Autor Wątek: DŻIN  (Przeczytany 5552 razy)

admin

  • Administrator
  • Newbie
  • *****
  • Wiadomości: 13
DŻIN
« dnia: Luty 20, 2014, 09:33:40 pm »

Autor: Sławomir Ambroziak


Każde stuknięcie mosiężnej obręczy o większy kamień, każde tąpnięcie koła w głębszy dołek, każde skrzypnięcie zardzewiałego łożyska na pogiętej osi – każdy ten jeden dźwięk czy manifestacja siły ciążenia – wszystko to kłuło nieznośnie uszy, świdrowało mózg i poruszało całe jestestwo Apollinaire’go Boulota. Tylko na początku… Potem, po godzinie czy dwóch, wszystkie te dźwięki i drgania zlały się w harmonię śpiewu nuconego nad huśtaną kołyską i w gruncie rzeczy z chęcią zamknąłby teraz morderczo ciążące powieki i zapadł w słodką drzemkę, przyjemnie skracającą cierpienia niewygodnej podróży. Chętnie by spał, gdyby nie to dziwne pobudzenie i dziwny niepokój, zawsze towarzyszący obecności pięknej damy w kompanii losowo zebranych pasażerów. Mężczyźni są zawsze pobudzeni towarzystwem kobiet, szczególnie szykownych i pięknych. A niepokój…? Czyż nie wypadnie śmiesznie, pochrapując w rytm podskoków dyliżansu, rosząc kroplami lepkiego potu spływającymi ze lśniącej łysiny po okrągłych, czerwonych policzkach i tłustym, sfałdowanym w kilku miejscach podbródku, śnieżnobiały, krochmalony kołnierzyk ciasno spinający garb byczego karku…? Dziwnie mu jakoś zależało na tym, aby nie wypaść w oczach tej damy śmiesznie i żałośnie. Człowiek w jego wieku i o jego pozycji wie, jakimi sposobami kobieta usiłuje dać do zrozumienia, że byłaby zainteresowana nawiązaniem bliższej znajomości. Czy tajemnicza podróżniczka kokietowała pana Boulota, czy to tylko imaginowała i opatrznie tłumaczyła rozmaite gesty i spojrzenia jego rozpalona wyobraźnia…? A co…?! Czego mu niby brakuje…?! Aparycji…?! Kawaleryjskiej sylwetki…?! Tych przymiotów, które prezentuje sobą siedzący po jego lewej stronie, kręcący fantazyjnie podwiniętego wąsa, kapitan…? Uroda i młodzieńczy powab szybko przemijają, przychodzi tusza, a ta objawia dobrobyt i wieści nie tylko tłusty brzuch, ale i tłusty portfel. Taki mężczyzna może budzić w kobiecie większe pożądanie, niźli gładkolicy, lasonogi, apollokształtny młokos. Czy wiedziała, że jest wicedyrektorem oddziału bankowego w Adrarze…? Musiała to wiedzieć…! Przecież nie wsiadła do tego dyliżansu przypadkiem… Takie podróże po Maghrebie są bardziej niebezpieczne, jak po zachodnich rubieżach Ameryki. Tam napadają tylko Indianie lub biali bandyci. Zresztą, indiańskie rozboje to też już chyba przeszłość. Tam porządku pilnują lokalni szeryfowie, marszale federalni i prywatni agenci, a pustkowie prerii gęsto patroluje kawaleria. Tutaj rabują wszyscy – Tuaregowie, Beduini, bandyci. Jak kompania zapłaci za przejazd i opiekę wodzowi jednego plemienia Tuaregów, to dyliżans zrabuje inne plemię, Beduini lub zgraja białych dezerterów, zrujnowanych kolonistów czy innych, rozmaitej proweniencji rzezimieszków. Jak szejk najętego do ochrony plemienia zwęszy wartościowszy ładunek, nakicha na umowy i sam każe złupić przesyłki i podróżnych. I nic na to nie zaradzi garstka rozrzuconych po stepach i pustyniach Sahary legionistów. Tylko takim ładunkom, jak wieziony tutaj, zapewnia się w tych pustkowiach priorytet i godziwą ochronę. Dziś jadą pieniądze do In Salah na żołd dla legionistów. Przesyłkę eskortuje spory oddział regularnego wojska, a urzędową pieczę sprawuje nad nią ON – Apollinaire Boulot – sam wicedyrektor. Więc cóż mogła obchodzić szanowanego, wysokiego urzędnika bankowego, gorliwego syna kościoła katolickiego, przykładnego męża i ojca gromadki dzieci, jakaś nadobna białogłowa w falbaniastej, powłóczystej sukience? Nie powinna, a jednak instynkt samczy brał górę nad obowiązkiem urzędnika, męża i ojca. Dręczył go nieodparty przymus nawiązania rozmowy, chociaż – podróżując dziesiątki razy po tych pustkowiach – często całymi godzinami nie odzywał się do współtowarzyszy podroży, jak i oni nie odczuwali zazwyczaj potrzeby prowadzenia ogólnej konwersacji. Właśnie otwierał usta, by bąknąć coś o nieznośnym upale, gdy w lewym uchu zahuczał operowy baryton kapitana:


