Ostatnie wiadomości

Strony: [1] 2 3 ... 10
1
Opowiadania / Podstawa prawna RODO
« Ostatnia wiadomość wysłana przez admin dnia Maj 25, 2018, 10:15:17 am »

Podstawa prawna RODO


Zgodnie z art. 13 ust. 1 i ust. 2 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (RODO), informujemy


Administrator Danych Osobowych


Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest firma PIKTOGRAM. z siedzibą w Warszawie, ul. Międzynarodowa 38/40, kod pocztowy 03-922, adres e-mail: biuro@wydawnictwopiktogram.pl, tel. 601312342


Cel i interes


Przetwarzanie Pani/Pana danych osobowych będzie się odbywać na podstawie art. 6 RODO i w celu marketingowym Administrator powołuje się na prawnie uzasadniony interes, którym jest zbieranie danych statystycznych i analizowanie ruchu na stronie internetowej.


Dobrowolne wyrażenie zgody poprzez ustawienia przeglądarki


Podanie danych osobowych na stronie internetowej www.sylwetka-uroda-zdrowie.pl jest dobrowolne. Podstawą przetwarzania danych jest moja zgoda. Mam wpływ na przeglądarkę internetową i jej ustawienia. Odbiorcami danych osobowych mogą być Google, Facebook,. Mam prawo wycofania zgody w dowolnym momencie poprzez zmianę ustawień w przeglądarce. Dane osobowe będą przetwarzane i przechowywane w zależności od okresu używania technologii. Mam prawo zażądania od administratora dostępu do moich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania tych danych, a także prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego. Profilowanie używane jest w Google Analytics, Google AdWords, Facebook Pixel. W sytuacji wniesienia sprzeciwu wobec profilowania, prosimy zoptymalizować odpowiednio przeglądarkę.


W przypadku pytań dotyczących przetwarzania danych osobowych prosimy o kontakt . Sposoby kontaktu z inspektorem ochrony danych w firmie Piktogram z siedzibą w Warszawie, to: adres korespondencyjny ul.Międzynarodowa 38/40a/204, adres e-mail: biuro@wydawnictwopiktogram.p., tel. 60131234.


Czas przetwarzania danych osobowych


Pani/Pana dane osobowe będą przechowywane przez okres od 30 dni do 5 lat do czasu wykorzystywania możliwości marketingowych i analizy danych potrzebnych do prowadzenia działalności gospodarczej.


Prawa użytkownika strony internetowej


Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych osobowych, prawo do ich sprostowania, usunięcia, jak i również prawo do ograniczenia ich przetwarzania/ prawo do cofnięcia zgody, prawo do przenoszenia danych, prawo do wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania Pani/Pana danych osobowych. Przysługuje Pani/Panu prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego, jeśli Pani/Pana zdaniem, przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana – narusza przepisy unijnego rozporządzenia RODO. 


 


 


2
Opowiadania / Odp: Kości
« Ostatnia wiadomość wysłana przez admin dnia Czerwiec 17, 2015, 11:46:15 am »
6.

Świeża krew wsiąkała natychmiast w wyschnięty grunt, znacząc spękaną ziemię bordowymi plamami. Trop był dokładnie widoczny nawet z perspektywy końskiego grzbietu. Płynęli łagodnym kłusem, bez większego pospiechu; ranne zwierzę, choć biegło bardzo szybko, nie mogło się przecież zanadto odda­lić.

– Kim… czym jest hombre-mosquito? – Emma, z wrodzoną gracją, szybowała w siodle, a szczególnie rozkosznie falowały jej obfite piersi, wzbudzane monotonnym ruchem.

– Figurą z bajek miejscowej ciemnoty. Jedni opisują go jako małego smoka, inni widzą w nim złośliwego krasnala. Przylepiają mu paskudną etykietę… krwiopijcy. Przeważnie atakuje bydło, nie gardzi też ludz­ką juchą.

– A wiesz… to nawet by się zgadzało… Tam, w jaskini, w tym świetle, gdy się stroszył, przypominał mi smoczka z książeczki dla dzieci. Gdy wypadliśmy za nim wyjściem pomiędzy skałami, a on biegł tak szybciutko na króciutkich nóżkach i tak śmiesznie kołysał się w biodrach, wglądał jak przebrany karze­łek, czmychający z cyrku przed gniewem dyrektora.

– Masz więc swojego smoka… żywego! Znaczy się… jeszcze żywego.

– Gringo, to fantastyczne! To jest możliwe… Posłuchaj… Jeżeli wierzyć Darwinowi: zwierzę zmienia przez wieki postać, przystosowując się do środowiska. Środowisko dinozaurów już nie istnieje. Może jakiś gatunek przetrwał miliony lat, skarlał i przystosował się do życia w naszym świecie…

– Wskoczył do rzeki.

– Co?

– Próbuje przepłynąć na drugą stronę. – Stary pokazał palcem żółtozielony obiekt, walczący z rwącym nurtem. – W górach musiało padać: rzeka wezbrała. Złapię twojego smoka. – Gringo zachwiał się w sio­dle i o mało nie runął na ziemię; obie dłonie zacisnął konwulsyjnie na łęku.

– Źle się czujesz?! – Sercem Emmy targnął niepokój.

– Oberwałem. Jack nawet celnie strzelał.

– Jezu!

– Nic, nic… drobiazg. Kula przeszła na wylot. Nie złamała kości, nie uszkodziła żadnego organu. Szczę­ście! Nawet specjalnie nie krwawię. Trochę pali w środku.

– Dałam się nabrać: byłam pewna, że jesteś kuloodporny.

– No, ale mamy kolejne doświadczenie: jestem kuloprzeźroczysty. Dobra… idę po smoka.

– Gringo, to wariactwo! W dupie ze smokiem! Czego żeś się uparł…?

– Donkiszoteria.

– Co?!

– Strona sto trzydziesta druga, pierwsza linijka od góry. – Stary grzebał przez chwilę w wypchanym juku, wyciągnął jakiś opasły tom i podsunął pod nos zaskoczonej kobiecie.

Emma otworzyła książkę w miejscu zaznaczonym zakładką i pobiegła wzrokiem ku zadanym wersetom: „…raz nad brzegiem rzeki, zobaczywszy wychodzącego z niej ognistego smoka, skoczył doń i tak silnie ścisnął go rękoma za gardło, że smok, nie mogąc oddychać, zanurzył się na dno, a rycerz ani puścił swej zdobyczy i poszedł z nim na dno”. Gdy Emma uniosła oczy znad pożółkłych kartek, koń starego, z jeźdźcem na grzbiecie, walczył już ze spienionym odmętem, po brzuch zanurzony w wodzie.

Kobieta podniosła walającą się na brzegu książkę i wyciągnęła rozdzielającą karty zakładkę. Ktoś przy­sposobił do funkcji zakładki bilet wizytowy. Woda rozmyła druk, ale personalia właściciela były jeszcze widoczne. „Ambrose Gwinett Bierce” – przeczytała i pomyślała, że to pewnie ten facet, który gapił się przez lornetkę, nim skoczył w nurt za koniokradami. Strzelali. Odważny! Szeryf albo strażnik Teksasu… Rzeka utuliła. Szukał kłopotów, znalazł śmierć. Ona wolała udawać, że niczego nie widzi. Nie wtyka nosa w cudze sprawy; dosyć ma własnych problemów… Jeden muł z zaprzęgu okulał. Grzechotnik moka­synowy urąbał Chińczyka, gdy ten zbierał zioła na zaprawę do wódki. Wyzionął ducha cicho i spokojnie, bez słowa skargi, siedząc na wozie w ulubionej pozycji: ze źdźbłem trawy w zębach, oparty plecami o kozioł. Mulnik się upił z rozpaczy i spał na pace – urżnąłby się z radości, gdyby było się z czego rado­wać, a gdyby nie było się czym martwić, uchlałby się i tak, dla zasady, bo był po prostu pijakiem – a ona sama kopała ten pieprzony dół; nie rzuci przecież żółtka sępom na pożarcie. Na wozie grzeją się skrzynki tequili, do granicy jeszcze kilkadziesiąt mil, a w jej obskurnej spelunie, w parszywym Loneso­me Dove, w zeszłym tygodniu wyschła ostatnia kropla whisky.

*****

W listopadzie 1913 roku przybywa do targanego rewolucją Meksyku Ambrose Bierce, amerykański dziennikarz, nowelista, aforysta, sceptyk i mizantrop. Rozgoryczony niepowodzeniami życiowymi, gnę­biony postępującą chorobą, marzy o śmierci godnej prawdziwego mężczyzny. Dalsze losy pisarza skry­wa mgła tajemnicy, ożywia literacka fikcja.

Armia Stanów Zjednoczonych interweniuje podczas rewolucji w Meksyku, w 1916 roku, w odpowiedzi na przygraniczne akty terroru, dokonane przez wojska Pancho Villi.

W 1987 roku puertorykański komik, Silverio Perez, nadaje prześmiewcze imię chupacabra (wysysacz kóz) – człowiekowi-komarowi (hombre-mosquito) – tajemniczemu zwierzęciu z legend latynoamerykań­skich. Chupacabra staje się popularnym elementem kultury masowej obu Ameryk.

Kości dinozaura znaleziono po raz pierwszy na terenie Meksyku w 2013 roku, w pobliżu miejscowości Great Cepeda.
3
Opowiadania / Kości
« Ostatnia wiadomość wysłana przez admin dnia Czerwiec 17, 2015, 11:41:24 am »
[html]

1.


Emma nie czuła lęku. Nie zda­wa­ła sobie spra­wy z po­wa­gi sy­tu­acji. Le­ża­ła na wozie, przy­kry­ta spar­cia­łą plan­de­ką. To Jack na­cią­gnął tę par­szy­wą szma­tę na sie­bie i ko­bie­tę. Emma sły­sza­ła strza­ły. Unio­sła rąbek płót­na: chcia­ła zo­ba­czyć, co wokół się dzie­je, mu­sia­ła za­czerp­nąć po­wie­trza. Jack dy­go­tał ze stra­chu i strasz­nie się pocił, cuch­nął. Nic dziw­ne­go: bodaj od ty­go­dnia nie przy­tra­fi­ła się spo­sob­ność do­ko­na­nia szcze­gó­ło­wych ablu­cji. Wei, Chiń­czyk, sie­dział spo­koj­nie na wozie, opar­ty ple­ca­mi o ko­zioł. Prze­żu­wał dłu­gie źdźbło ze­schnię­tej trawy, a ko­niu­szek kłosa le­wi­to­wał nad czub­kiem spłasz­czo­ne­go ki­no­la, jak ko­li­ber nad kie­li­chem cy­try­no­wej or­chi­dei. Wy­glą­dał tak, jakby go tutaj nie było albo jakby już nie żył, jakby zda­rze­nia do­ko­ła roz­gry­wa­ły się w innym wy­mia­rze, a on w tym wszyst­kim nie uczest­ni­czył. Minę miał taką, jak zwy­kle w opa­łach, jakby chciał wła­śnie po­wie­dzieć, że w gło­wie tkwi już go­to­wy plan, że sy­tu­acja bez wyj­ścia to mit. A strza­ły pa­da­ły gęsto. Kule rwały drza­zgi z desek wozu; uno­si­ły mgieł­ki si­we­go kurzu, tra­fia­jąc w wy­schnię­tą zie­mię. Emma przy­ło­ży­ła oko do szpa­ry po­mię­dzy li­stwa­mi. Ob­dar­ci jeźdź­cy cwa­ło­wa­li sze­ro­ką ty­ra­lie­rą, wy­ma­chu­jąc ka­ra­bi­na­mi i re­wol­we­ra­mi; ich kule świ­sta­ły nad głową. Żoł­nie­rze klę­cze­li, le­że­li przed ta­bo­rem, cho­wa­li się za ni­ski­mi wy­dma­mi i więk­szy­mi gła­za­mi, plu­jąc gę­stym ogniem w kie­run­ku na­past­ni­ków. Co jakiś czas, któ­ryś z żoł­nie­rzy jęk­nął, upu­ścił ka­ra­bin, nie oddał ko­lej­ne­go strza­łu. Par­ty­zan­ci wy­pa­da­li z sio­deł, a roz­kła­da­jąc sze­ro­ko ręce, le­cie­li ple­ca­mi w tył, wy­krę­ca­jąc fi­koł­ki na koń­skich za­dkach. Jed­nak­że śmierć, zbie­ra­ją­ca ob­fi­te żniwo, nie była w sta­nie po­wstrzy­mać sza­leń­cze­go im­pe­tu. W awan­gar­dzie szar­ży stra­ceń­ców pę­dził czar­ny jeź­dziec. Jego ka­pe­lusz, strą­co­ny pędem po­wie­trza, mo­co­wa­ny do brody luź­nym rze­mie­niem, ucze­pił się szyi i po­wie­wał gdzieś, hen, da­le­ko za ple­ca­mi sza­leń­ca. Burza si­wych wło­sów stro­szy­ła się na gło­wie, cze­sa­na po­dmu­chem wia­tru. Cho­ciaż dawno już padł pierw­szy sze­reg i za­stą­pił go nowy, który też padł, a potem ko­lej­ny, czar­ny jeź­dziec parł cią­gle do przo­du, jak za­cza­ro­wa­ny, jakby ołów go wcale nie wi­dział, jakby kule nie ro­bi­ły mu krzyw­dy. Już tylko stru­ga płyt­kiej, sze­ro­ko roz­la­nej rzecz­ki od­dzie­la­ła tabor od na­past­ni­ków. Wierz­cho­wiec czar­ne­go jeźdź­ca wy­tra­cił impet: brnął po­przez mętną breję, po brzuch za­nu­rzo­ny w wo­dzie. Po dru­giej stro­nie nie było już jed­nak ni­ko­go, zdol­ne­go unieść ka­ra­bin…


Jeden po­cisk utkwił w skrzyn­ce ze zbio­ra­mi. Nim na dobre roz­ga­da­ły się ka­ra­bi­ny, Jack zrzu­cił kilka pa­kun­ków: chciał zro­bić wię­cej miej­sca. Uznał, widać, że wóz bę­dzie teraz naj­bez­piecz­niej­szym schro­nie­niem. – Kre­tyn! – Emma prze­żu­wa­ła w ustach roz­ma­ite epi­te­ty, ska­cząc na zie­mię. Scho­wa­ła się za kufer i upar­cie tar­mo­si­ła mo­sięż­ne ucho, wcią­ga­jąc bagaż pod deski wozu. Durne prze­świad­cze­nie pod­po­wia­da­ło jej, że w ten spo­sób ukry­je skrzy­nię przed roz­bie­ga­nym wzro­kiem ga­lo­pu­ją­cych strzel­ców… jakby ktoś fak­tycz­nie ce­lo­wał, jakby razów nie roz­dzie­lał, we­dług swo­je­go wi­dzi­mi­się, ślepy jak kura los. I wtedy do­strze­gła ten ka­mień… ska­mie­li­nę… Zdmu­chi­wa­ła kurz, roz­gar­nia­ła pia­sek… Mi­zer­ne efek­ty: gros masy głazu skry­wa­ła ubita zie­mia. Emma wsu­nę­ła dłoń pod plan­de­kę. Z obrzy­dze­niem omi­nę­ła prze­po­co­ną skar­pe­tę Jacka, wy­ma­ca­ła chłod­ny trzo­nek ło­pa­ty. Osło­nię­ta od góry paką wozu, od dołu – skrzy­nią kufra, ko­pa­ła za­pa­mię­ta­le, roz­rzu­ca­jąc grudy ze­schnię­tej na­wierzch­ni.


– Grób sobie ko­piesz, młoda damo? – Chra­pli­wy ba­ry­ton za­dud­nił nad głową Emmy; ktoś pytał po an­giel­sku.


– Roz­ko­pu­ję, ra­czej. – Ko­bie­ta pod­nio­sła wzrok i rzu­ci­ła ło­pa­tę. Stał nad nią wła­śnie ten w czer­ni. Ka­pe­lusz spo­czy­wał już teraz na swoim miej­scu, ko­smy­ki si­wych wło­sów wy­pa­da­ły spod fan­ta­zyj­nie wy­wi­nię­te­go ronda. Do uszu Emmy do­biegł po­mruk hisz­pań­skich słów, do­by­ty z dzie­sią­tek gar­deł. – Co oni mówią?!


– Hm, ga­da­ją, że warto taką ślicz­not­kę ze­rżnąć, nim się za­rżnie.


– Wiem, co mówią! Znam hisz­pań­ski. Nie cho­dzi o zna­cze­nie słów… Jak mogą wy­ga­dy­wać takie nie­do­rzecz­no­ści?!


– Ooo, mamy re­wo­lu­cję… Teraz mor­du­je się ko­la­bo­ran­tów. Je­cha­li­ście w woj­sko­wej eskor­cie.


– Je­stem oby­wa­tel­ką Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Pan, zdaje się, też z tam­tej stro­ny Rio Gran­de…


– Taaa… Widzi pani… róż­nie tu na nas pa­trzą. Bu­dzi­my mie­sza­ne uczu­cia.


– Pan może chyba wszyst­ko wy­ja­śnić?


– Co…? Co wy­ja­śnić?


– Mam listy po­le­ca­ją­ce.


– Nooo… to tro­chę zmie­nia obraz sy­tu­acji. Bę­dzie pani uprzej­ma… – Ramię ob­le­czo­ne czar­nym rę­ka­wem po­wę­dro­wa­ło w kie­run­ku ko­bie­ty.


