedługo. Obudził go zgrzyt klucza w zamku: ktoś musiał mieć zapasowy. Wymacał pod poduszką zimną kolbę dziewiątki (umieścił ją tam wieczorem, przewidując, że Bob nie pogodzi się łatwo z porażką). Przekręcił się na drugi bok i wycelował. Opuścił broń: w świetle nocnej lampki zobaczył postać Betsy. Dziewczyna objęła jego głowę i wtuliła w obfite piersi. Nic nie mówiła. On też nie wyrzekł słowa. Nie protestował: był chyba nieźle wlany…


5.


Było bosko. Spali jak aniołki. Musiało dochodzić południe, bo słońce mocno już grzało przez niewielkie okno. Tym razem zbudził Larry’ego rumor tłuczonego szkła: jakaś rozróba na ulicy. Wstał z łóżka i zrobił dwa kroki w kierunku okna. Spojrzał za siebie: złociste promienie wpadały przez wytłuszczoną szybę, kładąc figlarne cienie na ponętnych krągłościach Betsy. Okrył jej nagość stłamszonym prześcieradłem i wrócił do okna. Bob, na czele zgrai wyrostków, tłukł zapamiętale bejsbolem racera. Każde uderzenie Larry czuł na własnych gnatach. Przesadził parapet, odbił się od daszku niskiego okapu: w dwóch susach stanął na ziemi. Ciałem zasłonił motor. Nisko się schylił, zszedł poniżej środka ciężkości najbliższego napastnika, błyskawicznie wyprostował tułów: tamten przekoziołkował nad jego plecami, spadając głową na ziemię. Kogoś podciął, kogoś ugodził pięścią, kogoś wyniósł do góry i rzucił. Wykręcił jakąś rękę: wyrwał jakiś kij. Ktoś jęknął, ktoś zaklął. Chłopaki podnosili się z ziemi, puszczali w kłus i znikali za rogiem. Wkrótce jeden Larry pozostał na pobojowisku, spowity tumanem kurzu. Opadła siwa mgła, a on oglądał rany przyjaciela: nic poważnego, na szczęście. Oceniał sytuację chłodno i rzeczowo: „Odpryski i rysy da się zalakierować. Zbity reflektor – gorsza sprawa. Tak nie da się jechać: gliny się czepną i zaaresztują pojazd. Właściwie to wypadałoby zgłosić ten incydent na policji. Są tutaj jakieś gliny, jakiś szeryf?” Larry wyciągnął komórkę: zadzwoni na numer alarmowy; połączą go pewnie z najbliższym posterunkiem. Brak zasięgu. „Kurwa, mogłem się tego spodziewać. Dobra, szkoda czasu: trzeba dymać do mechanika”.


6.


Mechanik wciąż był tak samo brudny i tak samo zarobiony: dalej grzebał w tym starym gruchocie. „Reflektor…? Hm, to gorsza sprawa…” – dukał i kręcił głową. Niczego nie wyrzucał. Wszystko się mogło przydać. Takiego akurat nie ma. Obiecał, że przeszuka rupiecie, coś dorobi, jakoś skompletuje. Gdzieś powinno się walać podobne szkiełko, gdzieś widział taką żarówkę. „Zrobi się. Ale dzisiaj to nie da już raaady. Racer musi zostać do jutra.”


– Pan jest właścicielem tego pojazdu? – Pytanie dobiegło zza pleców Larrry’ego.


– Ja. A w czym problem? – Larry odwrócił się w kierunku głosu, odpowiedział, a nawet ucieszył, widząc srebrną gwiazdę, zdobiącą przepoconą koszulę.


– Problem w tym, młody człowieku, że jest skarga na kierowcę.


– Kto się skarży?


– Pobicie… Pobiłeś podobno kilku naszych chłopców?


– Ja też mogę złożyć skargę?


– Jasne! Na posterunku, chłopcze.


7.


Betsy była wyraźnie podniecona. Jej policzki malował pąsowy rumieniec. Trzasnęli drzwiami szeryfówki i szli w kierunku baru, a ona trajkotała jak nakręcona:


– Dobrze mu nagadałam, co…?


– Trzymał mnie kilka godzin pod kluczem, skurwysyn. – Larry nie wydawał się podzielać entuzjazmu dziewczyny.