- Pani wybaczy… Brakuje okoliczności, w których moglibyśmy zostać sobie oficjalnie przedstawieni, przedstawię się więc osobiście: Benoit Louis de Ladoucette, kapitan 5 pułku szwoleżerów kolonialnych.


Kobieta nie odwzajemniła ukłonu, tylko powiodła powłóczystym spojrzeniem po twarzach wszystkich podróżnych, wymownie akcentując tym gestem zadane ciepłym głosem pytanie:


- A panowie…?

- Gbur ze mnie, przepraszam…! Apollinaire Boulot, dyrektor oddziału bankowego w Adrarze. Taaa…, wicedyrektor właściwie, przepraszam, wice… – sam nie wiedział nasz grubas, dlaczego skłamał; chciał dodać sobie pewnie prestiżu, ale złapał się na tym, że dama może znać jego status, więc to niewinne kłamstewko postawi go w świetle drobnego krętacza.

- Może przedstawiłbyś się pan naszej pięknej towarzyszce podróży – kapitan przycisnął delikatnie łokieć do żeber rachitycznego młodzieńca po lewej, pilnie śledzącego pożółkłe karty jakiejś broszury, spoza szkieł grubych soczewek, osadzonych w tak samo rachitycznych, jak on, srebrzystych drucikach.

- Taaak… Państwo raczą zrozumieć: lektura pochłania mię bez reszty. Bastien… Bastien Gustave, naukowiec-amator, badacz starożytnych kultur, zbieracz artefaktów i kolekcjoner staroci – jajogłowy młodzieniec plątał się niczym w gorączce, półprzytomnie, jakby go wyrwano z głębokiego snu w środku nocy.

- A pan…? – kobieta odchyliła silniej lewy profil, by spojrzeć prosto w oczy siedzącemu obok mężczyźnie o czerstwej, ogorzałej twarzy i zwalistej, zdaje się atletycznej sylwetce.

- Czy mówi tu ktoś po angielsku…? – na tyle było tylko stać pasażera po lewej, bo zwrotu tego wyuczył się przed przybyciem z dalekich stron do kolonii francuskich.

- Szanowny pan wydaje się nie rozumieć po francusku… – szukała usprawiedliwienia kobieta.

- Możemy mu przeto wybaczyć – wyrozumiale dokończył kapitan.

- Charlotte! – dziewczyna rzuciła kokieteryjnie.

- Charlotte… – wydawał się niecierpliwić kapitan.

- Charlotte… i kropka! Moje nazwisko nic panom nie powie, a jeżeli któremuś coś mówi, to lepiej, by go teraz nie poznał – próbowała obrócić w żart wyraźne zakłopotanie.

- Kobieta-szpieg…? To teraz takie modne – podjął dowcipną grę kapitan.