Emma się­gnę­ła do tyl­nej kie­sze­ni ba­weł­nia­nych por­tek. Cien­ka, płó­cien­na ko­szu­la opię­ła przy tym ge­ście i uwy­dat­ni­ła wzgór­ki ster­czą­cych pier­si. Ko­lej­na fala po­mru­ku po­pły­nę­ła w prze­strzeń. Jeden z po­wstań­ców szar­pał man­kiet czar­ne­go, coś wy­krzy­ki­wał, żywo ge­sty­ku­lo­wał. Stary sprze­czał się z nim po hisz­pań­sku. Emma bły­ska­wicz­nie wci­snę­ła pa­pie­ry w wy­cią­gnię­tą, ste­ra­ną ży­ciem dłoń. Męż­czy­zna roz­wi­nął zło­żo­ną na czte­ry kart­kę, po­za­gi­na­ną na ro­gach, nieco wy­mię­tą i po­pla­mio­ną. Bie­gał chwi­lę wzro­kiem po za­dru­ko­wa­nym pa­pie­rze, a gdy skoń­czył lek­tu­rę, zwró­cił się z ora­cją do ad­wer­sa­rza i jego to­wa­rzy­szy:


– Jose Pe­re­ira, puł­kow­ni­ku… głu­pim się uro­dzi­łeś i głu­pim cię po­grze­bią. Re­wo­lu­cję ro­bisz… Re­wo­lu­cja to nie tylko gwałt i roz­bój, re­wo­lu­cja to rów­nież po­li­ty­ka. I po­li­ty­ka jest tu nawet waż­niej­sza. Wy­grasz re­wo­lu­cję… i wró­cisz na pole. Villa i Za­pa­ta w sto­li­cy za­sią­dą. Villa albo Za­pa­ta bę­dzie pre­zy­den­tem. Ty je­steś kmio­tem i kmio­tem zo­sta­niesz. Puł­kow­ni­kiem cię tylko zro­bi­li, kiedy pierw­sze­go głup­ka wio­sko­we­go mia­nu­ją tu, pożal się Boże, ge­ne­ra­łem. Teka mi­ni­stra ci się marzy, co naj­mniej, a damę do­stoj­ną chcesz rzu­cić kun­dlom na po­je­ba­nie. Tak wiedz, że – w oso­bie rze­czo­nej ko­bie­ty – Prze­naj­święt­sza Pa­nien­ka w brud­ne łap­ska dar losu ci wkła­da. Otóż, wy­obraź sobie, iż sam pan rek­tor uczel­ni Yale, co po­świad­cza wła­sno­ręcz­nym pod­pi­sem czło­nek se­na­tu Sta­nów Zjed­no­czo­nych, cie­bie, se­nior Pe­re­ira, in­for­mu­je, że ta oto tutaj, Emma Wat­son, jest pra­cow­ni­kiem na­uko­wym, po­szu­ku­ją­cym sta­ro­żyt­no­ści, i prosi o udziel­nie jej wy­pra­wie nie­zbęd­nej, a moż­li­wej po­mo­cy. Co gały wy­ba­łu­szasz…? Pan rek­tor i pan se­na­tor in­for­mu­ją i pro­szą rząd Mek­sy­ku. Masz być mi­ni­strem, więc ty re­pre­zen­tu­jesz tu rząd. Wysil tro­chę za­kap­tu­rzo­ną mó­zgow­ni­cę! Wy­bie­gnij myślą poza mie­dzę pola… Jak zgwał­cisz i za­mor­du­jesz panią Wat­son, a wieść tę roz­gło­szą ja­skół­ki, prasa pod­nie­sie la­ment. To może spro­wa­dzić in­ter­wen­cję Sta­nów Zjed­no­czo­nych… i gówno z re­wo­lu­cji. Je­że­li po­mo­żesz tej pani, a ona od­naj­dzie war­to­ścio­we ar­te­fak­ty, prasa roz­pły­nie się w pe­anach nad za­cno­ścią słyn­ne­go Jose Pe­re­iry, puł­kow­ni­ka, a Villa nie bę­dzie miał wtedy wy­bo­ru – wrę­czy ci tekę mi­ni­stra i awans na ge­ne­ra­ła. No, może w od­wrot­nej ko­lej­no­ści. A, i po­wiem jesz­cze, bo warto to dodać, że takie sta­ro­żyt­no­ści by­wa­ją czę­sto, bar­dzo wy­so­ko ce­nio­ne…


2.


Palce Emmy kle­iły się od mącz­nej papki. Ko­bie­ta le­pi­ła gir­lan­dy z ko­lo­ro­wych pa­pier­ków, a Con­chi­ta upi­na­ła je nad ra­ma­mi lu­ster w sali ba­lo­wej. Con­cha ba­wi­ła się przy tym jak dziec­ko. Emma też. Con­cha była wła­ści­wie dziec­kiem, bo skoń­czy­ła nie­daw­no pięt­na­ście lat, a Emmie ubyło kilka wio­sen przy tej ro­bo­cie. Ale wie­czor­na uro­czy­stość miała przy­po­mnieć wła­śnie o nie­ubła­ga­nym ob­ro­cie wska­zó­wek ze­ga­ra. Przed­sta­wio­ny czar­ne­mu do­ku­ment za­wie­rał do­kład­ne per­so­na­lia ko­bie­ty i by­stre oko sta­re­go bez­błęd­nie wy­chwy­ci­ło datę jej przyj­ścia na świat. Dziś ob­cho­dzi­ła trzy­dzie­ste uro­dzi­ny, o czym stary nie omiesz­kał uświa­do­mić Pe­re­iry i całej za­wszo­nej szaj­ki, na­zy­wa­ją­cej szum­nie samą sie­bie: par­ty­zan­ta­mi. To zna­ko­mi­ty pre­tekst do po­pi­ja­wy i po­tań­ców­ki, i nikt nie za­mie­rzał prze­pu­ścić po­dob­nej oka­zji. In­diań­skie ko­bie­ty od rana pich­ci­ły coś w kuch­ni, po­zo­sta­wia­jąc Emmie pro­blem przy­ozdo­bie­nia sali i de­le­gu­jąc do po­mo­cy Con­cep­tion.


Wła­śnie mijał trze­ci ty­dzień go­ści­ny-wię­zie­nia ekipy Emmy u Pe­re­iry. Puł­kow­nik urzą­dził ko­sza­ry w za­bu­do­wa­niach ha­cjen­dy don Ge­rva­sia. Prze­stron­ny dom go­spo­da­rza wy­zna­czył oczy­wi­ście na kwa­te­rę ofi­cer­ską, a że był aku­rat je­dy­nym ofi­ce­rem w skrzyk­nię­tym przez sie­bie od­dzia­le, roz­wa­lił się w wiel­kiej cha­łu­pie jak basza. No, nie można po­wie­dzieć, bo jeden pokój służ­bo­wy przy­dzie­lił sta­re­mu – czy to z sza­cun­ku, czy ze stra­chu – tego Emma nie była w sta­nie od­gad­nąć. W po­dob­nej służ­bów­ce ugosz­czo­no (uwię­zio­no) ko­bie­tę. Mięso ar­mat­nie roz­lo­ko­wa­no po staj­niach i ba­ra­kach. Jack i Wei dzie­li­li wspól­ny bar­łóg z sze­re­gow­ca­mi.


Va­qu­erów wcie­lo­no do­bro­wol­nie, jak­kol­wiek nie­sto­so­wa­nie i śmiesz­nie brzmia­ło­by to słowo, do po­wstań­czej armii. Służ­ba go­spo­da­rza, rów­nież do­bro­wol­nie, przy­stą­pi­ła do re­wo­lu­cji, czyli prze­szła pod ko­men­dę puł­kow­ni­ka. Wciąż pa­ra­ła się więc tą samą ro­bo­tą, tyle że teraz bez ja­kich­kol­wiek wi­do­ków i na­dziei na wy­na­gro­dze­nie, oczy­wi­ście!


Wszy­scy cze­ka­li na ko­niec za­wie­ru­chy i po­wrót don Ge­rva­sia. Wy­so­ko uro­dzo­ny ha­cjen­der nie opo­wie­dział się po ni­czy­jej stro­nie; wolał prze­cze­kać to wszyst­ko w go­ści­nie u moż­nych człon­ków rodu, w kra­inie swo­ich przod­ków, w sło­necz­nej An­da­lu­zji. W po­dróż za­brał żonę i dwój­kę pa­cho­ląt, i tylko ten, wy­łącz­nie ten in­wen­tarz. Roz­ma­ite pre­cjo­za i fi­li­gra­ny roz­pły­nę­ły się jak kam­fo­ra. Srebr­nej za­sta­wy i świecz­ni­ków puł­kow­nik nie ukrył w ku­frze, za­bro­nił ho­ło­cie tykać pod groź­bą kary śmier­ci, co­dzien­nie prze­li­czał i oglą­dał z każ­dej stro­ny. W ten spo­sób za­bi­jał wiele go­dzin nudy co­dzien­ne­go dnia, z punk­tem kul­mi­na­cyj­nym w po­sta­ci wy­staw­nej ko­la­cji.


Po­tra­wy ser­wo­wa­no ra­czej pro­ste: prze­wa­ża­ła ku­ku­ry­dza, fa­so­la i wo­ło­wi­na, do­pra­wio­na ostrą pa­pry­ką. Pierw­sze skrzyp­ce grały na­to­miast sre­bra: pół­mi­ski, ta­le­rze, noże, wi­del­ce i… kan­de­la­bry. Obec­ność pani Wat­son była obo­wiąz­ko­wa. Stary nie po­trze­bo­wał spe­cjal­ne­go za­pro­sze­nia. Pe­re­ira nie zno­sił pić sam, a lubił sobie gol­nąć. Pełna piw­ni­ca don Ge­rva­sia sku­tecz­nie od­strę­cza­ła wstrze­mięź­li­wych. Stary nigdy się nie roz­pę­dzał: dwie, trzy lamp­ki ma­la­gi dzia­ła­ły na niego na­sen­nie, jak twier­dził. Emma ko­cha­ła sło­dycz sher­ry; cały wie­czór są­czy­ła jeden kie­li­szek. Pe­re­ira za­pi­jał rum – raz sher­ry, raz ma­la­gą, około dzie­sią­tej miał już zwy­kle mocno w czu­bie.


Pod­ocho­co­ny al­ko­ho­lem sma­lił cho­lew­ki do Emmy. Sta­rał się być uprzej­my i de­li­kat­ny, a ko­bie­cie nawet schle­bia­ły umi­zgi puł­kow­ni­ka. Gdyby nie oko­licz­no­ści, w któ­rych się po­zna­li, i pro­sto­ta jego cham­skiej na­tu­ry, Emma mo­gła­by my­śleć o Jose, jak o przy­stoj­nym męż­czyź­nie. Prze­wa­ża­ła w nim krew hisz­pań­ska, a he­ba­no­wy, nie­go­lo­ny sys­te­ma­tycz­nie za­rost, ozda­biał twar­de rysy, uro­kiem pier­wot­nej siły. Z każ­dym dniem sta­wał się jed­nak bar­dziej na­tar­czy­wy. Emma wal­czy­ła z po­ku­są: ła­pa­ła się na tym, że ma ocho­tę ulec. Zwy­kle, bez resz­ty po­chła­nia­ła ją praca, spy­cha­ją­ca w naj­dal­szy kąt jaźni fi­zycz­ne po­trze­by. Przy­mu­so­wa bez­czyn­ność cu­ci­ła omdla­łe żądze. Jed­no­cze­śnie, nie­stru­dze­nie wa­ro­wał wro­dzo­ny prag­ma­tyzm. Nie czuła się pew­nie w obec­nej sy­tu­acji. Po­mi­mo chwi­lo­wej, po­zor­nej sta­bi­li­za­cji, od­no­si­ła wra­że­nie, że życie wciąż wisi na wło­sku. Nie mó­wiąc już o eg­zy­sten­cji Jacka i Chiń­czy­ka, i po­wo­dze­niu całej eks­pe­dy­cji. Ro­mans z puł­kow­ni­kiem mógł­by tutaj do­po­móc; rów­nie do­brze mógł wszyst­ko skom­pli­ko­wać. Powab mło­do­ści miała już dawno za sobą. Ow­szem, po­do­ba­ła się fa­ce­tom, ale jej fi­zjo­no­mia nie pa­so­wa­ła do okład­ki żur­na­la. Je­że­li Jose się nią znu­dzi, jak Mark… Mark zo­stał rek­to­rem, rzu­cił Emmę, wże­nił się w ban­kier­ską ro­dzi­nę. Jose też ją rzuci… ale na roz­dar­cie tym brud­nym by­dla­kom. Nie, nie… po­win­na trzy­mać dy­stans. Musi upar­cie grać swoją rolę: jest kimś bar­dzo waż­nym, z kim puł­kow­nik bez­względ­nie musi się li­czyć, a tak ważne oso­bi­sto­ści nie pie­przą się prze­cież byle gdzie, z byle kim. Na szczę­ście, za­wsze pod ręką był stary; ten wy­bor­nie ce­lo­wał w wy­czu­ciu sy­tu­acji.


– Późno! Za­sie­dzie­li­śmy się. Masz już dość, Pe­re­ira. Czas spać. O świ­cie musz­tra. Trze­ba prze­go­nić tę ha­ła­strę, bo ci się w pal­cach roz­ła­zi – za­wsze wy­pa­lał coś po­dob­ne­go, gdy się ro­bi­ło go­rą­co, gdy pod­chmie­lo­ny puł­kow­nik pró­bo­wał ob­ła­piać Emmę. Opla­tał ra­mie­niem talię Pe­re­iry, niby przy­jaź­nie, a rze­czy­wi­ście ho­lo­wał pi­ja­ka w kie­run­ku sy­pial­ni.


Chwi­le, które przy­cho­dzi­ły po ulu­la­niu puł­kow­ni­ka, osła­dza­ły gnu­śne go­dzi­ny nie­wo­li. Ko­bie­ta sia­da­ła na scho­dach, na ganku, a stary wy­no­sił roz­po­czę­tą bu­tel­kę i dwa krysz­ta­ło­we kie­lisz­ki. Emma li­czy­ła gwiaz­dy, spla­ta­ła srebr­ne nitki księ­ży­ca. Py­ta­ła… stary migał się jed­nak od zwie­rzeń.


Przy­był do Mek­sy­ku, by umrzeć jak męż­czy­zna: by polec w walce, nim lata i cho­ro­by za­wi­ną go w po­ściel. Nie kła­nia się kulom, te jed­nak upar­cie fru­wa­ją gdzieś bo­kiem, jakby szy­der­czo, zło­śli­wie. Pro­stacz­ko­wie okrzyk­nę­li go ku­lo­od­por­nym i uzna­li za wcie­le­nie ja­kie­goś az­tec­kie­go bożka. Wo­ła­ją na niego Stary Grin­go i boją się… jak jasna cho­le­ra. Mek­sy­kań­ski chło­pek pój­dzie z ma­cze­tą na ka­ra­bin ma­szy­no­wy, ale pad­nie na twarz przed czym­kol­wiek, co, w jego mnie­ma­niu, po­cho­dzi nie z tego świa­ta. Ciem­no­ta!


Tyle tyko udało się z niego wy­cią­gnąć. Stary nie chciał gadać, za to Emma traj­ko­ta­ła jak na­krę­co­na.


Licz­ne ro­dzeń­stwo, śmierć ojca, nie­do­la matki, bieda. Dwu­na­sto­go­dzin­ny dzień pracy w fa­bry­ce kon­serw, na przed­mie­ściach Oakland. Spo­tka­nia w kółku mło­dych so­cja­li­stów, Jack, ich szcze­nię­ce uczu­cia i pierw­sze unie­sie­nia. Usia­na prze­szko­da­mi droga do Yale. Fa­scy­na­cja zna­le­zi­ska­mi ska­mie­nie­lin di­no­zau­rów. – Wojna o kości. Ga­ze­ty hu­cza­ły! Słyn­na spra­wa… – stary wtrą­cił w jeden z dłuż­szych mo­no­lo­gów Emmy. Ro­mans ze star­szym o dobre dzie­sięć lat wy­kła­dow­cą. Jej dy­plom, awans uko­cha­ne­go, po­rzu­ce­nie, roz­pacz. Po­mysł na eska­pa­dę po Mek­sy­ku. Tu­tej­sze for­ma­cje są bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ne i bez wąt­pie­nia skry­wa­ją kości smo­ków.


Stary nie mówił o sobie, ale był wdzięcz­nym uczest­ni­kiem kon­wer­sa­cji. Znał życie, wie­dział, co zna­czy roz­pacz, po­rzu­ce­nie, od­trą­ce­nie. Ni­cze­go się nie spo­dzie­wał. Nie roz­dra­py­wał ran, tylko goił je po­czu­ciem dy­stan­su i cie­płem słowa. A słowa nio­sły magię, dźwi­ga­ły po­ezję.


– Kiedy ktoś coś po­rzu­ca, znaj­du­je to inny. Od­trą­co­ny za­ta­cza się jak pi­ja­ny, a pi­ja­ny czuje wła­dzę nad duszą, z czego bie­rze się wła­śnie ra­dość upo­je­nia. Hi­ste­ryk śmie­je się w roz­pa­czy, ja śmie­ję się z roz­pa­czy. Śmiać się czy roz­pa­czać: jedno i to samo. – Takie i po­dob­ne mak­sy­my pły­nę­ły z ust Grin­go, dźwię­ki pie­ści­ły ucho ko­bie­ty, wy­stu­ku­jąc mo­no­ton­ny rytm wa­go­nów na luź­nym pod­kła­dzie ko­le­jo­wym.


Kie­li­szek wina i po­ezja słów dzia­ła­ły po­dob­nie do na­parst­ka lau­da­num: od­pły­wał nie­po­kój i ból, duszę prze­sy­cał bło­go­stan. Emma skła­da­ła głowę na pier­si sta­re­go, jego szorst­ka dłoń czo­chra­ła piesz­czo­tli­wie burzę kasz­ta­no­wych loków. Pierw­sza wo­al­ka zwiew­ne­go snu tu­li­ła serce ko­bie­ty. Czuła w pół­śnie, pół­ja­wie, jak Grin­go bie­rze ją na ręce, unosi nad­zwy­czaj lekko, jakby zu­peł­nie nic nie wa­ży­ła, nie­zwy­kle de­li­kat­nie skła­da słod­ki bagaż na won­nym sien­ni­ku sier­mięż­ne­go łóżka. Raz, nim usły­sza­ła od­da­la­ją­ce się kroki, ob­ję­ła sta­re­go za szyję. Pró­bo­wa­ła za­cho­wać przy sobie jego cie­pło, pra­gnę­ła po­czuć je w sobie. W tej chwi­li była naj­bli­żej po­zna­nia praw­dy: ko­bie­ca żądza roz­kwi­ta naj­buj­niej na ko­bier­cu mę­skiej oso­bo­wo­ści.


– Nic ci nie mogę dać. Nie mam przy­szło­ści – wy­szep­tał Grin­go, wy­śli­zgu­jąc się spod ra­mie­nia Emmy, ni­czym Hydra z uści­sku Her­ku­le­sa.


Con­cha usta­wi­ła ta­bo­ret na se­kre­ta­rzy­ku i wspi­na­ła się po tej pi­ra­mid­ce, wie­sza­jąc ko­lej­ne gir­lan­dy. Ze­ska­ki­wa­ła z dwóch schod­ków i spa­da­ła lekko na pod­ło­gę, wy­krę­ca­jąc za każ­dym razem ra­do­sny pi­ru­ecik. Przy każ­dym ob­ro­cie przy­krót­ka spód­nicz­ka uno­si­ła się w górę i za­wi­sa­ła na mo­ment w po­wie­trzu. Mek­sy­kań­ska chłop­ka nie znała i nie uży­wa­ła bie­li­zny. Gład­ka, opię­ta na pupie skóra od­bi­ja­ła sło­necz­ne re­flek­sy, wpa­da­ją­ce do sali przez szybę wy­so­kie­go okna. Bose, wil­got­ne stóp­ki od­ci­ska­ły na gład­kiej po­li­tu­rze blatu ma­to­we tropy, zwiew­ne efe­me­ry­dy, ży­ją­ce kilka se­kund i gi­ną­ce w ete­rze go­rą­ce­go po­wie­trza, niby ślady igra­szek do­mo­wych dusz­ków. Emma dzie­li­ła uwagę po­mię­dzy pre­cy­zyj­ne ruchy po­skle­ja­nych pal­ców, a ob­ser­wa­cję nie­win­nych figli na­iw­nej istot­ki. Pró­bo­wa­ła od­rzu­cić na­tręt­ną myśl: na­sto­lat­ki ko­kie­tu­ją in­tu­icyj­nie.