– Musiał cię puścić, bo to nie miało sensu. Powiedziałem mu wszystko: jak Bob się awanturował, jak chłopcy tłukli racera.


– Mogłaś jeszcze dodać, że jest stronniczym skurwielem.


– Sam mu to mogłeś powiedzieć.


– Sugerowałem… Nie chciałem pogarszać sytuacji. Zresztą, umiem się czasem zachować.


Drzwi baru skrzypnęły żałośnie. Nikt nie wpadł na to, że można je naoliwić.


– Witam w mojej owczarni, panie… panie… Nathaniel Bolstrom, tutejszy pastor. Pan pozwoli, że się przedstawię? – Nieszczere słowa, przyklejony uśmiech i podejrzanie przyjaźnie wyciągnięta dłoń odzianego na czarno faceta przywitały Larry’ego na progu.


– Larry McMurphy. – Odwzajemnił powitanie i uścisk, aczkolwiek bez przekonania.


– Bob, nygusie, dawaj no tutaj, a szybko – pastor pohukiwał na czerstwego osiłka, stojącego przed ladą w grupce podobnych mu typów. – Przeproś ładnie pana McMurphy’ego i obiecaj, że to więcej się nie powtórzy.


– Niech najpierw przeprosi Betsy. – Energicznie nastawał Larry, kiedy Bob odklejał cielsko od lady.


– Słusznie! Oczywiście, oczywiście! Bob, przeproś najpierw Betsy, potem pana McMurphy’ego. No, chłopcy, ruszać się… Wy też! Wyciągać prawice i przepraszać. Przepraszać i witać niespodziewanego gościa. – Czasami trudno panować nad tą trzódką – dodał pastor, kiedy skończyło się zamieszanie związane z przeprosinami. – Niełatwo być dobrym pasterzem. Jeżeli poniósł pan materialne szkody, z radością pokryję to z kasy parafialnej. Nic tak nie pieczętuje zgody, jak kieliszeczek dobrego trunku. Ja stawiam. Może się napijemy? Zapraszam…


– Może… – Larry miał rzeczywiście ochotę na kielicha.


Betsy próbowała dobić się do baru, za ladą rządził się już jednak Bob, rozstawiając szklanki i hojnie szafując trunkiem. Szkło poszło w górę. „Oby nam się…” – wzniósł toast pastor. Larry wlał płyn w spragnione gardło. Odstawił szkło i dopiero wtedy zauważył, że inne dłonie zmarły w bezruchu. Twarze się rozmyły, świat wkoło zawirował: tyle zapamiętał, nim spadła kotara ciemności, nim runął bez zmysłów na ziemię.


8.


– Miałeś go przymknąć do jutra, gamoniu. Gdyby nie ja, gówno by z tego było. – Daleki głos, głos pastora, dobiegał uszu Larry’ego, jakby dobyty z długiego tunelu. Słuchał tylko, nie otwierał oczu:


– Miałem, miałem… Co miałem robić? Ta mała przyleciała z mordą. Chciała zeznawać i kazała pisać protokół. Wolałem go puścić – tłumaczył się szeryf.


– Betsy ma niewyparzoną gębę, fakt! Można by ją właściwie uciszyć…


– Głupi pomysł! Jest skojarzona z Bobem. To bodaj jedyna tu para, niezbyt blisko ze sobą spokrewniona. Jak ojciec Boba się nabzdyczy, nie będzie komu łożyć na twój kościół.


– Zgoda: baba dla Boba. Musimy się trzymać w kupie, Sam. Jak się rozsypiemy, wchłonie nas grzeszny świat. Tego tu – Bóg nam zesłał. Bóg znowu zsyła zbawiciela. Rano odkupi nasze grzechy: męczeńska śmierć odkupi grzech kazirodztwa.


Głosy umilkły, zaszurały podeszwy, jęknęły drzwi: Larry uchylił powieki. Była noc. Przez małe okienko biła łuna księżyca. Dziwnie ponury przybytek. Leżał na plecach, na jakimś podwyższeniu: tyle ustalił. Próbował wstać, przekręcić się z boku na bok. Członki odmawiały posłuszeństwa woli. Dlaczego…? „Kurwa, ci popaprańcy przywiązali mnie do jakiegoś krzyża” – zrozumiał. Nie mógł ruszyć ni ręką, ni nogą – wyglądało to wszystko niezbyt ciekawie. Z nocnej ciszy wyłowił odgłos skradających się kroków. Zamknął oczy. Poczuł delikatne szarpanie za ramię. Nerwy spięły się jak postronki. W tej samej chwili uspokoił je jednak znajmy szept:


– Larry, kochanie, nie śpij. Larry, obudź się, kochanie. Musimy uciekać! Skarbie… – Betsy energiczniej szarpnęła rękaw skórzanej kurtki.