- Toś mnie pan rozszyfrował, detektywie de Ladoucette – czuła, że rozmowa ześlizguje się szczęśliwie z niewygodnego tematu.

- Cóż cię sprowadza, duszyczko, w te barbarzyńskie ustronia – kapitan bez zbytnich ceregieli przeszedł na ton bardziej poufały.

- A pana, oficerze…? Dlaczego nie na koniu, dlaczego nie pośród eskorty, tylko w wygodnej kabinie powozu…?

- Och, słodka Charlotte, to nie mój regiment, nie moja jednostka. Wracam z urlopu, a podczas urlopu koń szwoleżera zostaje w koszarach. Pod tę eskortę trafiłem przypadkiem, tak jak my wszyscy. No, może z wyłączeniem pana Boulot. W zasadzie, to szczerze żałowałbym tego, gdyby nie Pani niebiańska obecność, droga Charlotte. Urlopowanemu żołnierzowi tęskno do niebezpieczeństw, a dwa miesiące bez obawy o życie dłuży się, niby dwa lata. Już bym przebył chętnie tę drogę z Adrar do In Salah na końskim grzbiecie, z moim tubylczym ordynansem i tropicielem Achmedem u boku, z którym dziesiątki razy patrolowałem samotnie najdziksze zakątki Sahary, i z moim szybkostrzelnym braciszkiem przy pasie (tutaj pogładził pieszczotliwie czarną kaburę zdobiącą idealnie skrojony mundur), który strącił tyle niebieskich i białych turbanów, ile kropli wody w oazie In Echai. A tu co…? Nuda! Przydałby się dreszczyk emocji po tych gnuśnych wieczorach na paryskich salonach. Czy nasza piękna Charlotte zna Paryż…? – ostatnia kwestia i pytanie miały wywrzeć wrażenie; widać, salonowe obycie traktował kapitan-podrywacz jak asa w rękawie.


Pamiętała Paryż jak przez mgłę… Nie, to nie czas zacierał odległe wspomnienia dzieciństwa, tylko jej niechęć wspominania całkiem bliskich wydarzeń. Zostawiła to miasto, by zapomnieć o bólu i upokorzeniu. Uroda z wiekiem dojrzewa, więc przyzwyczajonej do zbytków, dobiegającej trzydziestki kokocie coraz trudniej o bogatego i wpływowego patrona. Ostatni opiekun, markiz, którego nazwisk i tytułów nie miała prawa wypowiadać w towarzystwie, więc bała się nawet przywołać je w myślach, zostawił jej wprawdzie w spadku piękny, paryski apartament i całkiem przyzwoitą rentę, ale zaradna rodzinka tak zachachmęciła w zmowie ze sprytnymi prawnikami, że została zupełnie bez niczego. Ledwie udało się ocalić i spieniężyć dosyć pojemną szkatułkę kosztowności – prezentów od hojnych kochanków, co pozwala odbywać jej teraz tę podróż do kolonii i daje zabezpieczenie na kilka miesięcy wystawnej i spokojnej egzystencji pod słońcem Maghrebu. Zgnuśniali, bogaci i przekupni urzędnicy kolonialni są pewnie mniej wybredni; mało tu białych kobiet, więc łatwiej o bogatego patrona. Czasami, w przypływie rozmarzenia, obmyślała też inny spektakl: może da się porwać falom romantycznych przypływów, odda serce i duszę jakiemuś nieokrzesanemu, stepowemu włóczędze, jakich w koloniach bez liku, którego oswoi i udobrucha, z którym osiądzie na jakimś skrawku ziemi, uwije mu rodzinne gniazdko, a on da jej w zamian swoje ciepło, dozgonną miłość i mężowską opiekę. O, może takiemu, jak ten – za oknem…


Gorący, pustynny podmuch owiał twarze podróżnych i sypnął siwym kurzem we włosy. Uchyliły się drzwi wagonu, a w szparze pojawiło się przystojne, aczkolwiek szorstkie oblicze strażnika pocztowego.