Ko­bie­ta za­ży­wa­ła ką­pie­li zwy­kle o za­cho­dzie słoń­ca, przed ry­tu­al­ną ko­la­cją u Pe­re­iry, gdy wspo­mnie­nie o wan­nie go­rą­cej wody, w rześ­kim chło­dzie wie­czo­ru, nie przy­pra­wia­ło o mdło­ści. Con­cha usłu­gi­wa­ła przy to­a­le­cie, szo­ru­jąc plecy Emmy na­my­dlo­ną gąbką. Pil­nie stu­dio­wa­ła kształ­ty doj­rza­łe­go ciała.


– Chcia­ła­bym mieć takie duże cycki.


– Więk­sze cycki to więk­szy kło­pot. Twoje są chyba w sam raz… – po­dzie­li­ła się do­świad­cze­niem i spo­strze­że­niem Emma, po­chwy­ci­ła rąbek bia­łej ko­szul­ki i ener­gicz­nie po­cią­gnę­ła w górę. – Mó­wi­łam… aku­rat: jędr­ne i słod­kie jak doj­rza­łe po­ma­rańcz­ki. Fan­ta­stycz­nie zdo­bią zja­wi­sko urody, fi­gur­kę in­diań­skiej księż­nicz­ki. Fuj…! Ale się po­cisz! Upał. Wska­kuj, bru­da­sku… Razem się po­plusz­cze­my.


3.


At­mos­fe­rę po­łu­dnio­wej fie­sty Emma po­zna­ła w dzie­ciń­stwie, w Ka­li­for­nii. Teraz było po­dob­nie: or­kie­stra, tańce, ko­lo­ro­we stro­je, ugi­na­ją­ce się stoły, pły­ną­cy rzeką al­ko­hol; nocne niebo ugwieź­dzi­ły nawet race i sztucz­ne ognie. A wszyst­ko to na jej cześć. Re­gio­nal­ny, wie­lo­barw­ny ubiór przy­dał zja­wi­sko­wej uro­dzie małej Con­cep­tion jesz­cze więk­sze­go bla­sku. Mro­wi­ły ko­niusz­ki pal­ców, mię­śnie łydek drża­ły jak w fe­brze: dzi­siej­szej nocy Emma spę­dzi­ła wię­cej czasu na par­kie­cie, niż pod­czas ostat­niej, no­wo­rocz­nej po­tań­ców­ki w sto­do­le sta­re­go O’Kelly. Kro­pel­ki potu skrzy­ły się na wy­so­kim czole. Zdro­wy ru­mie­niec kra­sił blade lico, ma­sko­wał ró­żo­wym tu­szem mro­wi­sko wszę­do­byl­skich pie­gów.


Wpraw­dzie dzi­siej­sza noc była szcze­gól­nie uro­czy­sta, a Pe­re­ira sta­rał się trzy­mać jak naj­dłu­żej fason, po­wtó­rzył się sce­na­riusz każ­dej wie­czor­nej ko­la­cji. Puł­kow­nik znowu wypił za dużo i w pew­nym mo­men­cie ogło­sił, że wszyst­kie tańce z Emmą re­zer­wu­je dla sie­bie. Kilka razy wy­strze­lił z re­wol­we­ru w sufit, na wiwat, ścią­ga­jąc na głowy gości śnie­ży­cę wa­pien­ne­go pyłu. Roz­ka­zał grać same tanga, a ten go­rą­cy ta­niec, w jego wy­ko­na­niu, na­bie­rał szcze­gól­nie ero­tycz­ne­go pod­tek­stu. Stary, jak zwy­kle, ra­to­wał Emmę z opre­sji:


– Od­bi­ja­ny! – huk­nął w ucho Pe­re­iry, ode­pchną bez­ce­re­mo­nial­nie opoja i chwy­cił ko­bie­tę w ob­ję­cia.


Po kilku ob­ro­tach prze­ka­zał roz­krę­co­ną kukłę w ręce Jacka, a sam po­drep­tał w kie­run­ku awan­tu­ru­ją­ce­go się gło­śno, pró­bu­ją­ce­go prze­krzy­czeć or­kie­strę puł­kow­ni­ka. Emma wi­dzia­ła kątem oka, jak obej­mu­je go i ho­lu­je utar­tym spo­so­bem, a gdy po­wró­cił po chwi­li, wy­rwa­ła się z objęć pierw­szej mi­ło­ści i padła sta­re­mu w ra­mio­na. Ero­tycz­ny cha­rak­ter tanga ko­re­spon­do­wał z jej ak­tu­al­nym na­stro­jem. Gdy opla­ta­ła ko­la­na­mi udo part­ne­ra, a swoje wci­ska­ła w szew jego roz­por­ka, czuła, że ta bli­skość nie jest sta­re­mu zu­peł­nie obo­jęt­na. Pew­ność nie­za­prze­czal­ne­go faktu rosła, w miarę pęcz­nie­nia za­war­to­ści no­gaw­ki. Była da­le­ka od za­że­no­wa­nia, dzi­wi­ło ją tylko, że u sta­re­go fa­ce­ta po­ja­wia się… taki słusz­ny roz­miar. Choć gesty nie wy­ma­ga­ły słów, Grin­go po­czuł po­trze­bę wer­ba­li­za­cji:


– Robi się nie­bez­piecz­nie.


– Nasza za­ży­łość już chyba dawno prze­kro­czy­ła gra­ni­cę bez­pie­czeń­stwa. – Głos Emmy pie­ścił cie­płym wes­tchnie­niem; ko­kie­to­wa­ły zie­lo­ne oczy, igra­jąc pół fi­glar­nym, pół na­mięt­nym spoj­rze­niem.


– Byłem krzyw­dzo­ny i krzyw­dzi­łem. Stary czło­wiek musi zdać ra­chu­nek. Teraz mam bi­lans ze­ro­wy. Nie chcę już wię­cej ranić…


– Za­dasz naj­głęb­szą ranę, je­że­li zo­sta­wisz tej nocy!


– Ta noc może być ostat­nią w moim życiu.


– I w moim… Nigdy nie mamy pew­no­ści. Nikt nie zna swo­je­go jutra.


– Praw­do­po­do­bień­stwo się liczy.


– Praw­do­po­do­bień­stwo jest za­wsze takie samo.


– Fi­lo­zo­fia.


– Ty je­steś spe­cja­li­stą od fi­lo­zo­fii.


– Ty je­steś spe­cja­list­ką od kości. Ko­lek­cjo­nu­jesz sta­ro­cie.


– Ten smok w roz­por­ku… ska­mie­li­na!


Grin­go robił to per­fek­cyj­nie. Emma czuła ru­ty­nę i do­świad­cze­nie. Kto mówił, że sta­rzy fa­ce­ci cuch­ną grzy­bem i capem? Nie­któ­rzy może tak, ale nie Grin­go: świe­ży pot, ku­bań­ski tytoń, drogi ko­niak – za­pach praw­dzi­we­go męż­czy­zny. Twar­de jak zadek ogie­ra mię­śnie ob­na­ża­ły przy każ­dym ruchu szcze­gó­ły ana­to­mii ciała. Czas oszczę­dził sta­re­mu upo­ko­rze­nia. Twar­dość z roz­por­ka nie mię­kła, a za­da­wa­ła tak głę­bo­kie i pre­cy­zyj­ne kłu­cia, że Emma mu­sia­ła tłu­mić przed­wcze­sny pa­rok­syzm roz­ko­szy. Z sali ba­lo­wej do­bie­ga­ły tony me­lo­dii, akom­pa­nio­wał im we­so­ły, dzie­cię­cy śmiech Con­chi­ty, a oni ta­rza­li się w stró­żów­ce, w je­dwab­nej po­ście­li don Ge­rva­sia. Emma do­cho­dzi­ła kil­ku­krot­nie. Za każ­dym razem, gdy fala na­mięt­no­ści się­ga­ła szczy­tu roz­ko­szy, oczom wez­bra­nej żądzy jawił się na­tręt­ny kon­ter­fekt: dwie okrą­głe, ape­tycz­ne po­ma­rańcz­ki Con­chi­ty.


Emma uchy­li­ła po­wie­ki, ale nie zmie­ni­ła po­zy­cji ciała. Obu­dzi­ła ją krzą­ta­ni­na Grin­go. Stary wcią­gnął spodnie, prze­rzu­cił przez ramię ko­szu­lę, pod­szedł do se­kre­ta­rzy­ka i prze­glą­dał le­żą­ce na bla­cie książ­ki. Le­d­wie omiótł wzro­kiem tytuł – od­kła­dał tomik na miej­sce. Jeden pie­ścił w dło­niach nieco dłu­żej. Emma prze­cią­gnę­ła się z głę­bo­kim wes­tchnie­niem. Do­szła do wnio­sku, że nad­szedł już czas, by za­ma­ni­fe­sto­wać po­wrót do życia:


– Czy­ta­łeś…?


– A ty…?


– Jaki to autor?


– Am­bro­se Bier­ce.


– Aaa, to… Nie! Nie zdą­ży­łam. Nie mogę się tutaj sku­pić. Czy­ta­łam jedno opo­wia­da­nie tego au­to­ra w ja­kiejś po­po­łu­dniów­ce. Nie pa­mię­tam, o co cho­dzi­ło, ale po­do­ba­ło mi się. Zo­ba­czy­łam tomik na wy­sta­wie księ­gar­ni. Ku­pi­łam. Do­rzu­ci­łam do po­dróż­nej bi­blio­tecz­ki.


– Prze­czy­tasz?


– Na pewno!


– Prze­czy­taj.


– Dobre? Czy­ta­łeś?


– Znam tego au­to­ra.


– Co czy­tu­jesz?


– Różne rze­czy.


– Teraz coś czy­tasz?


– Za­bra­łem ze sobą Don Ki­cho­ta. Ce­rvan­tes. Znasz?


– Każdy zna, prze­cież.


– Wcze­śniej tego nie czy­ta­łem. Zbie­ra­łem się kilka razy, ale jakoś tak… Ta książ­ka to ostat­ni ra­chu­nek, który muszę wy­rów­nać ze świa­tem.


Stary wcią­gnął na grzbiet ko­szu­lę, otwo­rzył wiel­kie skrzy­dło bal­ko­no­we­go okna i wy­szedł na ganek. Wszech­obec­na Con­chi­ta, wzo­rem le­śne­go elfa, bie­ga­ła od rana tam i sam, ra­do­śnie, wokół bo­ga­te­go do­mo­stwa nie­daw­ne­go go­spo­da­rza. Wę­giel­ki czar­nych ocząt sy­pa­ły fi­glar­ne ogni­ki. Kosa kru­czych wło­sów fa­lo­wa­ła zwin­nie przy każ­dym ruchu, jakby pro­wa­dzo­na ręką wpraw­ne­go żni­wia­rza. Dziew­czę prze­fru­nę­ło przez ganek, a stary piesz­czo­tli­wie klep­nął roz­bry­ka­ny ty­łe­czek.


– Kawy nam przy­nieś, a mi­giem!


– Roz­kaz, se­nior Grin­go! – Wy­dat­ne, kar­mi­no­we wargi roz­je­cha­ły się w sze­ro­kim uśmie­chu, pe­reł­ki bia­łych zębów za­iskrzy­ły w świe­tle pran­ka.


Emma okry­ła na­gość po­włó­czy­stym szla­fro­kiem, cia­sno prze­wią­zu­jąc talię je­dwab­ną wstę­gą. Dzba­nu­szek aro­ma­tycz­ne­go na­pa­ru, usta­wio­ny na srebr­nej tacy w to­wa­rzy­stwie wy­szu­ka­nej za­sta­wy, pa­ro­wał na ra­ta­no­wym sto­li­ku. Stary stał w po­ło­wie ni­skich scho­dów, za­chły­stu­jąc się dymem czar­ne­go cy­ga­ra. Emma prze­kro­czy­ła kilka stop­ni, Grin­go objął ją lewym ra­mie­niem, przy­cią­gnął do sie­bie, dło­nią pra­wej ręki wska­zał od­le­gły punkt, wy­pa­trzo­ny na linii da­le­kie­go ho­ry­zon­tu.


– Nie mogę ci wiele dać. Mam jed­nak coś dla cie­bie… Wi­dzisz tę mgieł­kę na nie­bo­skło­nie?


– Aha…


– Roz­ma­za­ny ho­ry­zont… Po­wie­trze pląsa. Tutaj, o tej porze, jak okiem się­gnąć, tylko spa­lo­na trawa. Cza­sa­mi tań­czą­ce po­wie­trze ro­śnie, a wtedy bu­du­je mi­ra­że. Gdy jed­nak jest takie wą­skie, nie­wie­le szer­sze od kre­ski, można nim ry­so­wać wspo­mnie­nia. Tam, hen, za nie­bo­skło­nem, tę­sk­ni kra­ina dzie­ciń­stwa. Szma­rag­do­we ko­bier­ce łąk pną się ku pla­ty­no­wym szczy­tom dum­nej Kor­dy­lie­ry. Krysz­ta­ło­we po­to­ki spa­da­ją z gór, ha­ftu­jąc srebr­ną przę­dzą tur­ku­so­we dy­wa­ny. Wieża ziemi, nie­śmier­tel­na se­kwo­ja, strze­la tak wy­so­ko w nie­ska­la­ny błę­kit nieba, że uwite na jej wierz­choł­ku gniaz­do, zda się, sie­dzi po­środ­ku kom­na­ty sa­me­go Wszech­mo­gą­ce­go. Sa­mot­ny wę­dro­wiec, prze­mie­rza­ją­cy tę zie­mię, skry­je się cza­sem w cie­niu po­tęż­ne­go orła, który, roz­po­starł­szy sze­ro­ko skrzy­dła i groź­nie na­stro­szyw­szy pióra, że­glu­je ma­je­sta­tycz­nie po la­zu­ro­wej toni. Żagle króla prze­stwo­rzy błą­ka­ją się cza­sem i tutaj; wtedy mu­stru­jesz ducha na pod­nieb­ny szku­ner i szy­bu­jesz, dając się po­nieść wi­chrom tę­sk­no­ty ku temu, co prze­mi­nę­ło, co przy­pa­dło w udzia­le szcze­nię­cej bez­tro­sce, co po­grze­ba­ne pod pyłem mkną­ce­go bez przy­stan­ku czasu.


– Na­ma­lo­wa­łeś obraz… Na­ma­lo­wa­łeś sło­wem… Dla mnie…? Uro­cze! To naj­pięk­niej­sza rzecz, jaką do­sta­łam w życiu. Je­steś poetą?


– Byłem… Byłem żoł­nie­rzem. Ot, coś nie­raz zagra tak w duszy… Wi­dzia­łem cię wcze­śniej.


– Słu­cham…


– Wi­dzia­łem przez lor­net­kę. Grze­ba­łaś w ziemi, nad rzeką. Pew­nie szu­ka­łaś smo­czych kości… Chiń­czyk sie­dział na wozie, opar­ty o ko­zioł, Jack leżał na pace, opa­tu­lo­ny plan­de­ką.


– I…


– Szaj­ka ko­nio­kra­dów prze­pra­wia­ła tabun przez rzekę. Po­gna­łem za nimi. Strze­la­li­śmy do sie­bie. Nie wi­dzia­łaś tego?


– Ach, tak… coś sobie przy­po­mi­nam. Wiesz, tu lu­dzie czę­sto strze­la­ją. Cią­gle się kłócą, coś sobie krad­ną na­wza­jem. Naj­lep­szy spo­sób to uda­wać, że nic się nie widzi, nie sły­szy. Sta­ram się nie wty­kać nosa w nie swoje spra­wy.


– Słusz­nie!


– I co…? Od­bi­łeś konie?


– Gdzie tam… Z dużo ich było. Kilku po­wa­li­łem, ale obe­rwa­łem. Lekko… ale wpa­dłem do wody. Nim się wy­grze­ba­łem na brzeg, po ko­niach i ko­nio­kra­dach smród tylko zo­stał.


– Po jaką cho­le­rę to zro­bi­łeś?!


– Don­ki­szo­te­ria.


– Mo­głeś zgi­nąć!


– Chcia­łem zgi­nać. Przy­by­łem tutaj, by umrzeć. Nadal chcę zgi­nąć. Chyba… chyba chcę. Tak mi się wy­da­je. Teraz to już sam nie wiem.


Pe­re­ira zdrzem­nął się rap­tem ze dwie go­dzi­ny, a że bal się już wła­ści­wie skoń­czył i wszy­scy roz­sy­pa­li się po kwa­te­rach, po­szedł do czwo­ra­ków, by pić z kom­pa­na­mi, ćmić ha­wań­skie cy­ga­ra, rżnąć w kości do bia­łe­go rana, ob­ła­piać grube ku­char­ki. Z tru­dem utrzy­mu­jąc pion, so­lid­nie wsta­wio­ny, wra­cał do wy­twor­nej sy­pial­ni. Wia­dro al­ko­ho­lu nie uko­iło bólu serca, nie spra­ło plamy na ho­no­rze. Prze­czu­wał, co wy­da­rzy­ło się tej nocy, a w po­dej­rze­niach utwier­dza­ły go nie­wy­bred­ne do­cin­ki kum­pli. Ame­ry­kań­ska suka gziła się ze sta­rym capem, to pewne! Jose Pe­re­ira, puł­kow­nik, sie­dzi w czar­nej dupie, oczy­wi­ste! Teraz go­łą­becz­ki raczą się ka­wu­sią na ta­ra­sie, słod­kie! Dosyć…!


– Mamy sobie coś do wy­ja­śnie­nia, Grin­go!


– Za­mie­rzasz gadać tutaj, czy wej­dzie­my do środ­ka?


– Do środ­ka…


Pe­re­ira rzu­cił się na Grin­go, gdy tylko za­trza­snął za sobą drzwi sy­pial­ni. Wiej­ski osi­łek miał zde­cy­do­wa­ną prze­wa­gę fi­zycz­ną. Wiek od­ci­snął pięt­no na zdol­no­ściach bo­jo­wych sta­re­go żoł­nie­rza. Jed­nak al­ko­hol wy­rów­ny­wał szan­se. Grin­go zręcz­nie uni­kał nie­zdar­nej pię­ści. Chwy­cił wpół na­past­ni­ka, uniósł… i trzep­nął o par­kiet. Prawe ramię za­plótł wokół grdy­ki, lewym nad­garst­kiem za­klesz­czył sta­lo­we ima­dło. Raz do­ci­skał, raz lu­zo­wał mor­der­cze ob­cę­gi, dając prze­ciw­ni­ko­wi od­czuć, że dzier­ży wła­dzę ab­so­lut­ną. Uspo­ko­ił od­dech. Ci­chym gło­sem, ale zde­cy­do­wa­nym tonem, ce­dził w ucho bez­wład­ne­go Pe­re­iry:


– O babę się sprze­czasz, za­gro­do­wy burku… Wy­lu­zuj! Wszyst­ko to twoja wina.