– Jak mam uciekać ze związanymi nogami, idiotko?!


– Już, już, skarbie… Już się robi… – szeptała Betsy, mocując się z solidnymi węzłami.


– Tam stoi jakaś butelka… Stłucz ją – i przetnij. Szybciej pójdzie.


– Jasne! Zaraz, zaraz…


9.


Księżyc przykryły chmury i zapadły egipskie ciemności. Larry przykucnął pośród nagrobków. Głęboko zaciągał się dymem, przysłaniając żar skręta wierzchem dłoni. Wlepiał wzrok w kaplicę, w centralnym punkcie cmentarza – tę samą, w której leżał jeszcze przed chwilą, rozciągnięty na krzyżu. Został sam. Betsy ostrzegła go, że to źli i bardzo niebezpieczni ludzie…


– Jak są źli i niebezpieczni, to leć po moją spluwę. Została pod poduszką.


– Skarbie, musimy natychmiast uciekać. Mam starą furgonetkę za barem.


– Nie zostawię mojego racera!


– Kupimy drugiego. Kochanie, musimy natychmiast uciekać!


– Załatwię to po swojemu. Przynieś pistolet!


Larry był mistrzem taktyki, a walka była jego żywiołem. Teraz chciał wykorzystać element zaskoczenia. Skrył się pomiędzy nagrobkami, obserwował kaplicę: czekał na przeciwników i na pistolet. Obmacał kieszeń na piersi kurtki: „Są…!” Wydobył z futerału i wcisnął na nos okulary. Kiedy kupował tę zabaweczkę, najnowsze cudeńko techniki, miał pewność, że kiedyś się przyda. Superczuła kamerka zbiera nawet najbardziej rozproszone fotony, komputerek je wzmacnia i generuje obraz: widać dokładnie wszystko, nawet w najgęstszych ciemnościach. Teraz mógł czekać spokojnie. Minuty się dłużyły. Popatrzył po nagrobkach. Najbliższy przykuł jego uwagę: „Nathaniel Bolstrom. Pastor. 1880-1931.” Przeczytał kilkukrotnie: niedowierzał. Przeleciał wzrokiem po kolejnych nagrobkach. Ten też wydał mu się podejrzany: „Samuel Reynolds. Szeryf. 1883-1931.” I ten – tak samo, cholera: „Robert Nilsen. Rzeźnik. 1903-1931.” „Bob to chyba zdrobnienie od Robert? Pieprzone wampiry, zombie jakieś, czy co?” – kombinował Larry. Ruszył, przemykając chyłkiem pomiędzy nagrobkami. Szukał imienia Elizabeth. „Betsy to zdrobnienie od Elizabeth, przecież.” Nie znalazł. Odetchnął z ulgą: nie darowałby sobie seksu ze strzygą.


W oddali pojawiło się kilka świetlnych punktów. Larry znowu przykucnął. Kondukt ciągnął w milczeniu. Szyk lampek raptem zawirował, ktoś krzyczał: „Łapcie ją! To ta ździra, Betsy.” Teraz Larry dostrzegł już kobiecą sylwetkę, potykającą się o płyty, mknącą pomiędzy nagrobkami. Skoczył, schwycił drobną rączkę i pociągnął za sobą. Prowadził w kierunku cmentarnego murka. Słyszał krzyk za plecami (chyba głos pastora): „Wyrwał się, sukinsyn! Nie zostawiać samego, mówiłem… Gonić… Gonić ich!” Ktoś napatoczył się z przodu i przeciął im drogę; Larry go skosił celnym machnięciem pięści. Już prawie dopadali ogrodzenia, kiedy rozległy się strzały. Pociski wyrywały okruszyny cegieł i tynku. Betsy wcisnęła dziewiątkę w dłoń Larry’ego. Nie odwrócił się; wciągnął do tyłu rękę, dwa razy pociągnął za spust. Przekleństwo i… cisza. Uciekinierzy przesadzili niewysoki murek.