- Widzę, nie mamy kompletu na tym kursie… Jedno miejsce wolne… O, i to u boku olśniewająco pięknej damy! Pozwolą szanowni państwo, pozwoli pani, że przycupnę na chwilę, by się ochłodzić i zabawić rozmową – nie bacząc na aprobatę i nie czekając na odpowiedź, w jednym ruchu strażnik przeskoczył z siodła na stopień powozu, a w drugim już sadowił się na miejscówce po lewej ręce Charlotte, niezdarnie poprawiając dwa rewolwery leżące ciężko w kaburach, zwisających niechlujnie u pasa.

- Chyba nie masz pan za wiele roboty, szanowny Arsene Castain, bo wojsko pilnuje dziś poczty za pana…? – ni zapytał, ni stwierdził wyraźnie niezadowolony Boulot.

- Nie nooo…, trochę jest, panie dyrektorze… Tropy trzeba badać, na zwiad odjechać, sprawdzić: czy się jakieś pustynne szczepy, czy podejrzane typy nie kręcą przy szlaku. O, chociażby właśnie przed chwilą… Sierżanta legii sprowadziłem z trzema rekrutami do naszego konwoju, co ich wiódł do garnizonu In Salah, bo przy tak doborowej kompanii raźniej i bezpieczniej.

- Bogi nam pana tu ślą, drogi panie strażniku. Słyszałem, żeś się pan rodził w Luizjanie i chował pośród jankesów, i dobrze pan znasz ten barbarzyński język. Wybadaj, łaskawco, z kim mamy tutaj przyjemność dzielić kabinę wagonu, bo ten gość przy oknie nic a nic nie pojmuje z naszej mowy – twarz kapitana promieniała radością i psotą.

- Skro żeś się już pan tu posadowił, to może się na coś przydasz – wtórował Boulot.


Strażnik wymienił z nieznajomym kilka zdań. W miarę postępu konwersacji trzpiotowatość twarzy zawadiaki ustępowała miejsca wyrazowi podejrzliwości i skupienia. Wyraźnie coś sobie przypominał, wyraźnie kojarzył jakieś zdarzenia, jakieś twarze, a wszystko to z czasów, gdy hasał po preriach dalekiego, amerykańskiego zachodu. Zamilkli, a strażnik zwrócił się w kierunku pozostałych współtowarzyszy podróży:


- Nazywa się Edward Burton. To amerykański przemysłowiec. Zajmuje się naftą. Ma zbierać raporty badań ułożenia geologicznego tutejszych równin, które przypominają podobno pola naftowe Ameryki.

- Pysznie! Jeszcze trochę… i nam rozświecą ulice In Salah lampami, jak Nowy Jork – tryskał dowcipem kapitan.


Charlotte śmiała się nienaturalnie długo z dowcipu kapitana. Nie, żeby ją tak szczególnie rozbawił, ale by zyskać czas na ułożenie pewnych faktów w głowie i na refleksję. Który z tych samców najlepiej nada się na kochanka…? Na którego zarzucić sieć miłosnej intrygi: na przystojnego kapitana z dobrym herbem, na pulchnego bankiera pospolitego nazwiska, ale trzęsącego finansami połowy Algierii, czy na amerykańskiego przemysłowca, który ma pewnie więcej szybów naftowych, niźli włosów na głowie? A może posłuchać podszeptu serca i zabrać się od razu za oswajanie nieokrzesanego strażnika? Wprawdzie nie mogła zadecydować o dalszych swoich losach i losach swojej ofiary w przelocie tak krótkiej chwili, to jedno dobrze wiedziała, bo wypróbowała to dziesiątki razy – musi podsycić ich rządzę posiadania. To prosta sztuczka – powinna okazać więcej względów temu, którego najmniej obchodzi, a wtedy pozostali poszaleją z zazdrości. A osobą Charlotte wydawał się zupełnie niezainteresowany tylko jeden towarzysz podróży – Bastien Gustave…


- Chwaliłeś się panie Bastien, że zbierasz starożytności… Czy bagaż ten kryje może jakieś cenne znaleziska? – wycelowała smukły palec delikatnej dłoni w skórzany sakwojaż wsunięty głęboko pod siedzenie, strzeżony parą chudych i długich, jak pałąki, kończyn.