– Puść, cho­le­ra! Udu­sisz… – char­czał upo­ko­rzo­ny puł­kow­nik.


– Bę­dzie spo­kój?


– Jasne…


– Przy­się­gasz?


– Przy­się­gam.


– Na źre­ni­ce Prze­naj­święt­szej Pa­nien­ki z Gu­ada­lu­pe?


– Przy­się­gam!


Grin­go wstał, otrze­pał nie­dba­le spodnie i po­pra­wił wy­cią­gnię­tą zza paska ko­szu­lę. Pe­re­ira dźwi­gnął się z tru­dem, zro­bił kilka kro­ków w po­chy­lo­nej po­sta­wie i klap­nął cięż­ko w głę­bo­kie sie­dzi­sko naj­bliż­sze­go fo­te­la. Stary uchy­lił skrzy­dło barku, od­mie­rzył dwie so­lid­ne por­cje ko­nia­ku, nie­mal do po­ło­wy na­peł­nia­jąc krysz­ta­ło­we kie­li­chy. Wyjął z he­ba­no­wej skrzy­necz­ki i wci­snął w zęby dwa grube cy­ga­ra. Prze­cią­gnął łepek dłu­giej za­pał­ki po po­li­tu­rze blatu; roz­ża­rzył końce czar­nych, zro­lo­wa­nych liści. Jeden kie­lich we­pchnął w rękę, jeden rulon w usta puł­kow­ni­ka. Prze­cha­dzał się po kom­na­cie, raz sma­ku­jąc bu­kiet kosz­tow­ne­go trun­ku, raz aro­mat wy­kwint­ne­go ty­to­niu.


– Wszyst­ko to twoja wina, Jose Pe­re­ira. Ona pro­si­ła, ja mó­wi­łem: daj babie kilku chło­pa, eskor­tę, i wy­gnaj w góry. Dawno by jej tutaj nie było. Chce grze­bać w ziemi… Niech grze­bie! Twier­dzi, że leżą tam smo­cze kości, że wcze­śniej zba­da­ła teren. Amo­rów ci się za­chcia­ło! Mało tu ku­cha­rek… Ona nie dla cie­bie. Nie dla ta­kie­go, jakim cię tutaj znaj­du­je. To ważna pani. Jej zna­le­zi­sko zrobi z cie­bie mi­ni­stra. Ja będę do­bi­jał się pew­nie do bram raju. Sta­niesz się KIMŚ. O, wtedy… wtedy mo­żesz się sta­rać.


4.


Upał obez­wład­niał. Konie stą­pa­ły le­ni­wie po spę­ka­nej ziemi. Ko­py­ta uno­si­ły do­kucz­li­we dro­bi­ny kurzu i pyłki ze­schnię­tych ro­ślin. Brnę­li w mil­cze­niu: tem­pe­ra­tu­ra tłam­si­ła dow­cip, at­mos­fe­ra wię­zi­ła słowa w ustach. Mil­czał nawet ga­da­tli­wy z na­tu­ry Jack. Emma przy­glą­da­ła się za­du­ma­nej, ogo­rza­łej twa­rzy męż­czy­zny. Pró­bo­wa­ła wnik­nąć w śro­dek jego głowy. Za­sta­na­wia­ło ją, co sądzi o jej ro­man­sie ze Sta­rym Grin­go? Czy myśli cza­sem o niej, jak o ko­bie­cie? Stara mi­łość po­dob­no nie rdze­wie­je… Ona nie za­po­mnia­ła, ale już dawno prze­sta­ła po­strze­gać Jacka jako po­strze­lo­ne­go, uro­cze­go szcze­nia­ka, z nie­dba­le za­rzu­co­ną na bok, sło­mia­ną grzyw­ką, cha­bro­wy­mi ocza­mi, kwa­dra­to­wą szczę­ką i wą­ski­mi, za­wzię­ty­mi usta­mi, które po­tra­fią cu­dow­nie ca­ło­wać. Am­bit­ny dzie­ciak wy­rwał się z brud­nych przed­mieść Oakland, po­szedł w jej ślady, a ona po­ma­ga­ła w nauce, w ka­rie­rze na­uko­wej. Pro­jekt był wpraw­dzie au­tor­stwa Emmy, ale to Jack zor­ga­ni­zo­wał fun­dusz na ich ba­da­nia te­re­no­we. Skąd wy­trza­snął pie­nią­dze? Nigdy nie spy­ta­ła. Nie chcia­ła wie­dzieć, nie wni­ka­ła w szcze­gó­ły. Jack przy­pro­wa­dził Weia, dwo­ru­jąc, że fun­da­men­ty uda­nej wy­pra­wy bu­du­je wy­kwint­na kuch­nia. Chiń­czyk wspa­nia­le go­to­wał, praw­da! Po­tra­fił upich­cić coś z ni­cze­go. Snuł się zwy­kle za wozem, zbie­ra­jąc ja­kieś zioła, a potem ciął to wszyst­ko skła­da­nym nożem i wrzu­cał do bocz­ku z fa­so­lą.


Wei przy­rzą­dził ostat­nie śnia­da­nie przed wy­jaz­dem z ha­cjen­dy; oszczę­dził ku­char­kom wcze­snej po­bud­ki. Brzask le­d­wie ró­żo­wił wąski pasek nieba nad ho­ry­zon­tem, że­gna­ła ich tylko roz­czo­chra­na Con­cha. Stary uści­skał ją po oj­cow­sku, ale po­kle­pał po tyłku, po męsku. Cho­ciaż tabor ru­szył, dziew­czy­na cią­gle tu­li­ła obie dło­nie Emmy. Usta przy­lgnę­ły do ust: splo­tły się cie­płe, wil­got­ne wargi, po ciele Emmy prze­mknę­ły roz­kosz­ne mrów­ki. Wszyst­ko to wy­da­wa­ło się takie spon­ta­nicz­ne, nie­win­ne, a jed­nak tro­szecz­kę nie­sto­sow­ne. Szczę­ście, że nikt ich nie wi­dział! Emma pierw­sza prze­cię­ła su­peł­ki warg i ję­zy­ków, przy­tu­li­ła dziew­czy­nę, prze­cze­sa­ła pal­ca­mi smo­li­ste włosy, czule uca­ło­wa­ła roz­pa­lo­ne czoło.


– Wrócę! Wrócę po cie­bie, Con­cha.


– Ob­ja­dę czuj­ki. – Stary ścią­gnął wodze, ob­ró­cił konia w miej­scu i ubódł bydlę ostro­gą.


Pe­re­ira ob­da­ro­wał eks­pe­dy­cję czwór­ką par­ty­zan­tów i… bło­go­sła­wień­stwem. Pro­wian­tu na szczę­ście nie ską­pił; Wei miał pełne ręce ro­bo­ty. Grin­go zgło­sił się na ochot­ni­ka: zgo­dził się na pią­te­go człon­ka eskor­ty. Puł­kow­nik nawet nie pró­bo­wał ukryć za­do­wo­le­nia. Miał po dziur­ki w nosie pa­no­sze­nia się upier­dli­we­go sta­ru­cha, wy­nie­sio­ne­go przez ciem­ny lud na oł­ta­rze. Dokąd czy­ści­li pół­noc z fe­de­ral­nych, stary był nawet przy­dat­ny; teraz przy­spa­rzał kło­po­tów. Pe­re­ira orzekł, że eks­pe­dy­cja nie po­trze­bu­je sil­niej­szej eskor­ty: fe­de­ral­nych dziś nie uświad­czysz, de­spe­ra­dos to teraz par­ti­sa­nos, a Apa­cze już nie mor­du­ją – pod­kra­da­ją krowy ran­cze­rom. Wię­cej ludzi nie da, bo za­mie­rza prze­dzie­rać się na po­łu­dnie, gdzie wo­ju­ją Villa i Za­pa­ta. Stary nie ma­ru­dził, stwier­dził je­dy­nie, że nie­waż­na ilość, liczy się ja­kość żoł­nie­rzy. Po­pro­sił, aby miej­sce mło­de­go Paco zajął Macho, in­diań­ski tro­pi­ciel.


Stary po­dzie­lił się z Emmą su­ro­wą opi­nią: „Ten kraj jest wciąż nie­bez­piecz­ny”. Nie zwa­żał na wła­sną osobę; bał się o życie ko­bie­ty, jej to­wa­rzy­szy i po­wo­dze­nie eks­pe­dy­cji. Usta­wił więc Macho w awan­gar­dzie, Ra­mi­re­za w arier­gar­dzie, a sam ze sta­rym de­spe­ra­do, Mo­ra­le­sem, oraz roz­trop­nym chłop­kiem, San­che­zem, pil­no­wał Emmy i wozu.


– Mo­ra­les, Mo­ra­les…! – krzy­czał Grin­go, osa­dza­jąc cwa­łu­ją­ce­go konia. – Ra­mi­rez znik­nął!


– Gdzie…?


– Gdzie?! Gdzie?! W dupie! My­śla­łem, że ty mi po­wiesz. Pew­nie zde­zer­te­ro­wał, szma­ciarz jeden…


– Eee, Ra­mi­rez… Gdzież­by… A, do baby może mu pilno. Kilka mil stąd jest małe pu­eblo. Pew­nie na dupki po­je­chał. Na chwi­lę… Na wie­czór bę­dzie z po­wro­tem.


– Prze­ja­dę się ka­wa­łek jego śla­dem. Jak znaj­dę w wio­sce, to ścią­gnę z dupy i na ko­pach przy­go­nię. Jak uciekł, na naj­bliż­szej ga­łę­zi po­wie­szę. Puść przo­dem San­che­za: niech zo­ba­czy, co tam u Macho, na szpi­cy.


– Stać! – ko­men­dę wy­po­wie­dzia­no gło­śno, jed­nak nie­zbyt zde­cy­do­wa­nym tonem. Wy­krzy­ku­ją­cy ofi­cer wy­glą­dał na zmie­sza­ne­go. – Kogo tu dia­bli niosą, że wprost za­py­tam, za prze­pro­sze­niem ja­śnie wiel­moż­nej pani.


– Z ja­śnie wiel­moż­ną to prze­sa­dzi­li­ście, ka­pi­ta­nie. Pan po­zwo­li, ofi­ce­rze… Emma Wat­son, pa­le­on­to­log. O, a tutaj… peł­no­moc­nic­twa mojej uczel­ni i po­le­ce­nie se­na­tu Sta­nów Zjed­no­czo­nych.


– Pa­pie­ry, pa­pie­ry, pa­pie­ry. – Ka­pi­tan chwy­cił wy­mię­ty do­ku­ment i prze­biegł nie­spo­koj­nym wzro­kiem. – Aaa, do czor­ta! Mało to mamy wła­snych pro­ble­mów… Tu widzę do­dat­ko­we. Pani wy­ba­czy… nie będę w sta­nie do­po­móc. Za­pę­dzi­łem się z moim pa­tro­lem da­le­ko na pół­noc. Go­ni­łem Apa­czów. W dro­dze po­wrot­nej prze­trze­bi­li nas i roz­pro­szy­li re­be­lian­ci, a teraz pró­bu­ję spro­wa­dzić te reszt­ki na po­łu­dnie. Mało mam ludzi, widać… Dwóch jesz­cze zde­zer­te­ro­wa­ło dzi­siej­szej nocy. Nie po dro­dze nam, że tak po­wiem.


– O, pro­szę nie za­przą­tać sobie głowy, panie ofi­ce­rze. Mam przy boku trzech tę­gich zu­chów: ko­le­gę z uczel­ni, chiń­skie­go ku­cha­rza i… o, tego tutaj… dziel­ne­go va­qu­ero – Emma wy­śpie­wy­wa­ła cie­płe słowa przy­ja­znym tonem, cza­ru­jąc służ­bi­stę nie­win­nym uśmie­chem; Mo­ra­les skrył się głę­bo­ko w cie­niu roz­ło­ży­ste­go som­bre­ra.


– O, ku­uur­wa… – Stary Grin­go rzad­ko prze­kli­nał, teraz nie szu­kał przy­zwo­ite­go od­po­wied­ni­ka; omi­nął z pra­wej ska­li­sty pa­gó­rek, wy­je­chał wprost na żoł­nie­rzy.


– Grin­go Viejo, Grin­go Viejo… – Po­mię­dzy mun­du­ra­mi prze­ta­czał się zło­wro­gi po­mruk.


Po­pu­lar­ność bywa kło­po­tli­wa. Sze­re­gow­cy po­ka­zy­wa­li pal­ca­mi, się­ga­li do kabur, uno­si­li ka­ra­bi­ny, skła­da­jąc się do strza­łu: nie zo­sta­wi­li sta­re­mu wy­bo­ru. Obie dło­nie opa­dły na rę­ko­je­ści dwóch wy­słu­żo­nych re­ming­to­nów. Każdy po­cisk uno­sił śmierć w oło­wia­nym sio­dle. Jack wci­snął Emmę na samo dno wozu. Wei, zgrab­nym tri­kiem pal­ców, uzbro­ił swój dziw­ny scy­zo­ryk, a sprę­ży­stym ru­chem nad­garst­ka wpro­wa­dził na­rzę­dzie w ruch, prze­ci­na­jąc tcha­wi­cę żoł­nie­rza, sie­dzą­ce­go na koniu, naj­bli­żej kozła woź­ni­cy. Mo­ra­le­so­wi bra­ko­wa­ło pre­cy­zji, strze­lał jed­nak nie­zwy­kle szyb­ko z win­che­ste­ra, zdo­by­te­go oneg­daj na ja­kimś straż­ni­ku Tek­sa­su, co na­bie­ra­ło – w po­dob­nej sy­tu­acji i przy nie­wiel­kiej od­le­gło­ści – wagi ar­gu­men­tu ko­ron­ne­go. Sze­reg mun­du­rów runął. Na dru­gim pla­nie uka­zał się woj­sko­wy fur­gon. Woź­ni­ca pró­bo­wał okieł­znać spło­szo­ne konie, a żoł­nierz uzbro­ić i wy­ce­lo­wać ka­ra­bin ma­szy­no­wy. Gdyby się udało… Nie zdą­żył… Wią­zan­ka lasek dy­na­mi­tu, opa­trzo­na sy­czą­cym, kró­ciut­kim lon­tem, od­bi­ła się od jego pier­si i za­gu­bi­ła gdzieś po­mię­dzy skrzyn­ka­mi, na samym dnie fur­go­nu; tym razem Mo­ra­les ce­lo­wał z nie­zwy­kłą dla sie­bie pre­cy­zją. Żoł­nierz pod­jął wpraw­dzie próbę go­rącz­ko­we­go po­szu­ki­wa­nia, ale… Po­wie­trze roz­darł huk po­tęż­nej eks­plo­zji. Po­fru­nę­ły w górę czap­ki i ka­pe­lu­sze, wszyst­kie konie sta­nę­ły dęba, zie­mia drża­ła i fa­lo­wa­ła pod ko­py­ta­mi, echo dobrą mi­nu­tę pa­pu­go­wa­ło dud­nią­ce dźwię­ki.


– Macho ślep­nie na stare lata, czy co? Kil­ku­na­stu chło­pa z fur­go­nem nie widzi… Skur­wiel! Gdzie on się wła­ści­wie po­dzie­wa? – Grin­go klął i sar­kał, strze­pu­jąc ka­pe­lu­szem pył z sze­ro­kich czap­sów.


– Po­sła­łem do niego San­che… wedle rozka… se­nior Grin­go. Potem wpa­dli­śmy pro­sto na fe­de­ral… Nie było żadne… ostrze­że… – Mo­ra­les tłu­ma­czył się gęsto, choć mówił nie­wy­raź­nie, splu­wa­jąc po każ­dym za­da­niu; usta miał pełne pia­chu.


– Ha­aalo! Czy któ­ryś z sza­now­nych panów bę­dzie tak uprzej­my i ze­chce pomóc ko­bie­cie? – wo­ła­ła Emma, mo­cu­jąc się z ja­kimś gła­zem.


– Co to? – Stary uca­pił drugi ko­niec po­dłu­go­wa­tej skał­ki.


– Wy­glą­da na ska­mie­li­nę wiel­kiej kości udo­wej.


– Co z tym?


– Na pakę.


– Tutaj to le­ża­ło?


– Gnat się walał, nie widać za to szcząt­ków ludzi i wozu. Czy to cię nie za­sta­na­wia?


– Dy­na­mit wpadł mię­dzy skrzyn­ki z amu­ni­cją. Wiel­kie bum… i wszyst­ko zmie­ni­ło się w pył.


– Ani drzazg, ani okuć? A ka­ra­bin ma­szy­no­wy… Też w pył się roz­sy­pał?!


– Jakaś pod­po­wiedź…


– Przejdź się ka­wa­łek w tamtą stro­nę… i zer­k­nij pod nogi. Tylko ostroż­nie!


5.


Emma pu­ści­ła linę, gdy po­czu­ła uścisk dłoni sta­re­go na bio­drach. Grotę roz­ja­śnia­ło kilka la­ta­rek elek­trycz­nych pa­ten­tu Mi­sel­la. Ko­bie­ta uru­cho­mi­ła swój re­flek­to­rek. Snop świa­tła wy­ło­wił ster­tę desek, prze­sy­co­nych krwią, po­prze­ty­ka­nych strzę­pa­mi ludz­kich i zwie­rzę­cych szczą­tek. Spo­mię­dzy drzazg wy­glą­da­ła lufa ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. Emma po­wstrzy­ma­ła od­ruch wy­miot­ny. Omia­ta­ła żół­tym krę­giem pod­ło­że i ścia­ny, pró­bu­jąc przejść nad nie­daw­ną tra­ge­dią do po­rząd­ku dzien­ne­go i przed­sta­wić się sam­com w bla­sku to­tal­ne­go pro­fe­sjo­na­li­zmu. Wstęp­ne oglę­dzi­ny przy­nio­sły obie­cu­ją­ce re­zul­ta­ty; ko­bie­ta przy­ję­ła dumną po­sta­wę, zro­bi­ła mądrą minę i prze­mó­wi­ła do współ­to­wa­rzy­szy:


– Eks­plo­zja do­ko­na­ła wy­ło­mu w skale, od­sła­nia­jąc wej­ście do ja­ski­ni. Osady geo­lo­gicz­ne utwier­dza­ją mnie w prze­ko­na­niu, że znaj­dzie­my tutaj coś cie­ka­we­go. Zresz­tą, kość udowa di­no­zau­ra nie spa­dła prze­cież z nieba. Zna­czy się… spa­dła, lecz po­de­rwa­ła ją wcze­śniej eks­plo­zja.


Lina, ich winda do dna groty, drgnę­ła, po czym bły­ska­wicz­nie po­wę­dro­wa­ła w górę.