10.


Warsztat był ciemny i pusty: pewnie mechanik ganiał po cmentarzu. Racer stał pod wiatą; nowy reflektor tkwił na swoim miejscu. Czuli na plecach oddechy prześladowców. Larry wskoczył na siodełko, Betsy usiadła z tyłu, szczelnie oplatając rękami kierowcę i mocno ściskając go w pasie. Motor zapalił od pierwszego kopnięcia i ruszył jak rakieta. Słyszeli za sobą przekleństwa i krzyki, zdławiony charkot starego silnika. Wkrótce drogę rozświetlał już nie tylko reflektor racera, ale również dwie lampy rozklekotanej ciężarówki. Larry nie mógł chwilowo przyspieszyć, gdyż trakt wił się w tym miejscu pomiędzy starymi drzewami. Prześladowcy siedzieli zbiegom na ogonie. Znowu rozległy się strzały. Larry pochylił się nisko nad kierownicą, Betsy wtuliła policzek w plecy skórzanej kurtki. Jakieś sto metrów prostej – i ostry zakręt w prawo. Zgubili światła ciężarówki. Larry wcisnął hamulec i podkręcił manetkę gazu: obrócił maszynę w miejscu. Gdy tylko dwa świetlne punkty wyłoniły się zza zakrętu, wpakował w linię nad nimi cały magazynek. Przebrzmiało echo palby: ktoś jęknął, ktoś zaklął, piszczały opony. Światło nie raziło już oczu: omiatało wężowymi ruchami drzewa – raz z jednej, raz z drugiej strony drogi. Ciężarówka zboczyła z prostej trajektorii, maska rozpłaszczyła się na potężnej sośnie. Gorący podmuch omiótł twarze uciekinierów; huk eksplozji dobiegł ich uszu dopiero po chwili. Strumień ognia wystrzelił wysoko w górę, szybko opadł, ale korona drzewa płonęła jak gigantyczna pochodnia. Larry zwrócił racera przodem do kierunku jazdy.


11.


Ramiona Betsy zastygły w konwulsyjnym uścisku. Larry nieomal tracił oddech, nie skarżył się jednak nawet jednym słowem. Rozumiał: strach, przerażenie. Przynajmniej nie gadała. Budził się dzień. Powściągliwie manipulował manetką gazu. Jechał wolno, zachłystując się świeżą bryzą poranka. Teraz już się nie spieszył; nie uciekał. Miał czas – miał czas, by o tym wszystkim pomyśleć…


Dopiero przy warsztacie, gdy ściągał okulary i wskakiwał na motor, zauważył, że działa system rozszerzonej rzeczywistości. Włączył się pewnie jakoś przypadkowo; może wtedy, gdy go szarpali i wiązali do krzyża? Pamięć komputera przechowywała sfilmowane, aktualne obrazy każdego zakątka Ameryki. Program zgrywał pejzaż z kadrem kamerki. Okulary pokazały mu obecny wygląd cmentarza, rzucony na faktycznie otaczającą go rzeczywistość. Obraz był świeży, ale nieaktualna rzeczywistość – rzeczywistość początku lat trzydziestych. „Ta maszyna sama niesie” – powtórzył w pamięci. Maszyna poniosła w lata swojej młodości.


Czerwona kula zawisła nad horyzontem, urwała się linia drzew. Pierwsze promienie wschodzącego słońca oblały miedzianym refleksem tablicę drogowskazu: „Blueberry Mountain. 69 mil.”


Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: ambroziak w Listopad 12, 2014, 05:28:30 pm
To opowiadanie pisałem na konkurs "Miasto, magia, maszyna".
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: xyz111 w Listopad 14, 2014, 07:42:55 am
Przeczytane. No, wiedzę tutaj Ambroziaka w najlepszej formie. Znakomicie skonstruowana intryga i perfekcyjnie poprowadzona historia. Zaskakujące zakończenie. A, i całkiem nowy pomysł, że tak się wyrażę, naukowo-fantastyczny. Wykorzystanie w fabule rozszerzonej rzeczywistości. Jeszcze o tym nigdzie nie czytałem i nic takiego nie oglądałem. 
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: ambroziak w Listopad 14, 2014, 04:43:58 pm
No, takie słowa to miód na moje serce. Dzięki!
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: xyz111 w Listopad 15, 2014, 05:02:27 pm
Miód na serce. Proszę, wychodzi, że pszczółka jestem. A rodzinka uważa mnie za trutnia.
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: ambroziak w Listopad 16, 2014, 07:41:57 am
Może zbyt dużo czytasz, a za mało czasu poświęcasz na naukę czy pracę?
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: xyz111 w Listopad 16, 2014, 10:56:32 am
Uczę się przecież, uczę. Może trochę faktycznie za mało. Wolę czytać.
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: ambroziak w Listopad 16, 2014, 10:25:15 pm
Ja wciągałem okładkę książki od fizyki na Winetu - i tak myliłem rodziców.   
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: xyz111 w Listopad 17, 2014, 09:30:39 am
Niezły patent. Muszę wypróbować. Teraz gorzej, bo korzysta się głównie z internetu, a starsi zaglądają przez ramię.
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: ambroziak w Listopad 18, 2014, 08:44:39 am
Świat pędzi do przodu...
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: jola w Listopad 27, 2014, 04:51:40 pm
Przeczytałam! Bardzo dobre! Znowu odnajduje tu Twoją fascynację Dzikim Zachodem. Ta fascynacja jest trochę dziecinna, ale muszę przyznać, że znakomicie poruszasz się w konwencji westernu. Widzę, że nadajesz nową jakość temu już nieco zapomnianemu gatunkowi.   
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: ambroziak w Listopad 29, 2014, 09:15:18 am
Mówiąc szczerze, to takie mam właśnie ambicje. A że fascynacja westernem jest trochę dziecinna... No cóż...! Nigdy tego nie ukrywałem: już na pierwszej stronie informuję, że to lektura dla dużych chłopców. Chociaż cieszy mnie, że trafia również do serc dużych dziewczynek.   
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: ola w Grudzień 01, 2014, 07:20:14 am
I ja przeczytałam.
No, Panie Ambroziak, kawał dobrego tekstu. Znakomicie oddany klimat zapadłej dziury amerykańskiej. Czuć w powietrzu, że coś jest nie tak z tymi mieszkańcami i że coś się za chwilę wydarzy. Atmosfera przypomina mi trochę Lovencrafta. Znakomity pomysł na wykorzystanie rozszerzonej rzeczywistości i znakomity twister na końcu. Wprawdzie był na początki do niego spoiler, ale musiałam przeczytać ponownie całość, aby to wychwycić. Gratuluję! Bardzo dobre.   
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: ambroziak w Grudzień 02, 2014, 08:02:18 pm
Dzięki, Olu!

Tym porównaniem do mistrza Lovencrafta to mnie rozbroiłaś. Super, że czytelnik czuje ten klimat.
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: ola w Grudzień 03, 2014, 03:52:20 pm
Uwielbiam czytać o maleńkich miasteczkach i ich dziwnych mieszkańcach.
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: ambroziak w Grudzień 04, 2014, 07:37:48 am
O, to też i moja ulubiona lektura. Pisać też o tym lubię. Pewnie coś jeszcze w podobnym stylu nabazgrzę.
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: ola w Grudzień 04, 2014, 04:50:35 pm
Znowu dostrzegam zgodność gustów. Nic w tym dziwnego, gdyby bowiem nie podobały mi się Twoje opowiadania, to bym ich nie czytała.
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: ambroziak w Grudzień 05, 2014, 08:46:13 am
Miło autorowi, gdy słyszy, że Czytelnikowi podoba się jego praca. Dzięki!
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: jola w Grudzień 08, 2014, 07:12:47 am
No, nie powiem, abym nie lubiła małomiasteczkowego klimatu. Szczególnie, gdy ten jest niepokojący i zagadkowy. To może dosyć oklepana kanwa, ale zawsze bardzo przyjemnie się czyta.
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: ambroziak w Grudzień 09, 2014, 04:05:03 pm
Hm, kto tego nie lubi. Fakt - czyta się bardzo przyjemnie. Pisze - też.
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: jola w Grudzień 11, 2014, 07:46:31 am
No to pisz, Ambroziaku!
Tytuł: Odp: Ponury Jeździec
Wiadomość wysłana przez: ambroziak w Grudzień 11, 2014, 05:28:09 pm
Niedługo będzie coś nowego, klimatycznego.