- Pani raczyła o coś mnie pytać…? – półprzytomna para oszklonych oczu ledwie co dźwignęła się sponad pożółkłej stronnicy.

- Raczyła, raczyła… Pani Charlotte pytała, czy jakie ciekawe starocie kryjesz pan w tym tobołku – ofuknął uczonego kapitan, zerkając wymownie na sakwojaż.

- No pokaż pan, co tam pan wozisz! Panią Charlotte wyraźnie zajmuje historia… – znowu wtórował kapitanowi wicedyrektor.


Z wyraźnym ociąganiem Bastien wysunął spod siedzenia i bez pośpiechu otworzył opasłą torbę. Jej przepastne wnętrze zdawało się nie mieć dna, a wypełnione po brzegi rozmaitymi szpargałami, bujało się w rytm biegu wagonu, niczym przeładowany galeon na fali oceanu. Przedmioty ruszyły w koło… Podróżni podawali sobie orientalne cacka z rąk do rąk, pieszcząc je, głaszcząc, pocmokując, dogadując i komentując. Bastien odbierał każdy z namaszczeniem i lokował starannie, na powrót w podróżnej torbie.


- A ta śliczna, kolorowa flasza…? Panie Bastien, proszę pokazać mi to cudeńko! Proszę, proszę, proszę…! – popiskiwała zachwycona Charlotte, klaszcząc szybciuteńko w delikatne dłonie.

- Jeżeli mówimy o tym unikacie, to zalecałbym wzmożoną ostrożność – uczony uchwycił butelkę w geście księdza wznoszącego do góry monstrancję.

- Nie potłukę, proszę się nie bać, proszę…

- Nie dokładnie chodzi mi o jej wartość materialną… Stary Arab, pierwotny właściciel przedmiotu, który był tak łaskaw odstąpić mi go za całkiem pokaźną kwotę, zapewniał, że flaszka jest więzieniem dżina. Kazał uważać na zatyczkę… Gdy ją wyjąć, dżin ucieknie, a w podzięce za wolność spełni życzenie wybawcy. Ale tylko jedno, więc decyzję o odkorkowaniu flaszy należy wcześniej dokładnie wyważyć.

- Więc jakie jest pana najskrytsze marzenie, drogi Bastien…? – Charlotte celebrowała wolniutko każde słowo, świdrując uwodzicielskim spojrzeniem głęboki błękit oczu wyraźnie zmieszanego naukowca.


W skrytości ducha Bastien marzył o Charlotte. Jego namiętność nie zrodziła się teraz pod wpływem tej chwili. Narodzona już dawno dojrzewała, a potem trawiła nieznośnie żywym ogniem udręczoną duszę. Zawsze była kochanką innego! Nigdy go nawet nie zauważyła w towarzystwie, jakby w ogóle nie istniał. Nie tylko na salonach, ale nawet w tym ciasnym wagonie dyliżansu, zdawała się go do pewnego czasu zupełnie nie dostrzegać, jak się nie widzi wdychanego i wydychanego powietrza. Kiedy usłyszał o opuszczeniu Paryża, natychmiast ruszył jej śladem. Przemierzał linie dyliżansów i szlaki karawan pomiędzy miastami Maghrebu, w nadziei trafienia ulotnego tropu. Jego archeologiczne pasje były ku temu znakomitym pretekstem. Teraz, w dziwny sposób, Charlotte go po raz pierwszy dostrzegła, a mało tego – zdawała obdarzać bliskimi względami. „Więc jakie jest pana najskrytsze marzenie, drogi Bastien…?” A takie, by tak już zostało – by został jej „drogi” na całe ich życie.