– Wei, co ty tam pa­ja­cu­jesz?! Po jaką cho­le­rę za­bie­rasz linę? – wy­krzyk­nął stary, przy­ci­ska­jąc do ust zło­żo­ne w tubę dło­nie.


– Nie­spo­dzian­ka, se­nior Grin­go…! – W owal­nym ob­ry­sie otwo­ru, na tle błę­kit­ne­go nieba, uka­zał się kon­tur głowy, uwień­czo­nej sze­ro­ko­skrzy­dłym ka­pe­lu­szem. – To ja, Jose Pe­re­ira, puł­kow­nik. Wra­ca­jąc z chło­pa­ka­mi na po­łu­dnie, od­bi­łem ka­wa­łek na za­chód, po wa­szych śla­dach. Brawo! Dobra ro­bo­ta: mówię o tych po­dziu­ra­wio­nych fe­de­ral­nych. Stary Grin­go w naj­lep­szej for­mie.


– Skończ z tymi pier­do­ła­mi, Pe­re­ira. – Stary się nie­cier­pli­wił. – To ty mi zdją­łeś Macho i Ra­mi­re­za?


– Na oczy ich nie wie­dzia­łem! Też mi się jeden za­wie­ru­szył. De­zer­te­ru­ją, psie­sy­ny. Pew­nie mają już dosyć wojny…


– Do rze­czy! Kie licho cię tu przy­gna­ło? Czego sobie win­szu­jesz?


– Czego…? Ga­da­ją, że Grin­go Viejo ku­lo­od­por­ny. Chcia­łem zo­ba­czyć, jak z gło­dem i pra­gnie­niem sobie po­ra­dzi.


– Pie­przysz jak po­tłu­czo­ny!


– Za kilka dni ina­czej po­ga­dasz. Mamy mnó­stwo czasu. Chyba tu stanę obo­zem… Panna Wat­son, ze spę­ka­ny­mi usta­mi, bę­dzie bła­gać o kro­plę wody, ofe­ru­jąc w za­mian swe wdzię­ki. Stary pa­lu­chy po­ob­gry­za, albo… Wła­śnie…! Cie­ka­we, czy Grin­go Viejo od­por­ny na kule z wła­sne­go re­ming­to­na?


– Dobra… zo­ba­czy­my, komu pierw­sze­mu się znu­dzi. Wy­puść choć Jacka i Mo­ra­le­sa.


– Mło­kos to chyba były przy­du­pas panny Wat­son… Mo­ra­les mo­dlił­by się do Grin­go Viejo, gdyby go w ramy opra­wić. Wszy­scy­ście warci sie­bie na­wza­jem. Gnij­cie więc razem… na dole.


– Znaj­dę cię nawet w pie­kle, Pe­re­ira, a jak tam zdy­bię, za­mie­nię dupę w wy­ko­pa­li­sko.


– Do zo­ba­cze­nia w pie­kle, Grin­go! Jak już za­stu­kasz do bramy, prze­każ dia­bli­kom ukło­ny od se­nio­ra Pe­re­iry, puł­kow­ni­ka, i po­wiedz… – Jose nie skoń­czył zda­nia, ostat­niej ora­cji za­sra­ne­go życia.


Bez­wład­ne ciało gruch­nę­ło o dno groty, wzbi­ja­jąc tonę miał­kie­go pyłu.


– Sam im to po­wiedz – mruk­nął stary, gdy tylko opadł kurz; z ple­ców Pe­re­iry wy­sta­wał trzo­nek noża.


Pył wolno osia­dał, a na górze wrza­ło. Po­zo­sta­wio­ny na cza­tach Wei, gdy tylko do­strzegł od­dział Pe­re­iry, ulot­nił się jak kam­fo­ra. Pod­słu­chi­wał, pod­glą­dał, ukry­ty za naj­bliż­szym wy­stę­pem skal­nym. Gdy już bez­błęd­nie oce­nił sy­tu­ację a w gło­wie uło­żył mor­der­czy plan, spadł na po­wstań­ców ni­czym bicz boży. Z nie­by­wa­łą pręd­ko­ścią ude­rzał i kopał, ci­skał ma­leń­kie no­ży­ki i śmier­cio­no­śne gwiazd­ki. Z chi­rur­gicz­ną pre­cy­zją, uży­wa­jąc zwin­nych nad­garst­ków, mon­to­wał ja­kieś za­pa­śni­cze dźwi­gnie, ła­miąc koń­czy­ny i karki. Uwi­nął się tak szyb­ko, że żaden z prze­ciw­ni­ków nie zdą­żył wy­strze­lić, a tylko z nie­licz­nych gar­deł po­pły­nął przed­śmiert­ny okrzyk.


– Czy­sto, panie Jacku – wy­krzyk­nął w cze­luść Chiń­czyk, wy­chy­la­jąc głowę poza kra­wędź otwo­ru.


– Dobra ro­bo­ta, Wei! Spi­sa­łeś się na medal. Sza­cu­nek… – od­po­wie­dział Jack, a w jego gło­sie po­brzmie­wa­ła duma. – Czu­waj dalej na górze, a my się tu tro­chę po­krę­ci­my. Zaj­rzy­my głę­biej… To jakiś la­bi­rynt: ja­ski­nia cią­gnie się spory ka­wa­łek pod zie­mią


– Nie strze­lał? Po­za­bi­jał? Sam jeden… Wszyst­kich…! – za­zwy­czaj bez­na­mięt­ny Grin­go nie krył wy­ra­zów po­dzi­wu i zdu­mie­nia.


– Eee, to takie sztucz­ki chiń­skich ku­cha­rzy… czy chiń­skich bok­se­rów. Eee, jeden czort! Mó­wi­łem Emmie, że się przy­da. Sły­sza­łem, że mie­sza spraw­nie nie tylko w kotle, ale i w ludz­kich wnętrz­no­ściach.


– Wi­dzi­cie to…?! – Emma piała z za­chwy­tu. Klę­cza­ła; w pra­wej dłoni dzier­ży­ła la­tar­kę, lewą strze­py­wa­ła pył z tego, co wy­ła­wia­ło z ciem­no­ści mdłe świa­tło. – Matko! Kom­plet­ny szkie­let di­no­zau­ra. O, i jesz­cze jeden! O, i tam…! O…! A tu…! To jaja! Jezu! Je­ste­śmy w ja­ski­ni smoka. Dawno, dawno temu, nim wszyst­ko po­chło­nę­ła zie­mia, było tu gniaz­do di­no­zau­ra. Nie­by­wa­łe! Fan­ta­stycz­ne! Bo­ooże dro­oogi!


– Pięk­nie! Bar­dzo pięk­nie! By­ło­by jesz­cze pięk­niej, gdyby nie śmier­dzia­ło. Ile czasu gnije taki di­no­zaur, taka kupa mięsa? – Stary na­cią­gnął na nos ob­wią­za­ną wokół szyi chu­s­tę, jakby chro­nił płuca przed pyłem ste­po­wym, wznie­sio­nym ko­py­ta­mi setki cwa­łu­ją­cych mu­stan­gów.


– To ska­mie­li­ny: spe­try­fi­ko­wa­ne smoki, a wła­ści­wie ich szcząt­ki kost­ne. Epokę di­no­zau­rów od­dzie­la­ją od na­szej mi­lio­ny lat. Ma­te­ria or­ga­nicz­na już dawno ule­gła pro­ce­so­wi roz­kła­du. Te gnaty nie mogą śmier­dzieć.


– Nie mogą, a śmier­dzą. Cie­ka­we…


– Może to coś in­ne­go śmier­dzi… Nie­waż­ne! Póź­niej się w tym roz­pa­trzy­my. Wra­ca­my na górę, po sprzęt. Wszyst­kie­go stąd nie wy­nie­sie­my. Zresz­tą, nie ma ta­kiej po­trze­by. Kilka ma­łych gna­tów wy­ko­pie­my, resz­tę sta­no­wisk ozna­czy­my. Skom­ple­tu­ję do­ku­men­ta­cję fo­to­gra­ficz­ną; w ku­frze mam apa­rat, za­bra­łam też lampę bły­sko­wą.


– Przy­wlo­kę tutaj swój tyłek, tylko pod jed­nym wa­run­kiem…


– Tak…


– Je­że­li obie­casz, że za­bie­rzesz też ten fla­ko­nik pa­ry­skich won­no­ści, który wi­dzia­łem w twoim po­ko­ju, na eta­żer­ce.


– Mó­wisz o tych…? – Emma roz­chy­li­ła de­kolt, ze­rwa­ła chu­s­tę z nosa sta­re­go, ob­ję­ła dłoń­mi jego głowę i przy­cią­gnę­ła twarz ku słod­kiej bruź­dzie, roz­dzie­la­ją­cej pół­na­gie pier­si.


– Do­kład­nie… Dość tych głup­ste­wek. Nie je­ste­śmy sami. – Grin­go wy­szarp­nął głowę z piesz­czo­tli­we­go uści­sku, ze­rwa­ną chu­s­tę osa­dził na daw­nym miej­scu. – Dobra, wra­ca­my. Mo­ra­les, pro­wa­dzisz. Mo­ra­les… Mo­ra­les…! – Par­ty­zant mil­czał jak grób, sta­re­mu od­po­wia­da­ło echo. – Gdzie­żeś się po­dział, do dia­bła?!


– Ten też ci zde­zer­te­ro­wał? Re­wo­lu­cyj­na dys­cy­pli­na… Gra­tu­la­cje! – Emma, roz­anie­lo­na nie­daw­nym zna­le­zi­skiem, nie oszczę­dzi­ła sta­re­mu drwi­ny.


– Ślady krwi…


– Eee, wy­klu­czo­ne. Krew roz­sy­pa­ła się w pył mi­lio­ny lat temu.


– Świe­że ślady krwi. – Stary po­su­wał się wolno: stą­pał nie­zwy­kle ostroż­nie, świe­cąc la­tar­ką pod nogi. – Pro­wa­dzą do tego wy­ło­mu… O, tutaj jest ja­kieś wgłę­bie­nie…


Nie­bie­skie oczy Emmy, zanim się skry­ły za szczel­ny­mi ko­ta­ra­mi pie­go­wa­tych po­wiek, do­strze­gły kilka roz­cią­gnię­tych na ska­li­stym pod­ło­żu syl­we­tek. Żół­ta­wa po­świa­ta re­flek­to­ra wy­ło­wi­ła ich na­puch­nię­te, ciem­no­fio­le­to­we maski. Prze­ni­kli­wy odór wdarł się przez noz­drza, do środ­ka mózgu ko­bie­ty, gdzie zda­wał się wier­cić i wierz­gać. Nie po­wstrzy­ma­ła tor­sji: chlu­snę­ła ko­lo­ro­wa fon­tan­na. Pierw­szy z brze­gu leżał Mo­ra­les; twarz bie­li­ła się jak ko­mu­ni­kant.


– Mo­ra­les, trzy­maj się, chło­pie! – Stary kle­pał po­wstań­ca po pysku, a wi­dząc ozna­ki życia, pró­bo­wał prze­ło­żyć omdla­łe ramię przez kark i dźwi­gnąć bez­wład­ne ciało.


– Hom­bre-mo­squ­ito, hom­bre-mo­squ­ito – dwu­krot­nie wy­krztu­sił par­ty­zant, krze­sząc ostat­nie wes­tchnie­nie życia.


– Zo­staw! Bez sensu… Nie ma w nim kro­pli krwi – Emma par­ska­ła przez przy­ci­śnię­tą do ust chust­kę, ście­ra­jąc nią reszt­ki wy­mio­cin.


– Mamy więc de­zer­te­rów w kom­ple­cie – wes­tchnął stary, a ko­bie­cie wy­da­ło się, że brzmi to jakoś nie­sto­sow­nie no­stal­gicz­nie.


– Spo­cznie­cie więc w za­cnej kom­pa­nii – te słowa wy­po­wie­dział Jack, mie­rząc z re­wol­we­ru w pierś sta­re­go i kie­ru­jąc w jego oczy snop świa­tła la­tar­ki. – Bę­dzie pan uprzej­my, se­nior Grin­go, wy­cią­gnąć wolno splu­wy, uj­mu­jąc rę­ko­je­ści dwoma pa­lusz­ka­mi lewej ręki, i rzu­cić je na zie­mię, w moim kie­run­ku. Radzę za­nie­chać przy tym wsze­la­kiej ekwi­li­bry­sty­ki, zmie­rza­ją­cej do za­pre­zen­to­wa­nia nam pań­skich słyn­nych po­pi­sów strze­lec­kich.


Koń­cząc ostat­nią kwe­stię, Jack wy­ce­lo­wał re­flek­tor pro­sto w syl­wet­kę Emmy. Prze­ra­że­nie w sze­ro­ko otwar­tych oczach, ostra stal przy­kle­jo­na do ak­sa­mi­tu ła­bę­dziej szyi, sko­śne oczy ły­pią­ce re­flek­sa­mi bia­łek gdzieś zza ple­ców dy­go­czą­cej ko­bie­ty: cała ta dra­ma­tycz­na scena, żyw­cem wy­rwa­na karta z po­wie­ści Zane Greya, krzy­cza­ła niemo, do­bit­nie ape­lu­jąc do roz­sąd­ku. Stary wy­peł­nił roz­kaz skru­pu­lat­nie. Na słowa skar­gi od­wa­żył się w chwi­li, gdy oba re­ming­to­ny le­ża­ły u stóp Jacka:


– Co to za bła­ze­na­da, do ja­snej cho­le­ry?! Dla­cze­go ten żółty gar­ko­tłuk ostrzy swój kozik na grdy­ce Emmy? O co wam cho­dzi, do­brzy lu­dzie?


– O kości… O kości smoka. Taaak… teraz, droga Emmo, mogę wy­krzy­czeć ci w twarz całą, gorz­ką jak pio­łun praw­dę. Nigdy cię nie ko­cha­łem! Chcę, by to do cie­bie do­tar­ło, nim za­mkniesz oczy na za­wsze. Ca­ło­wa­łem, wzdy­cha­łem… praw­da! Taka dobra, by­stra, mądra, am­bit­na panna Wat­son… Pła­ci­łem piesz­czo­tą za ko­re­pe­ty­cje, tyle! No­ca­mi rżną­łem małą Su Lynch. Pa­mię­tasz Su…? Była śnia­da i nie miała ani jed­ne­go piega. Piegi, piegi, piegi… obrzy­dli­wość! Nigdy nie mo­głem się do nich przy­zwy­cza­ić. Pa­mię­tasz pew­nie też pana Lee: mi­łe­go, sko­śno­okie­go sta­rusz­ka, który trząsł całą chiń­ską dziel­ni­cą. To jemu no­si­łem ustrze­lo­ne z procy koty. Żółci cenią ich mięso i futra. Ten pro­ce­der po­zwo­lił prze­żyć, gdy wy­la­li z fa­bry­ki kon­serw. Stre­ści­łaś mi plan eks­pe­dy­cji, a ja po­my­śla­łem o panu Lee. Prze­je­cha­łem się na Za­chod­nie Wy­brze­że. Efek­tem de­le­ga­cji był ta­jem­ni­czy ka­pi­tał. Stary Chiń­czyk ma łeb do in­te­re­sów! Teraz jest moim wspól­ni­kiem. Dzie­li­my się zy­skiem pół na pół, po od­li­cze­niu wstęp­nych kosz­tów, oczy­wi­ście. A zysk za­po­wia­da się astro­no­micz­ny. Wiesz, ile płacą Chiń­czy­cy za gram sprosz­ko­wa­nej kości smoka…? Nie wiesz… Ja też nie wiem do­kład­nie, ale po­dob­no… bar­dzo… bar­dzo dużo. Wie­rzą, że pro­szek ze smo­czych kości od­mła­dza. Tu leżą tony su­row­ca. Je­stem bo­ga­ty, Emmo. Ja je­stem mi­lio­ne­rem, a ty je­steś tru­pem. Stary się na­pa­to­czył, więc pój­dzie do pie­kła przy oka­zji. Dla­cze­go i tobie nie pro­po­nu­ję spół­ki…? To chyba jasne… Panna Wat­son przed­kła­da ka­rie­rę ponad złoto ca­łe­go świa­ta. To po pierw­sze! A po dru­gie: do­dat­ko­wy wspól­nik, mniej do­la­rów w kie­sze­ni. Dla­te­go teraz pan Wei, któ­re­go to­wa­rzy­stwo za­wdzię­cza­my skraj­nie scep­tycz­ne­mu na­sta­wie­niu pana Lee do spół­ek z bia­ły­mi ludź­mi, za­głę­bi swój orien­tal­ny scy­zo­ryk w tcha­wi­cy panny Wat­son. A w tym samym cza­sie… ja wy­pró­bu­ję ku­lo­od­por­ność Sta­re­go Grin­go. Finał, ukło­ny, okla­ski!


Po­wie­trze roz­darł urwa­ny świst, przy­po­mi­na­ją­cy kwi­le­nie ata­ku­ją­ce­go so­ko­ła. Emma padła w ob­ję­cia sta­re­go. Ciem­ność skry­wa­ła więk­szą część niszy, jed­nak do­ko­ła czuło się ruch, sły­sza­ło od­głos sza­mo­ta­ni­ny. Kręgi dwóch lamp, Jacka i Grin­go, śmi­ga­ły po ska­la­nych na­wi­sach. Rap­tem zbie­gły się w jeden punkt: wy­ce­lo­wa­ły we wła­ści­we miej­sce… Wei wi­siał bez­wład­nie w ob­ję­ciach ja­kie­goś zwie­rzę­cia, po­kro­jem przy­po­mi­na­ją­ce­go gada. Mon­strum za­ci­ska­ło szczę­ki na gar­dle nie­szczę­śni­ka, a po­wta­rza­ją­ce się od­gło­sy ssa­nia i prze­ły­ka­nia nie­omyl­nie za­wia­da­mia­ły, że wcią­ga kok­tajl z chiń­skiej po­so­ki. Kiedy zje­ży­ło grzbiet, długi rząd ro­go­wych tarcz przy­po­mniał Emmie wi­ze­run­ki smo­ków, ja­ki­mi ilu­stro­wa­no ksią­żecz­ki z baj­ka­mi dla dzie­ci. Sko­ło­wa­ny Jack stał z re­wol­we­rem w wy­cią­gnię­tej dłoni: nie był w sta­nie pod­jąć de­cy­zji, w którą stro­nę po­słać śmier­cio­no­śny ła­du­nek. Emma wci­snę­ła w dłoń sta­re­go ma­leń­kie­go sharp­sa, wy­ma­ca­ne­go na samym dnie prze­past­nej kie­sze­ni ba­weł­nia­nych por­tek. Jack wi­dząc, że po­chło­nię­ta kon­sump­cją ga­dzi­na chwi­lo­wo nie przed­sta­wia sobą więk­sze­go za­gro­że­nia, zde­cy­do­wał się osta­tecz­nie i wy­mie­rzył w kie­run­ku Emmy. Stary bły­ska­wicz­nie za­mie­nił się miej­sca­mi z ko­bie­tą, osła­nia­jąc ją wła­snym cia­łem. Oba strza­ły padły jed­no­cze­śnie. Jack przy­kuc­nął, cicho jęk­nął, padł na twarz z sze­ro­ko roz­ło­żo­ny­mi ra­mio­na­mi, jakby pró­bo­wał objąć w pasie starą Ma­teń­kę Zie­mię. Trzy po­zo­sta­łe kule ulo­ko­wał Grin­go w ciele ma­łe­go po­two­ra.