- I czego tak tulisz człeku tę nędzną butelczynę, podajże ją w końcu naszej pięknej damie – wyraźnie zniecierpliwiony strażnik wyszarpnął flaszę z rąk uczonego.

- Ostrożnie, błagam, ostrożnie… – zaniepokojony Bastien chwycił butelkę za koniec szyjki, gdyż resztę jej formy oplatały już wielkie, plebejskie łapska Castaina.


Zatyczka została pomiędzy jego długimi, chudymi palcami. Na chwilę zapadło milczenie. Niewidzialną mgłą, po całej kabinie, roztoczył się dziwny zapach. Każdy go poznał, każdy na swój sposób… Bastien czuł taką woń, gdy oglądał egipskie mumie. Charlotte pamiętała, że podobnie pachną niezbyt lubiane perfumy, schowane na dno szuflady, a wydobyte po latach. Wspomnienia kapitana powędrowały wprost do łoża służbowej garsoniery, z której rano dźwigała grzeszne ciało tania kochanka, wieczorem pachnąca bukietem wiosennych kwiatów, a rano – właśnie czymś takim. I chyba tylko Apollinaire Boulot dokładnie wiedział o co tu chodzi, gdyż swoją karierę w świecie finansów zaczynał jako obwoźny handlarz, wciskający naiwnym wieśniakom tanią pastę do butów, mazidła przeciwko łysieniu, nic nie warte leki i własnoręcznie podrabiane perfumy. Taką woń emanują utrwalacze zapachów, gdy zwietrzeją lekkie, przyjemne i powabne nuty.


- Ha, ha, ha… Toś pan zrobił interes życia…! Oszust wcisnął panu zużytą flaszkę po orientalnych wonnościach – Boulot huknął śmiechem prosto w twarz Bastiena.

- Ha, ha, ha… – wyrwało się z kilku gardeł obok.


Dalej wypadki pobiegły tak szybko, że da się je streścić zaledwie w kilku zdaniach… Wciąż ściskające butlę łapy Castaina uwięzły w bransoletach kajdanek. Przed nosem Charlotte błysnęła przez moment srebrzysta lufa rewolweru, zanim znalazła przystanek przy lewej skroni strażnika. Rękojeść broni tkwiła pewnie w sinej dłoni Edwarda Burtona. Kiedy kapitan rozpinał nerwowym ruchem kaburę pistoletu, lufa drugiego rewolweru Burtona oparła się mocno o środek jego czoła. Łamaną, aczkolwiek całkowicie zrozumiałą francuszczyzną wyjaśnił zgromadzonym samozwańczy przemysłowiec, że w rzeczywistości jest amerykańskim funkcjonariuszem Narodowej Agencji Detektywistycznej Pinkertona, zaś ten oto gagatek (tutaj skinienie głowy w kierunku Arsene Castain), to w rzeczywistości Basile Verges – przestępca ścigany w kilku stanach Ameryki za napady na banki, dyliżanse, wagony pocztowe, gwałty, mordy, strzelaniny i podobne rozboje. Dodał, że – jeżeli kapitan tylko poniecha próby wydobycia pistoletu i pozwoli mu w ten sposób uwolnić jedną rękę od ciężaru własnego rewolweru – natychmiast sięgnie do kieszeni kurty, by wylegitymować się stosowanymi dokumentami. Kapitan oczywiście pozwolił, przeczytał papiery (najbardziej interesowały go pełnomocnictwa konsulatu francuskiego), jako starszy rangą przywołał do wagonu porucznika dowodzącego eskortą żołnierzy, wyłożył sprawę, kazał rozbroić niedawnego jeszcze strażnika i – jako więźnia – przytroczyć mocno do konia. Na czas aresztowania dyliżans zatrzymano, a wszyscy pasażerowie, poza Bastienem i Charlotte, opuścili kabinę, by zaspokoić ciekawość (Burton uczynił to raczej z poczucia służbowego obowiązku). Nikt nie zauważył zrazu zgrai postaci odzianych w błękitne łachmany, dosiadających rosłych wielbłądów, celujących uniesionymi do oka flintami, zacieśniających coraz węższy krąg wokół dyliżansu i zgromadzonych przy nim gapiów i żołnierzy; wszystkich pochłonął widać bez reszty spektakl aresztowania. Kiedy ich zauważono, dało się dostrzec nerwowy ruch, usłyszeć szczęk przeładowywanej broni i pomruk zmieszania. Wtedy jednak natychmiast w ośmiu dłoniach całej czwórki – rzekomego sierżanta i trzech jego rzekomych rekrutów przywiedzionych przez Vergesa (wtedy jeszcze Castaina) do kompanii dla rzekomego ich bezpieczeństwa – błysnęły wielkie, sześciostrzałowe rewolwery systemu Colta. Przy takim usytuowaniu i takiej przewadze ognia, grożącej natychmiastową śmiercią z obwodu i centrum kręgu, nikt nie śmiał stawić czynnego oporu. Verges oznajmił raźnie i triumfalnie, że to jest właśnie napad, zaplanowany przez niego i jego wspólników do spółki z niebieskimi piratami pustyni – Tuaregami. Dodał do tego poważniejszym tonem, że – wprawdzie rabował w Ameryce banki i pocztę – to nikt z jego ręki nie zginął, a gębę mordercy i gwałciciela dorobiła mu prasa, wysługująca się opasłym krezusom trustów kolejowych. Teraz też nikt nie musi zginąć; po prostu: „przeładujemy pieniądze na wielbłądy i rozstaniemy się w przyjaźni ze wszystkimi”. I tak by pewnie pobiegły wypadki, gdyby nie strzały – ni stąd, ni zowąd – okrzyki: „Allah kehrim” („Bóg tak chce”), tętent setek rozszalałych kopyt, tuman siwego kurzu i chmura białych turbanów. Gdzieś pośród Tuaregów ukrywał się szpieg, a teraz jakiś szczep Beduinów przygnał w pogoni za łupem. Wypłoszone konie szarpnęły gwałtownie powozem, nim ktoś o przytomnym umyśle przeciął im uprząż, by swobodnie pognały w step. Charlotte uderzyła głową o mosiężną klamkę drzwiczek i osunęła się wprost pod nogi Bastiena. Legła, niemal dotykając zgrabnym noskiem podróżnej torby, znajdując na linii wzroku przymocowaną do rączki plakietkę z nazwiskiem właściciela… „Bastien Gustave de Batz-Castelmore” – tyle zdążyła przeczytać, a pomyśleć, że „Gustave” to tylko drugie imię ekscentrycznego arystokraty z możnego rodu, bo potem – zdaje się – straciła na chwilę przytomność. Nie była świadomym świadkiem kolejnych wydarzeń, w których to Tuaregowie posadzili swoje wielbłądy wokół dyliżansu, Verges poprosił Burtona o uwolnienie rąk i oddanie pasa z rewolwerami, agent świadomy sytuacji i konieczności współpracy przychylił się do tej prośby, i kiedy to wszyscy – niedawni jeszcze wrogowie – ramię w ramię przystąpili do obrony wspólnej sprawy. Gdy po kilku minutach opadł kurz i dym bitewny, na nogach stały tylko dwie postacie – Verges i Burton. Tak obraz ten zapamiętał Bastien, kiedy ucichły strzały i odważył się unieść głowę tylko nieco ponad obramowanie okna podziurawionych drzwiczek. Dziesiątki innych ciał – czy to w mundurach, surdutach, błękitnych, czy białych zwojach – leżały bezwładnie wokół, zdając się być pozbawione ducha. Na przykład ten śmieszny grubasek, wicedyrektor Boulot, pozostał śmiesznym grubaskiem, tyle że z małym otworem w wysokim czole, jakieś dwa cale powyżej linii oczu. Ucichł kwik koni i ryk wielbłądów. Stojący w pewnym oddaleniu od siebie mężczyźni mierzyli się wzrokiem przez chwilę, nim rewolwery uniosły się w górę i niemal jednocześnie splunęły ołowiem. Nim przebrzmiał huk zlanych w jeden głos wystrzałów, obaj dotknęli plecami kęp wypalonej słońcem i zdeptanej wojskowymi butami trawy. Bastien poklepywał delikatnie twarz Charlotte i rosił jej usta kroplami lanej z manierki wody. Gdy pojął, że wraca do zmysłów, ostrożnie uchylił drzwiczki wagonu i niepewnie opuścił powóz. Przytknął ucho do piersi leżącego najbliżej Burtona, a kiedy nie usłyszał bicia serca, chyba instynktownie ujął w rękę leżący opodal rewolwer. Takiego zobaczyła go właśnie Charlotte – ze skrwawioną twarzą (to krew agenta, cieknąca obficie z piersi przeszytej kulą) i dymiącym coltem w dłoni…