6.


Świe­ża krew wsią­ka­ła na­tych­miast w wy­schnię­ty grunt, zna­cząc spę­ka­ną zie­mię bor­do­wy­mi pla­ma­mi. Trop był do­kład­nie wi­docz­ny nawet z per­spek­ty­wy koń­skie­go grzbie­tu. Pły­nę­li ła­god­nym kłu­sem, bez więk­sze­go po­spie­chu; ranne zwie­rzę, choć bie­gło bar­dzo szyb­ko, nie mogło się prze­cież za­nad­to od­da­lić.


– Kim… czym jest hom­bre-mo­squ­ito? – Emma, z wro­dzo­ną gra­cją, szy­bo­wa­ła w sio­dle, a szcze­gól­nie roz­kosz­nie

4
Opowiadania / Odp: Święto much
« Ostatnia wiadomość wysłana przez ambroziak dnia Marzec 08, 2015, 10:08:58 am »
Co się odwlecze...
5
Opowiadania / Odp: Święto much
« Ostatnia wiadomość wysłana przez ola dnia Marzec 07, 2015, 08:45:54 am »
Obiecałam... i guzik. Ciągle masa obowiązków. Chcę przysiąść do tego na spokojnie, bo wnioskuję z piórka i komentarzy na NF, że to coś naprawdę wyjątkowego.
6
Opowiadania / Odp: Święto much
« Ostatnia wiadomość wysłana przez ambroziak dnia Luty 14, 2015, 08:59:32 am »
Mam nadzieję, że opowiadanko Cię nie rozczaruje...
7
Opowiadania / Odp: Święto much
« Ostatnia wiadomość wysłana przez ola dnia Luty 13, 2015, 05:49:00 pm »
W weekend będę miała dużo wolnego czasu, więc z przyjemnością przeczytam.
8
Opowiadania / Odp: Święto much
« Ostatnia wiadomość wysłana przez ambroziak dnia Luty 11, 2015, 04:10:38 pm »
Opowiadanie wygrało konkurs "Piraci 2014" i zostało nagrodzone brązowym piórem przez Portal Nowa Fantastyka.
9
Opowiadania / Święto much
« Ostatnia wiadomość wysłana przez admin dnia Luty 11, 2015, 11:56:27 am »

1.


Prawe ramię unosiło się i opadało, toledańska stal kreśliła szerokie łuki, coś tnąc, coś odcinając. Lewa dłoń strzelała celnie wąskim ostrzem kąśliwej mizerykordii. Podkute buty tonęły we krwi po cholewy, śliski pokład nie dawał należytego oparcia niesfornym obcasom. Sztywny kaftan z łosiowej skóry dzielnie odpierał co lżejsze kłucia, roztańczona klinga zręcznie parowała mordercze cięcia i sztychy. Czy poczuł ból? Bólem chyba by tego nie nazwał: ot, jakby mocniejsze szturchnięcie, w miejscu powyżej łopatki. Z tym większym zdziwieniem obserwował stal, wynurzającą się ze skorupy kaftana, poniżej linii obojczyka: okapywała czarno-czerwoną posoką. Pot, lepiący ciało pod łosiową skórą, zgęstniał: właśnie wymieszał się z krwią. Nogi ugięły się niczym łozowe witki, odmawiając ciału dźwigania ciężaru. Runął piersią na pokład, uderzył twarzą o deski. Tumult bitewny przewalał się gdzieś nad głową. Odgłosy walki cichły: jeszcze jeden krzyk, drący nieznośnie powietrze, jeszcze jedno przekleństwo, jeszcze jeden wystrzał. Dziki wiwat zwycięstwa, dobyty z kilkudziesięciu, bisurmańskich gardeł. Szelest miękkiego obuwia, zamiatającego deski pokładu. Chrapliwa, przypominająca szczekanie psów, mowa Maurów. A w tle – chichot mew, ciche jęki rannych i konających. Silne dłonie ujęły go pod pachy i cisnęły na stertę trupów. Wtulał twarz w rozpruty brzuch Manuela, żywe oczy wciąż jednak błądziły dokoła. Widział, jak piraci wiążą jeńców przeznaczonych na sprzedaż, jak plądrują, jak ganiają, gorączkowo szukając łupów. Berberzy dobrali się do zapasów wina: kilka skrzynek stuknęło o pokład. „A, pogańskie ścierwa zakłamane! Mahomet pić broni wiernemu na ziemi, więc na morzu chleje.” Ten najszykowniejszy, najsrożej uzbrojony, co wygląda na herszta, bawi się jego fajansową flaszą. „Ooo, nie tkniesz tego trunku, berberyjska gnido! Ten godniejszej czeka okazji.” Girlandy oślizłych wnętrzności Manuela spowijały zatknięty za pas pistolet. Silnie zacisnął dłoń na jego rękojeści, wyszarpnął broń z powoju flaków, wyprostował ramię i pewnie wymierzył: miał gada na odległość trzech kroków. Celował w gardło, ale Maur uniósł akurat butlę, próbując wyrwać zębami lakowany szpunt. Nim ołów przeszył krtań, wcześniej rozłupał fajans. Psy rozszczekały się niczym wściekłe, dwie dziesiątki miękkich łapci zamiatały pokład. Do szmeru szurających butów dołączył szczęk dobywanych z pochew szabel. Poczuł…


2.


Poczuł kopnięcie w podeszwę. „Nie, jeszcze nie teraz.” Nie chciał, nie mógł otworzyć oczu: powieki tak słodko ciążyły. Dzwonnicę nadbrzeżnej misji minął bladym świtem. Kilka worków suszonego mięsa i parę pęków skór wołowych sprzedał na pniu. Spiął konia ostrogą, a już po chwili wiązał go do żerdki przed traktiernią starego Ramireza. Nim wtrząchnął wielki placek kukurydziany i pełną miskę fasoli – dawno niekosztowane rarytasy – zwilżył wyschnięte gardło, pochłaniając dzbanek słodkiego wina z Jerezu. Teraz mu było dobrze: słodko, chłodno i miło. Leżał na pożółkłej trawie z siodłem pod głową, w cieniu, oddzielony od wrzącej kuli porannego słońca, zachodnią ścianą gospody. W snach odżywały wspomnienia. I tak już od wielu lat. I teraz nie miał pewności: czy już śni, czy jeszcze wspomina, czy śni na jawie, czy jawią się w snach wspomnienia? Drugie kopnięcie w podeszwę było jakby mocniejsze. Z wielkim wysiłkiem uchylił kotarę prawej powieki.


– Skłujesz dla nas byka, dzielny pasterzu?


– Skąd wiesz, jegomość, że potrafię?


Jegomość przeniósł wzrok na długą lancę, opartą o bieloną ścianę traktierni. Gest zastąpił tu słowa. Teraz i pasterz rzucił okiem na pikę (lewym, z którego ściągnął właśnie ciężar sennej powieki).


– No, przystańmy na tym, że potrafię. Inne pytanie się rodzi: czy mam ku temu afekt jakowyś?


– Och, dumny vaquero, gadają, że afekt kroczy za trzosem. Srebra nie poskąpię.


Vaquero wynurzył ogorzałe oblicze z przepastnego cienia, rzucanego przez postrzępione rondo starego kapelusza. Oceniał okiem znawcy sylwetkę nieznajomego przybysza. Szacował wiek i pozycję, smakował elegancję i bogactwo stroju. Oględziny wypadły pomyślnie: jegomość dobiegający czterdziestej wiosny życia, szykowny, grzeczny, dobrze urodzony – caballero, bez wątpienia. Muślinowa bryza, ciągnąca od wybrzeża, poderwała połę podróżnej peleryny. Oczom, śledzącym przestrzeń z perspektywy głowy złożonej na siodle, dopiero teraz ukazała się druga postać. Wyrostek, chłopię niemal jeszcze, trzymał się kilka kroków z tyłu, ściskając w drobnych dłoniach luźne lejce, więżące zdobne wędzidła dwóch andaluzyjskich rumaków.


– Na byka się wyprawiasz, waszecie, a takie wątłe pacholę bierzesz za pomocnika?


– Ależ, dobry człowieku, toż to ów młodzian będzie właśnie borykać się z bykiem! Uwierz, uwierz, sztukę zna pierwszorzędnie, pola dotrzyma. Widzisz tę sakwę przy końskim boku…? Pełna bydlęcych ogonów i uszu.


– Gdzie i na jaką okoliczność zapasy?


– Tyś synem tutejszych stron, a mnie, przyjezdnego, o takie rzeczy pytasz? Don Rafael de Correira y Maca rodeo właśnie wyprawia, a jutro kończy rozrachunek huczną korridą. Każdego roku dwie przednie szpady prosi, by honor świętu czyniły, stając z bykami w szranki. Fortuną dla zwycięzcy kusi. Zwą to tu ponoć: fiesta de los charros. My goście proszeni, tyle że nam się pikador w przydrożnej karczmie, w gorączce, z jakowymś kawalerem poturbował, a że przez łeb był cięty, tośmy go musieli medykowi do opatrzenia ostawić. I dla takiej oto przyczyny, ośmielam się was, dzielny pasterzu, o pomoc i honor prosić.


– Ta misja to nie mój dom. Moje mieszkanie… hen… w dalekiej prerii. Tu jeno czasem dla przemysłu staję. O fiesta de los charros słyszałem, ni jednak słowa jednego dobrego. Gadają, że zapaśnicy kończą zwykle marnie. Nie trafisz tam na byka chowanego do walki; same dzikie buhaje. Trzymaj ty lepiej małego, wielmożny panie, daleko od onej imprezy.


– Honor nie daje, a i podszewkę mieszka prawie już widać. Korrida to nasze utrzymanie. Ten mały to zrodzony matador.


Vaquero usiadł, jeszcze raz omiótł wzrokiem niepozorną sylwetkę – postać matadora, zabójcy. Młodziak nie budził respektu, a na zabójcę to już na pewno nie wyglądał; był za to piękny – niby malowana, porcelanowa laleczka. I taki kruchy… jak filigranowa filiżaneczka. Na białych niczym ściana gospody policzkach pąsowiały dwa koliste wypieki. Może to twarz jego syna? Tak, przybłęda mógł przecież być jego synem… Mało to zgubił nasienia po portach całego świata? Może warto strzec tego młodego życia? Dobrze skłuje byka: niby go najpierw rozjuszy, ale potem solidnie wykrwawi i zmęczy, a mały dobije tylko – ot tak, dla parady, padnięte bydle pchnie wąską szpadą. I ten pajac, Correira, też go mierzi: panoszy się po całej prerii jak po swoim. Jego pachołki dzikie bydło znaczą. Pognał ich batem, gdy próbowali odebrać mu mięso i skóry, wmawiając, że to pożytki z cieląt seniora Correiry. I pomyśleć, że ten rzeźnik, co w starym kraju za świniami ganiał, tutaj, w Nowej Hiszpanii, dwa nazwiska sobie przywłaszczył, dochrapał się bogactw i zaszczytów. Ile nieczystych sprawek ma na sumieniu (?) – to jeden Bóg, a drugi szatan, raczą wiedzieć.


– Z kim mam honor, jeżeli waszmościowie pozwolą?


– Alexandro de Mendoza y Sotomayor. Do waszych usług, panie. A ten tutaj młodzieniec to Diego Enrico Manzana, dzielny torreador, niezmordowany zabójca byków. Kogo miałbym zaszczyt mianować naszym pikadorem…?


3.


– Pantera! Okoliczni wołają na tego hultaja: Pantera.


Wystawna, zaprzężona w cztery muły kareta zatrzymała się przed frontonem traktierni. Smukła, blada dłoń uchyliła koronkową zasłonkę, skrywającą dotąd wstążeczki ołowianych brwi i węgielki gagatowych oczu, zgrabny nosek i obrys karminowych ust, a wszystko to obleczone niebiańskim owalem twarzy, spowite lokami kruczoczarnych włosów. I to właśnie te słodkie usta zdradziły imię dumnego vaquera.


 


Pąsowe wypieki na policzkach Diega przyjęły barwę karmazynu. Chłopak wypuścił lejce, a posłuszne konie oddaliły się jedynie o kilka kroków, schylając wielkie łby i skubiąc kępki pożółkłych krzewinek. Czy to widok, czy słowa były źródłem dziwnego wzburzenia? Widok pięknej kobiety zapierał dech w piersi, ale to dźwięk imienia pasterza odebrał mowę chłopcu. Podszedł do karety, odwrócił się na pięcie i zrobił kilka kroków w kierunku vaquera. Ściągnął z głowy kapelusz, nisko się pokłonił i tak długo machał ręką, aż omiótł piórami połowę podwórza.


– Czy żeś ty, panie, Pantera, w rzeczy samej? Czy żeś kaper ów słynny, co czasu dawnego po Śródziemnomorzu grasował? Jako drobne pacholę, jam się z kamratami w załogę twoją zabawiał. Za herszta zawsze brać siebie kazałem i wołać na mnie prosiłem: Pantera. Zawsze do usług, senior…


 


– Gdzież…? Ten z tamtym tyle, co i nic ma wspólnego. Tego peoni Panterą przezwali, bo i widzieli, jak kotu górskiemu dał radę. A ręki przy tym tylko i sztyletu użył. Pięść na grdyce bestii zacisnął, mizerykordią drogi do serca poszukał.


W otwartych na oścież drzwiach gospody ukazał się wielki brzuch starego Ramireza. Karczmarz objaśnił chłopcu pochodzenie przezwiska pasterza i rozstrzygnął o braku jego związku z pseudonimem słynnego korsarza.


 


Wystrojony w liberię, czarnoskóry woźnica cmoknął na muły: zaskrzypiała uprząż, jęknęły skórzane resory, zapiszczały żałośnie ośki kół karety. Piękne oczy, ukryte za koronką zasłony, dokąd zdolne były ogarniać pejzaż, roztaczający się przed gankiem traktierni, raz badały każdy szczegół fizjonomii Diega, raz Pantery, pozostając całkowicie ślepe na sylwetki dwóch, pozostałych aktorów spektaklu: szykownego Mendozy i grubego Ramireza. Rozpalona kobieta nie potrafiła odpowiedzieć swojej wyuzdanej jaźni, czy godne większego namaszczenia byłyby pieszczoty zadawane pięknemu, młodemu, niewinnemu stworzeniu, czy doznawane – szybkie, brutalne i dzikie – od doświadczonego, dojrzałego, charakternego hultaja i prostaka? Jutro korrida: jutro byki, jutro krew na arenie. Ona będzie nagrodą dla zwycięzcy – tak sobie to ubzdurała.


 


Pantera stał teraz przed gankiem, trzepiąc wielgaśnym rondem wyświechtanego kapelusza zakurzone czapsy.


– Czym żem sobie na taki honor zasłużył, że sama seniorita Mercedes de Correira mnie, prostego pastucha, po przezwisku woła.


– Tego ci nie powiem, bo nie wiem. Jedno jeno wiem i tyle ci powiem: nie wtykaj ty nosa, Pantera, w sprawy pana Correiry, bo nie tylko sam kinol, ale i głowę calutką utracisz. Zabieraj bukłaki z winem, worki z mąką i cukrem, wianki tytoniu i kiełbasy, i zmykaj w tę swoją prerię. Chcę cię tu znowu obaczyć, o ludzkich sprawach podeliberować. A was, mości panowie, na suty traktament proszę, jeżeli niezbyt niskie zdają się me progi.


Ramirez zatoczył ręką szeroki łuk, prosząc przyjezdnych do środka. Pantera właśnie teraz podjął ostateczna decyzję. Walczyły w nim dwie dusze: jedna, chwaląca sobie nade wszystko spokój, słodkie wino, mocny tytoń, niewieście wdzięki i proste, obfite jadło, i druga, rogata, rycerska, z lubością wtykająca nos w nie swoje sprawy, gotowa gonić na koniec świata, by mścić się za krzywdę niewinnych czy plątać w romantyczną przygodę.


– Ot, i masz pikadora, senior Mendoza. Mieszka jeno nie tykaj! Srebra mi nie trzeba. Tego u mnie dostatek.


4.


Zbocza dwóch niewielkich pagórków, wznoszących się opodal misji, łagodnie opadały, ścieląc szmaragdowe kobierce traw, ożywiane wilgocią strumieni, malujące cudowny pejzaż przed oknami hacjendy Correiry. Ostatni dzień rodeo, jutro fiesta: robota pali się w rękach. W pobliżu zabudowań gospodarczych, w znacznym oddaleniu od pałacyku właściciela, peoni obdzierali ze skór zarżnięte buhaje. Rzucali krwawe płachty na wielki stos, a indiańskie kobiety przenosiły pożytek do pomieszczeń garbarni. Inne brygady peonów ćwiartowały tusze. Mięso cięto na wąskie pasy, obtaczano w soli i wieszano na drewnianych rusztowaniach, pod którymi płonęły ogniska. Wkoło wałęsały się hordy bezpańskich kundli. Ktoś rzucił ochłap pociesznemu szczeniakowi, ktoś pognał kijem starego basiora. Okrzyki zlewały się ze skomleniem i ujadaniem. Bzyczały roje much. Much było najwięcej. Zapach bydła, krwi i ludzkiego potu wabił miliony wirujących punkcików.


 


Gospodarz ugościł bohaterów jutrzejszych zapasów kameralną, aczkolwiek wystawną kolacją. Za plecami każdego uczestnika biesiady tkwił wielki Murzyn, wystrojony w złocistą liberię i pudrowaną perukę, oganiający z much pierzastą miotełką półmiski i talerze. Niewiele padało słów: goście z apetytem smakowali wykwintne potrawy. Dopiero, gdy wjechały smoliste cygara i gliniane fajeczki i raźniej zabrzęczały kieliszki i karafki, gęściej posypały się słowa. Biesiadnicy zaspokajali głównie ciekawość seniority de Correira. To dziewczyna wypytywała ich o losy, pochodzenie. Podochoceni winem panowie paplali jak na spowiedzi, prześcigając się wzajemnie w przechwałkach. Jedno i drugie nazwisko Alexandra, zarówno ojcowskie, jak też matczyne, Mendoza czy Sotomayor, budziłoby pewnie szacunek i respekt, gdyby nie znany powszechnie fakt, że na obczyźnie byle kastylijska dziwka przedstawiała się jako Mendoza, a co drugi, andaluzyjski hultaj – jako Sotomayor. Alexandro uparcie dowodził jednak swojego wysokiego pochodzenia. Opowiadał, że w Sewilli, w karczemnej sprzeczce, na śmierć poturbował jakiegoś szlachetkę i czmychnął przed ogarami corregidora. Ukrywał się czas jakiś w Asturii, gdzie, odwiedzając z nudów rzeźnie, poznał Diega i docenił jego kunszt. Mianował się jego patronem, obwożąc chłopaka po wiejskich korridach. A że szlachetki, z którymi zadarł, byli niskiego rodu, ale rogatego ducha, i o wykupie za śmierć krewniaka nawet nie chcieli gadać, spakował manatki, zabrał Diega i ruszył do Nowej Hiszpanii. Zasoby, pochodzące ze zgarniętych w noc ucieczki kosztowności, kiedyś się skończą, więc obaj kawalerzy szukają utrzymania przy korridzie.