- Dałeś im wszystkim nauczkę… Obroniłeś swoją małą Charlotte, mój bohaterze – szeptała półprzytomna dziewczyna, wtulona w poplamiony surdut, oblekający nędzną posturę Bastiena.

- Jaaa… – słowa uwięzły mu w gardle, w porę by pojąć, że nie warto zaprzeczać.


W oddali zabrzmiała trąbka, a na horyzoncie pojawił się sznurek mundurów na koniach – oddział wysłany z In Salah w celu przejęcia pieczy nad cenną przesyłką. Dowodzący porucznik, widząc pobojowisko, zrozumiał, że przybył nie w porę. Pokrzepił go widok nietkniętych pieniędzy i pary kochanków splecionych w miłosnym uścisku; przynajmniej ci ocaleli! Dziwił tylko ten duszny zapach, jakby zwietrzałej perfumy, dominujący nad odorem krwi bitewnego pola. O, i chyba hieny zwęszyły upiorny posiłek, bo gdzieś z bliżej nieokreślonego kierunku dobiegał jakby zdławiony śmiech, ginący wolno za najdalszymi wzniesieniami pustkowia.



ambroziak

  • Gość
Re: DŻIN
« Odpowiedź #1 dnia: Maj 22, 2014, 03:41:27 pm »
To opowiadanie inspirowane jest nowelami Karola Maya z tomu "Pustynia zagłady".


barabasz

  • Gość
Odp: DŻIN
« Odpowiedź #2 dnia: Październik 29, 2014, 08:43:44 am »
To opowiadanie króluje. To tak w moim odczuciu. Zręcznie skonstruowana akcja w kameralnej scenografii. Widziałem jakieś usterki w zapisie dialogów. Wywaliłbym też trochę przymiotników i znaków interpunkcyjnych. Ogólnie OK. Dałeś radę.

ambroziak

  • Gość
Odp: DŻIN
« Odpowiedź #3 dnia: Październik 29, 2014, 04:40:16 pm »
Masz podobne przemyślenia co do tego opowiadania, jak moderatorka z forum Nowej Fantastyki. W wolnej chwili wrzucę tutaj jej komentarz. 

barabasz

  • Gość
Odp: DŻIN
« Odpowiedź #4 dnia: Październik 30, 2014, 07:09:53 am »
Wydaje mi się, że czytałem te komentarze. To w tym Twoim wątku na forum Vattua'akki?

ambroziak

  • Gość
Odp: DŻIN
« Odpowiedź #5 dnia: Październik 30, 2014, 04:43:31 pm »
Dokładnie.

xyz111

  • Gość
Odp: DŻIN
« Odpowiedź #6 dnia: Listopad 11, 2014, 08:46:16 am »
O, widzę i tutaj klimaty westernowe. To przecież taki western, tyle że w saharyjskiej scenerii. Dwóch bohaterów przywiało tu zresztą wprost z Dzikiego Zachodu. To lubię. To mi się podoba!

ambroziak

  • Gość
Odp: DŻIN
« Odpowiedź #7 dnia: Listopad 11, 2014, 07:26:44 pm »
Widzisz, że i ja lubię westerny. Wkrótce będzie więcej.