Jeden Pantera nie wypowiedział słowa. Suto zapijał: często chował twarz za kryształem pucharu, którego rubinowa zawartość skutecznie filtrowała czasami przenikliwe, czasami zalotne spojrzenia Mercedes. (Ślicznotka zerkała też nieraz na Diega, a młodzieniec pochłaniał każde spojrzenie tak łapczywie, jak słodką leguminę.) Milczał uparcie i wtedy, gdy – w zgodzie z logiką, zgodnie z kolejnością – nadciągnął czas na jego opowieść. Milczenie vaquera wyraźnie wadziło dziewczynie.


– A wy, senior Pantera, nie macie swojej historii? Bocian was tu, ot tak, podrzucił? Tak w pełnej, dzisiejszej krasie, tak w dojrzałości witalnej siły?


– Mowa jest srebrem…


– Zmilknijże…! Gęś głupia! Bywają historie, co ich na jeden łeb spowiednika siła, więc nie trza nimi głów bliźnich frasować. A kiedy gość pragnie taką dla swego tylko serca zachować, tedy naciskać niegrzecznie, nie honor.


Kto jak kto, ale akurat Rafael de Correira znał doskonale podobne historie, chociażby z własnego doświadczenia, dlatego nie szczędził ostrych słów reprymendy rozpieszczonej latorośli.


5.


Czasami, gdy nieźle miał w czubie, gdy wkoło huczeli radośnie podchmieleni współbiesiadnicy, jedna dusza Pantery strofowała, druga judziła jednak, by wszystkim wszystko wygadał. By opowiedział o tym, o czym wiedział jedynie on i stary Ramirez. Teraz też tylko siedział, popijał, popalał i słuchał, w duchu jednak gadał, gadał i gadał…


Niemiłosiernie gnębił Berberów na morzu Śródziemnym, a gdy ci się na niego srodze zasadzili, widząc w jego kaprze wroga numer jeden, pożeglował ku Karaibom. Wpadł na genialny w swojej prostocie pomysł: angielscy piraci łupili hiszpańskie galeony, Pantera okradał ze złota i srebra Anglików. Część tego powracała do skarbca korony, ale większość trafiała do skrytki pod skałą, na jakiejś bezludnej wyspie. Początkowo szło nawet całkiem nieźle, potem znowu zrobiło się jakoś dziwnie gorąco. Teraz uwzięli się na niego Anglicy, a skarbnicy koronni skalkulowali, że coś się w tych wszystkich rachunkach nie zgadza. Ta druga dusza, ta gnuśna, ciągnęła go usilnie ku spokojniejszej profesji. Uczciwie podzielił łupy i przepisał listy kaperskie na najzdolniejszego kamrata – drugiego oficera. Kazał się wysadzić na jednej z tych bezludnych, karaibskich wysepek, gdzie to Hiszpanie najpierw wymordowali Indian, a później sami porzucili dobytek, goniąc za srebrem odkrytym w Potosi. Na takich wysepkach roiło się od dzikiego bydła. Brali je w posiadanie bukanierzy – myśliwi, kupczący skórami i suszonym mięsem. Głównie dzięki nim piraci mieli co jeść, w co się przyodziać i obuć. Pantera często aprowizował swój statek u bukanierów, a teraz sam zapragnął zostać myśliwym. Ot, taka spokojna profesja – cicha przystań na stare lata. Na wyspie pojawili się jednak Francuzi – ta wszędobylska swołocz, co najmniejszemu skrawkowi lądu nie przepuści. Najpierw dążyli do zgody: wspólnie podzielono niewielkie gospodarstwo na obszar wpływów hiszpańskich i francuskich. Później pojawiły się rozmaite nieporozumienia. Francuzi uknuli spisek i zaplanowali skryte morderstwo, ale Pantera ich uprzedził: uwędził, ususzył i sprzedał pasy francuskiego mięsiwa, starannie wymieszane z wieprzowiną, wołowiną i koniną. Francuzi byli dokuczliwsi od much: kolejni się pojawili. Pantera obiecał darmową aprowizację hiszpańskiemu kaprowi, za bilet do brzegów Meksyku. Słyszał, że tam, w głębi kraju, wolni vaquerzy pędzą bukanierski żywot – chwytają dzikie bydło, chadzają na wybrzeże, gdzie sprzedają piratom rogi, skóry i mięso.


6.


Żarcie tu było paskudne, a zwietrzale wino ni smaku nie miało, ni mocy. Tęsknił za prostym, obfitym jadłem, za słodkim, mocnym winem, za ciepłem niewieścich wdzięków. Tu było ciemno, wilgotno i duszno. Z góry spływała jakaś srebrzysta poświata, ledwie rozświetlając mroczne pomieszczenie. Wilgoć starych murów przeszywała duszę. Od ściany do ściany – trzy lub cztery kroki. W tę i z powrotem maszerował po ciasnej izbie, mierząc tymi krokami dni, miesiące, lata swojego więzienia. Często przystawał przy wilgotnej ścianie, głaszcząc ją dłonią, zaciskając pięści i pieszcząc pomiędzy palcami kropelki cuchnącej cieczy. Oceniał grubość muru i ubolewał nad brakiem narzędzia, którym mógłby go przebić, podkopać, przeskrobać. Filozofował: rozmyślał nad doczesnością każdej rzeczy. Dochodził w takich chwilach do wniosku, że nic na tym świecie wiecznego, że i ten mur kiedyś w pył się rozsypie, a jego wolność w zasadzie jest pewna, jeżeli dusza przetrwa tylko tę ścianę.


7.


Na arenę wyznaczono corral ogrodzony żerdziami. Mieszkańcy okolicznych wiosek ściągnęli tu tłumnie wraz z pierwszym promieniem słońca. Stoły biesiadne rozstawiono już w nocy, obżarstwa i pijatyki rozpoczęły się więc bladym świtem. Wiejska orkiestra cięła od ucha do ucha, dokoła szybowały roztańczone, kolorowe pary. Muchy wtórowały tancerzom. Roje much, jak się zadawało, wirowały w rytmie muzyki. Około południa wieśniacy byli już solidnie utrudzeni, obżarci i opici. Słońce właśnie minęło zenit i nieznośnie paliło, spocone ciała szukały wytchnienia na wąskich żerdkach i kępkach traw wokół areny. „Torros, torros, torros…!” (Byki, byki, byki…!) – syty chleba lud wołał o igrzyska.


 


Pierwsza kompania długo zmagała się ze swoim buhajem. Najpierw pikador kłuł byka z konia, potem wkroczyli do akcji piesi zapaśnicy. Pantera chciał koniecznie obejrzeć ten spektakl. Chował się i dorastał na ganaderii ojca, więc młode lata pędził jako vaquero. Możni walczyli tylko z konia i nikt nie poważał pieszych zapasów. Owszem, zdarzało się, że róg powalił rumaka, a wtedy dzielny hidalgo dotrzymał placu na nogach: zwykle podcinał mieczem pęciny i gardło buhaja. Biedota nie miała koni, ale rodziła zdolnych zabójców. Ci, faktycznie, stawali z bykami w szranki, ale jedynie w rzeźniach. Pantera widział coś takiego dawnymi laty, gdy przygnał bydło do Sewilli, na mięsną jatkę. Po śmierci matki ojciec roztrwonił majątek – karty, kości, wino, dziwki – Pantera ruszył na morze a upadły hidalgo zmarł na syfilis w jakimś kościelnym przytułku. To, co widział teraz stary korsarz, niewiele różniło się od spektaklu oglądanego w rzeźni: torreador podjudzał i omiatał byka czerwoną płachtą, a matador próbował ugodzić go w serce długim, rzeźnickim kozikiem. Sztuka nie udała się kilkukrotnie: róg mijał o cal pierś matadora, pijana publika szalała. Nóż utknął w końcu, w boku, po żółtą rękojeść, aplauz sięgnął zenitu. Pantera nie znalazł w tym krztyny ekscytacji.


8.


Pomiędzy walkami zaplanowano przerwę, wypełnioną muzyką, obżarstwem i opilstwem. Mercedes zajęła miejsce na zaimprowizowanej z desek trybunie, wskazując zydel po prawej swojej ręce ojcu, zaś po lewej – przeorowi jezuitów – zwierzchnikowi tutejszej misji. Pantera prezentował się godnie na grzbiecie zwinnej trzylatki, Jaskółki, Alexandro i Diego tonęli po kostki w piasku. Gawiedź obsiadła żerdki dokoła areny. Słońce toczyło wolno czerwoną kulę ku linii horyzontu. Miedziana tarcza utkwiła za plecami czcigodnego prezydium. Trzy nieruchome sylwetki znaczyły majestatyczne cienie na białym piasku areny. Ten piasek przywieziono tu z plaży, z nabrzeża. Wlot bydlęcego traku, wyznaczonego drewnianymi opłotkami, umiejscowiono dokładnie naprzeciw trybuny. Gawiedź, obsiadająca również opłotki, rozsypała się raptem na boki. Trakt skrył się w tumanie kurzu. Tętent ciężkich kopyt zagłuszył pijackie sprzeczki i babskie pomruki. Środkiem ścieżki pędził potężny buhaj, tłuczony po zadzie długą lancą vaquera. Panterze nie podobał się ten byk: dziki, wielki, muskularny dwulatek, dopiero co wycięty ze stada, rozwścieczony chwilę wcześniej sztychami pik przez pastuchów Correiry. Stary wyga widział w oczach bestii obłęd i strach. Byk przeorał racicami piasek areny, rozkopując przesypane nim, świeże kałuże krwi. Razem z tumanem kurzu podniosły się roje much. Natrętne owady cisnęły się do oczu, uszu i nozdrzy. Pantera ściągnął kapelusz, omiótł rondem spoconą twarz i włochaty łeb Jaskółki. Rzucił w kierunku kompanów:


– Fiesta de los charros…? (Święto kowbojów…?) Fiesta de las moscas! (Święto much!)


“Torro, torro, torro…!” Pijany motłoch nie mógł doczekać się krwi.


9.


Zwinna Jaskółka z gracją unikała ostrzy rogów. Zahartowana w bojach, wyłączając źrebięce lata, nic w swoim krótkim życiu innego nie robiła. Pantera nakłuwał byczy kark, raz przy razie, by przygiąć łeb bestii do ziemi. Mocno dzierżył przy tym lancę w dłoni, unosił nogi w strzemionach, naciskał drzewce całym ciężarem ciała. Każda wolta Jaskółki budziła burzę aplauzu. Byk ledwie już zipał, wlokąc mokry pysk po skrwawionym piasku areny. Diego zaczynał się niepokoić:


– Ejże, senior Pantera, ostaw krztynę życia dla matadora!


„Pieszo, pieszo, pieszo…!” – skandował rozgrzany tłum.


 


Pantera raz jeszcze okrążył byka, szarpnął jednak wodze i odbił do lewej flanki: tym razem nie atakował. Z wysokości końskiego grzbietu miał sposobność podziwiać kunszt Diega. Sztuka młodego matadora nie miała nic wspólnego z rzemiosłem tamtego rzeźnika. Byk był solidnie zmordowany i nisko chylił łeb. Chłopak wachlował przed jego nosem czerwoną płachtą. Zwierzę toczyło pianę z pyska, zamarło jednak w bezruchu. Wtedy, jak spod ziemi, wrósł Alexandro: dwa harpuny, zakończone pstrymi drzewcami, zagłębiły się w kłębie bydlęcia, naciągając ciężarem kołków skórę, rozszarpując rany i zadając zwierzęciu widoczny, wściekły ból. Bestia wystrzeliła jak kamień z procy: natarła na płachtę, Diego przepuścił rogi o cal od dumnej piersi. Płachta falowała, byk atakował – i tak dziesiątki razy. Za każdym razem brzuch Diega witał się niemal z ostrym rogiem byka, publiczność szalała, matador mijał jednak zmorę śmiertelnego sztychu, zręcznym balansem sprężystego ciała. „Matar, matar, matar…!” (Zabij, zabij, zabij…!) – motłoch błagał o finał.


 


Czerwona kula tonęła w bałwanach łagodnych wzgórz. Ciągnąca od brzegu bryza rozcieńczyła ulepek skwarnego powietrza. Gasnący dzień przesycał przestrzeń rubinowym światłem. Stado zbłąkanych wron wznosiło się i opadało, szukając pośród kęp niskich krzewów miejsca na nocny spoczynek. Matador przejął z rąk Alexandra długą, wąską szpadę. Tłum zamilkł, muchy jakby posnęły, ciche poświsty wiatru i nieśmiałe pokrakiwania czarnych straszydeł malowały subtelne tło wszechobecnej, przenikliwej, przedśmiertnej akwareli. Diego zostawił byka zupełnie z boku, samemu sobie. Stanął na wprost trybuny, dumnie unosząc głowę. Zatoczył płachtą szeroki łuk, a rękojeść szpady przycisnął do serca. Pokłonił się nisko i ponownie wyprostował, cedząc przez zęby patetyczne słowa:


– Na ołtarzu twych stóp, seniorita Mercedes, kładę tego cielca. Błogosław swojemu kapłanowi.


Dziewczyna nakreśliła w powietrzu znak krzyża, wypięła z włosów białą różę i cisnęła kwiat pod nogi matadora. Lodowate spojrzenie kobiety roztopiło się w gorącym blasku oczu zabójcy.


10.


Prawą, zbrojną w szpadę dłoń Diego wysunął daleko do przodu na wyciągniętym ramieniu. Lewa dłoń pewnie dzierżyła płachtę: sztuka czerwonej materii łagodnie falowała, zgarniając piasek przy nodze. Rubinowe światło zachodu oblało nieruchome sylwetki, rozesłało koralowy kobierzec na białym piasku areny, zabójcę i ofiarę zmieniło w dwa krwawe posągi – uosobienie młodości i piękna, esencję pierwotnej siły natury. Nie była to rzeczywistość… Pantera podziwiał obraz – arcydzieło pędzla wybitnego malarza. Cisza, nieznośnym swym krzykiem, wdzierała się w jądro jestestwa.


 


Diego winien był skupić uwagę na przeciwniku. Bestia teraz się czai, ale za chwilę ruszy: supeł mięśni wystrzeli jak kula z arkebuza. Impet weźmie na siebie płachta, klinga szpady odnajdzie maleńkie jak rewers dublona miejsce nad lewą łopatką, otwierające zimnej stali prostą drogę do samego serca byka. Ale Diego krzyżował spojrzenia z Mercedes. Sycił się chłodem niebiańskich ocząt, wiedząc, że teraz skupia jedynie na sobie te sporadyczne przejawy zainteresowania. Kobieta, faktycznie, mroziła wzrokiem dzieciaka. Jej natrętne spojrzenie nie było jednak wyrazem podziwu, jak sądził naiwny młodzieniec: ona toczyła walkę. Była kobietą, była więc elementem najpierwotniejszych instynktów przyrody, a skazana na śmierć bestia była jej towarzyszem broni. To, co widziała przed chwilą, utwierdziło ją w przekonaniu, że zapaśnik da radę bykowi. Czy da jednak radę kobiecie?


 


Diego nie widział pędzącego buhaja. Unik i sztych wykonał raczej intuicyjnie. Ostrze trafiło na twardą kość łopatki. Klinga ugięła się, napięła jak sprężyna, wyrwała z dłoni rękojeść i poszybowała wysoko w górę. Biodrom, do fortunnego manewru, zabrakło ledwie pół kroku. Diego nie czuł bólu, nie mógł jedynie zrozumieć, dlaczego widzi twarz Mercedes jakby odbitą w gładkiej tafli wody – do góry nogami. A potem tylko to obezwładniające ciepło, rozlewające się poniżej pasa, gdzieś w okolicy lewej pachwiny.


„Achchch…!” – wyraz przerażenia oszołomionej gawiedzi rósł niemal pionowo. Urwał się jednak nagle, tonąc w bezdennej studni głuchej, grobowej ciszy.


 


Byk rzucał łbem, Diego obracał się na rogu, jak na rożnie, jak na karuzeli. Pozostali uczestnicy spektaklu zamarli w bezruchu, pogrążeni w posępnym milczeniu. Jedyny Pantera nie uległ zbiorowej hipnozie: dał Jaskółce ostrogę, zrównał konia z bykiem, zsunął się zręcznie z siodła, zaplótł kolana i łokcie na rogach, morderczym uściskiem i ciężarem ciała docisnął łeb do ziemi. Czując, że dysząca bestia wali się na piasek, krzyknął:


– Brać mi go! A żywo..!


Alexandro, z pomocą jakiegoś vaquera, ściągnął Diega z rogu. Szarpiąc za ręce i nogi, wywlekli ciało chłopca za ogrodzenie corralu. Dopiero wtedy Pantera zluzował uścisk. Uskoczył, byk dźwignął się ciężko. Nie atakował: szeroko rozstawione nogi gięły się w pęcinach. Wciąż królowała dokuczliwa cisza: teraz niezmącona choćby pomrukiem wiatru, krzykiem ptaszyny czy bzyczeniem muchy. Ciszę przerwało dalekie ujadanie psa: kundle posprzeczały się o wyniuchany pod stołami gnat. Kot spłoszył wrony, stadko wzbiło się ponad kępę krzewów, rozdzierając powietrze przeraźliwym wrzaskiem. Kilku wieśniaków komentowało półgłosem niedawny wypadek. Wmieszały się w to wszystko indiańskie kobiety, ze swoim świszczącym jazgotem. Szanowny ojczulek dźwignął tłusty zadek z siedziska zydelka, chwiał się teraz na podeście trybuny i wskazywał serdelkowatym palcem rozciągniętą na ziemi sylwetkę Diega; uparcie coś tłumaczył członkom rodziny Correria. Ponad tonią ogólnego pomruku płynęło żałosne wołanie Alexandra:


– Medyka, medyka!


„Medyka, medyka!” Przekazywana z ust do ust prośba brzmiała jak odbijane od górskich zboczy echo.


11.


Pantera widział, jak pasterze przybiegli z wołową skórą. Rozciągnęli na niej rannego zabójcę i ponieśli młode, bezsilne ciało ku zabudowaniom garbarni. Pantera szykował się właśnie, by przesadzić ogrodzenie corralu, gdy drogę zastąpiło mu kilku rosłych vaquerów. Ten, który – z racji postawy i wzrostu – wyglądał na nadzorcę pasterzy, zaprotestował:


– Don Correira mówi, że godzi się wam, senior Pantera, sprawę dokończyć.


Bukanier wskazał palcem niosących Diega vaquerów. Po chwili jednak opuścił rękę, co wyglądało na gest rezygnacji, przyzwolenia. Pochwycił uzdę Jaskółki i wcisnął stopę w strzemię.


„Pieszo, pieszo, pieszo…!” Upity pierwszą krwią motłoch nie ustępował.


Zimne oczy Mercedes płonęły teraz żywym ogniem. Zsiniałe usta wypluły rozpaczliwy okrzyk:


– Nie!!!


Pantera odwzajemnił spojrzenie, ale we wzroku pirata nie było nic ponad oskarżenie i wzgardę. Odszukał w piachu i uniósł szpadę i płachtę. Zbudziły się muchy. Opędził twarz strzępem czerwonego sukna. Energiczny ruch szmaty tchnął w bestię nowe życie. Byk zaatakował – konwulsyjnie, panicznie, błyskawicznie. Pantera wiedział znakomicie, gdzie dźgnąć, tyle że zawsze kłuł lancą, z wysokości końskiego grzbietu. Klinga wbiła się w kość i pękła. Płachta zebrała impet rogów, biodra korsarza zatoczyły łuk wokół osi ciała. Rozpędzona bryła muskułów ciągle parła naprzód. Pantera biegł równolegle, szukając udem kontaktu ze skrwawionym karkiem. Odbił się silnie i wskoczył zwierzęciu na łeb. Zgięte w kolanach nogi szczelnie zasupłał na grdyce, zgiętą w łokciu, lewą rękę zaplótł na jednym rogu, a dłonią tej samej ręki silnie pochwycił drugi. Byk rzucał łbem na wszystkie strony, nijak nie mógł pozbyć się jednak jeźdźca. Prawą dłoń zanurzył Pantera w szerokiej cholewie, namacał rękojeść i wyszarpnął mizerykordię. Po chwili ostrze tkwiło już w tętnicy, jasnoczerwona posoka bluzgała wysoką fontanną. Tłum zawrzał i oszalał. Mercedes dopiero teraz nabrała w płuca powietrza.


12.


Ciemność bezksiężycowej nocy była gęsta jak smoła. Jak smoła było lepkie powietrze nocy letniej; wieczorna bryza zdechła. Lampka na czele konduktu rozświetlała ścieżkę, wiodącą do cmentarnej kaplicy. Diego już nie żył, kiedy Pantera przekraczał próg garbarni. Leżał na skórze, na stole, a gesty rój much kłębił się nad rozprutym brzuchem. Ojczulek zaopatrywał ciało w ostatnie sakramenty. Pikador i dwaj torreadorzy konkurencyjnej ekipy oraz zgromadzeni w izbie pasterze wspomagali duchowo jezuitę, bezmyślnie klepiąc za nim słowa modlitwy. Alexandro trzymał się z boku i milczał. Medyk rzygał siarczyście na ścianę, przyciskając do piersi opasły sakwojaż, skrywający stalowe instrumenty chirurgiczne. Pasterze obsypali ciało kwiatami białych róż, owinęli wołową skórą i złożyli rulon na barkach dwóch krzepkich towarzyszy. Correira dał znak do wymarszu. Kondukt brnął pośród ciemności nocy, a lampka bujała się w jego awangardzie. Chybotliwe światło wyławiało na zmianę z mroku – raz przegięty, drewniany krzyż, raz niski wzgórek mogiły. Samotny, strzelający w czerń nieba cyprys wyglądał jak strażnik Hadesu. Jakiś drapieżny ptak, jakiś nocny łowca, jak potępiony duch, krzyknął pomiędzy grobami. Przewodnik mocował się chwilę z furtą kaplicy, świetlny punkcik rysował złote wstęgi na tle mroku nocy. Solidny, sakralny przybytek wzniesiono na dziwnie wysokiej podmurówce. Zwaliste drzwi nareszcie ustąpiły, płaczliwie poskrzypując, wydając głuche jęki. Niebo zapłonęło feeriami bengalskich ogni. Do uszu żałobników dobiegły dalekie śmiechy i krzyki. Zabawa trwała w najlepsze. Kondukt zniknął we wnętrzu kaplicy.


 


Ponury rulon spoczął na katafalku, zrzucając z ładunku skórzaną zasłonę. Ktoś przeniósł drzazgą płomień lampki na rozstawione wokół podwyższenia świece. Skąpe, ciepłe światło rozlało się po ciasnym pomieszczeniu. Mdlący aromat róż mieszał się z zapachem kopcącego łoju, z odorem zakrzepłej krwi i otwartych wnętrzności. Śmierć wyostrzyła rysy Diega, nie dała jednak rady zetrzeć znamion piękna. Chłopak leżał na skórze, otoczony niby ciżbą ludzką, a jednak jakiś taki samotny, w tej swojej ostatniej podróży. Nad ciałem krążyło majestatycznie kilka opasłych much, a jedna rozsiadła się bezczelnie na czubku zimnego nosa. Wnętrzem przybytku wstrząsnął dudniący łoskot: rosły vaquero zatrzasnął drzwi kaplicy, opuścił ciężki skobel, szeroką piersią zatarasował furtę. Przeważający liczebnie pasterze rzucili się na zapaśników, obezwładniając ich w mgnieniu oka, wiążąc grubymi rzemieniami i kładąc pokotem na zimnej posadzce. Atak był tak niespodziewany i błyskawiczny, że zwykle czujny Pantera nie zdążył zmrużyć powieki. Po chwili podniósł się lament: torreadorzy z konkurencyjnej ekipy domagali się głośno wyjaśnień i obiecanej nagrody, sarkali na niezasadne uwięzienie i niegodne potraktowanie. Correira uniósł ramię i gestem dłoni nakazał milczenie. Przemówił… Pantera nie wsłuchiwał się pilnie w orację. Nie zastanawiał się nawet dogłębnie nad przyczynami dziwnego traktowania gości. Rozmyślał raczej nad kruchością życia ludzkiego, przywołując w pamięci tych, którzy polegli na jego oczach – czy to przyjaciół, czy wrogów, czy tych, co padli z jego ręki, czy z ręki nieprzyjaciela. Porównywał to wszystko z dzisiejszą, bezsensowną i głupią, zesłaną na życzenie gawiedzi, zawinioną przez kobiecą próżność, śmiercią młodego człowieka. Z przydługiego przemówienia Correiry dotarło do niego tyle: kaplica stoi na szczycie azteckiej piramidy, pogrzebanej przez piaski, pogańscy bogowie darzą obfitością nowego gospodarza tej ziemi, ale żądają ofiar, a ofiary przyjmują tylko z serc zwycięzców.


13.


Ten, który wyglądał na naczelnika pasterzy, a którego Pantera poznał bliżej przy próbie opuszczenia corralu, zrzucił z grzbietu wzorzyste poncho. Jego pierś zdobił aztecki talizman, zawieszony na szyi, na grubym łańcuchu ze szczerego złota. Teraz wyglądał na szamana lub kapłana. Bezceremonialnie zrzucił ciało Diega na posadzkę. Czterej pasterze rozciągnęli na katafalku wrzeszczącego i szamoczącego się torreadora, zatrzaskując na przegubach rąk i nóg mosiężne klamry. Jeden ściągnął z karku wyświechtaną chustę, zgniótł ją w dłoni i wepchnął brutalnie w gardło hałaśliwego zapaśnika. Kapłan, przeżuwając w ustach słowa zaklęcia czy modlitwy, uniósł ponad głowę sztylet o obsydianowym ostrzu. Przebrzmiał szelest ostatnich szeptów, ostrze spadło, rozcinając unoszący się w rytmie oddechów mostek. Prawa dłoń szamana zanurzyła się w ranie, szarpnęła, powędrowała w górę, zwolniła uścisk i pokazała ciągle bijące serce. Ceremonia powtórzyła się jeszcze dwukrotnie, trzy serca spoczęły w zdobnej, granitowej misie. Wreszcie przyszedł czas na Alexandra. Szlachcic nie krzyczał, nie wierzgał, nie miotał się jak jego poprzednicy. Sam stanął na skrępowanych nogach, dumnie wypiął pierś i uniósł głowę. Przeniósł wzrok na Panterę, rzucając w jego kierunku butnie wypowiedziane słowa:


– Obacz, mości Pantera, jak kroczy śmierci na spotkanie prawdziwy syn Hiszpanii.


Rzemienie na kostkach opadły pod sztychem rzeźnickiego noża, dwóch pasterzy ujęło ofiarę pod łokcie, prowadząc w kierunku ołtarza. Podchodząc do katafalku, cała trojka potknęła się o ciało Diega. Oprawcy wielokrotnie przekraczali już zwłoki, potknęli się jednak dopiero tym razem. Diego dźwignął się właśnie z posadzki. Wyprostował grzbiet i podniósł ręce, przeciągając się, jakby budząc z głębokiego uśpienia. Grobowa cisza zmroziła pomieszczenie. Co o tym myśleć? Czyżby się wszyscy mylili? Czyżby postawiono błędną diagnozę? Czyżby w chłopcu tliło się życie? Diego patrzył, z wyrazem zażenowania na twarzy, na wiszące u pasa wnętrzności. Zebrał je w dłonie i wepchnął do brzucha. Na ranie zacisnął palce. Gdy zwolnił uścisk, po cięciu nie było już śladu. I wtedy zaczął się rumor:


„Vampiro, vampiro, vampiro” – krzyczeli przerażeni vaquerzy, przepychając się i tratując na drodze do furty, nie szczędząc przy tym dostojnej osoby kapłana i seniora Correiry.


Rosły pasterz, tarasujący do niedawna ciężkie wierzeje, leżał teraz na posadzce, cały skąpany we krwi. Wyjścia bronił natomiast kto inny: ocierający rękawem usta Alexandro.


14.


Diego i Alexandro pomogli powstać zdezorientowanemu i lekko zszokowanemu Panterze. Chyba za wiele tego wszystkiego, nawet jak na jego bitewne doświadczenie i zbójecką przeszłość. Wkoło walały się trupy, roiły muchy, kaplica tonęła we krwi. Oprawcy tarli twarze wzorzystym poncho kapłana. Alexandro przemówił, gdy tylko zakończył makabryczną ablucję:


– Uważ tedy, senior Pantera, żeś całkiem bezpieczny. Juchy my już syci, a pikadora nam trzeba. Kamrat nasz lancą przebity, a czego jak czego, ale kołka to ciało wampira nie znosi.


Pantera był teraz całkiem spokojny, chociaż i wcześniej nie wydawał się szczególnie zaniepokojony; raczej – zdziwiony. A że w głowie rodziły się kłopotliwe pytania, próbował wyjaśnić wątpliwości:


– Tak samo i słońca nie lubi, i świętych przybytków, a wy, mości panowie, to i za dnia, i po kaplicy ganiacie. Ni jadła, ni wina wampir nie tyka, jeno posoką się żywi, a wyście to, kawalerzy, niezgorzej sobie przy stole folgowali.


– Bajki to wszystko, senior Pantera, przez lud ciemny zmyślane. Krwi jeno nam trzeba! Krwi łakniem! Krew naszym lekarstwem, kordiałem, zbawieniem. Do naszej kompanii prosim. Sztukę taką odprawię, że was, mości Pantera, w krwiopijcę przemienię, jako i Diega zmieniłem.


Tutaj Alexandro opowiedział w kilku słowach, jak to Diego, faktycznie, na jego oczach, lat temu bodaj dwadzieścia, podobną walkę stoczył i podobną, śmiertelną odniósł ranę. On chłopaka przemienił i od śmierci wybawił. (Krew odmładza, starość omija wampira.) Od tego czasu, najpierw po rodzimej, teraz po Nowej Hiszpanii grasują, wszędzie podobny wystawiając spektakl. Gdzie dużo gawiedzi, tam i krwi dużo.


– Raz jeszcze, senior Pantera, grzecznie do naszej kompanii prosim.


– A do kurwiej matki z tą waszą kompanią!


– Nie warto się gniewać, kawalerze, ni myśleć ci o obronie. Wampir siłą dziesięciu mężów włada. Patrzaj na tych to, tutaj… Na co im się obrona przydała…? Po dobroci nie pójdziesz, weźmiem siłą.


Diego i Alexandro ujęli Panterę za nadgarstki. Pirat rozstawił nogi i rozwarł szeroko dłonie: rzemienne postronki pękały jak jedwabne niteczki. Uniósł ręce: uściski wampirów nie zdzierżyły siły ramion Pantery. Korsarz oplótł palcami dwie grdyki i zacisnął pięści. Usłyszał suchy trzask miażdżonych tchawic i gardłowe rzężenie siniejących ust. Szarpnął. Otworzył pięści i oglądał przez chwilę makabryczną zawartość dłoni. Muchy obsiadły skrwawione strzępy materii. Pantera strzepnął z obrzydzeniem ścierwo, odszukał wzorzyste poncho i w ostatni, niepowalany skrawek sukna wytarł dokładnie dłonie. „Kołka ciało wampira nie znosi, ale i bez gardła, widać, nie czuje się dobrze.” Potykając się o trupy, brodząc po kostki we krwi, dotarł do furty. Dźwignął ciężki skobel, otworzył na oścież drzwi i odetchnął głęboko rześką bryzą brzasku.


15.


Poczuł… Poczuł, jak wracają moce witalne, jak życiowa siła podźwiga wszystkie członki. Chwycił pierwszą, walającą się po pokładzie szablę i w tej samej chwili stał już pewnie na nogach, gotowy do walki. Odparł pierwszy impet, położył kilku przeciwników, zdobył drugą klingę. Wywijał śmiercionośne młynki skrwawionym żelazem. Pantera przeistoczył się w istnego kosiarza śmierci. I dotąd trwało jego krwawe żniwo, dokąd ducha nie oddał ostatni Berber. Uwolnił pozostałych przy życiu towarzyszy, pojmanych przez Maurów. Przysiadł na beczce prochu. Zapomniał o zmęczeniu i ranach. Pragnął teraz jedynie trzech rzeczy: jadła, wina i baby. Ładownia bisurmańskiej galery pełna była branek chrześcijańskich…


16.


Ponad bladą kreską wschodniego horyzontu, obleczona różowawą poświatą, omijając mogiły i krzyże, sunęła sennie eteryczna postać Mercedes. Pantera, chcąc oszczędzić dziewczynie przykrego widoku, przymknął nieco rozwarte na oścież wierzeje. Kobieta przystanęła dwa kroki przed kaplicą, omiatając korsarza powłóczystym, rozmarzonym spojrzeniem.


– Ojca przybywam obaczyć, senior Pantera. Gadali, że za konduktem pobieżył.


– Lękam się, senorita, że widok takowy nie będzie ci miłym.


– Głupstwa pleciecie, Pantera… Zajęty…?


– Nieżywy.


– Ha! Inna to sprawa. Tyś go ukatrupił?


– Padł z ręki własnej chciwości.


– Mniejsza o to. Nie był mi ojcem. Wziął moją matkę, jakem już po tym świecie biegała. Jak matka odumarła, moją sypialnię nawiedzał.


– Kanalia! Niegodziwiec!


– Nie większy, jak wy, mości Pantera. Kaper, zbójca, grasant. Ojjj, wiem ci ja więcej, niż chciałbyś to, waćpan, swym bliźnim wyjawić.


– Zabójczyni pacholąt!


– Kaper!


– Niecnota!


– Zbójca!


– Dziewka!


– Grasant!


– Gęś głu…


Ostatnie słowo uwięziła Mercedes pocałunkiem w ustach Pantery.


 


Gorąca kula zawrzała, gdy tylko minęła horyzont. Zbudziły go muchy, baraszkujące po spoconym czole. Pantera otworzył oczy, ale osłonił je dłonią przed promieniami wschodzącego słońca. Mogiła okazała się tak samo wygodną poduszką, jak siodło. Mercedes jeszcze spała, oddychając miarowo, wtulając rumiany policzek w szeroką pierś kochanka. Pantera rozejrzał się wkoło: przewrócone krzyże, zdeptane mogiły – wszystko przypomniało o szaleństwie ich niedawnego, miłosnego uniesienia. Odsunął delikatnie głowę dziewczyny, składając rumiany policzek na jedwabnej, zrolowanej halce. Wstał, pozapinał rozdarty na piersi kaftan, wciągnął koszulę w spodnie. W kieszeni kaftana znalazł długie cygaro. Przygryzał je tylko zębami i rozgniatał w ustach: zabrakło pod ręką łuczywa. Spojrzał przed siebie. Dalekie zabudowania hacjendy wyglądały jak opuszczone: peoni odsypiali całonocną hulankę. Jaskółka szczypała soczystą trawę, rysującą turkusową wstęgę, wzdłuż srebrnej nitki strumienia. Ruszył wolnym krokiem ku ukochanemu stworzeniu. Pochwycił aksamitny tembr, płynący spomiędzy nagrobków:


– Wrócisz, Pantera? Jam teraz tu panią. Co moje, to i do ciebie należy.


– Skór i mięsiwa naskładam, i wrócę. Wkrótce się pewnie, waćpanna, obaczym. Bywaj zdrowa!


Tyle powiedział Pantera. Pomachał tylko ręką, nie racząc nawet odwrócić głowy. Wracał do domu. Szedł na spotkanie z Jaskółką. Do jego uszu, przez czas jeszcze jakiś, dolatywały cichnące z każdym krokiem słowa: „kaper, zbójca, grasant, niecnota…”


17.


Jego wolność w zasadzie jest pewna, jeżeli dusza przetrwa tylko tę ścianę: powtarzał swoją maksymę tysiące razy. Ściana pękła, mur rozsypał się w drobny gruz. Całe jestestwo przeniknął słoneczny blask, przesączył słony szkwał. Stary dżin uniósł zgrabiałe ręce i wzbił się wysoko w powietrze, w przypływie świętej ekstazy. Wolność! Unikać przebiegłych czarnoksiężników, więżących dżiny w butelkach – pierwsza myśl oswobodzonego demona. Druga skupiła się wokół poszukiwań godnego na pomieszkanie ciała: po kilku postnych wiekach, spieszno mu było do uciech życia cielesnego. Niczego teraz goręcej nie pragnął, jak smaku jadła, słodyczy wina i ciepła niewieścich pośladków. Z perspektywy swojej wysokości znakomicie widział cały pokład i walające się po nim, gotowe do wzięcia ciała, pozbawione ducha. Zewłok, dzierżący pistolet w dłoni, wyglądał mu na mocarny – na taki, w którym czułby się pewnie, statecznie i… wygodnie…


 



10
Opowiadania / Odp: KORALOWA POLANA
« Ostatnia wiadomość wysłana przez ambroziak dnia Luty 07, 2015, 08:56:10 am »
A autorowi serce rośnie... Dzięki!
Strony: [1] 2 3 ... 10