Autor Wątek: Vattua’akki  (Przeczytany 5893 razy)

admin

  • Administrator
  • Newbie
  • *****
  • Wiadomości: 13
Vattua’akki
« dnia: Maj 19, 2014, 12:49:15 pm »

Autor: Sławomir Ambroziak


Ilekroć zostawiał za plecami próg tego domu, nie mógł odeprzeć wrażenia, że skrywa się gdzieś tutaj niepokój. Wnętrze takie poukładane i melancholijne, budujące cienisty azyl dla szukającego wytchnienia od kapiącego z nieba żaru południa. Skryty pod rozłożystymi koronami wiecznie kwitnących drzew, wpuszczający jedynie wąskie smugi słonecznej poświaty poprzez tafle skrzących szkłem okien. Mahoniowe i hebanowe meble i mebelki w orientalnym stylu, owe szafy i szafeczki, stoły i stoliki, etażerki, biurka i sekretarzyki, trzcinowe fotele, krzesła i taborki – cały ten drogi i gustowny inwentarz, zajmujący gruntownie przemyślane lokalizacje – czy to w szeroko eksponowanych miejscach holi i salonów, czy też w rozmaitych wnękach, kątach, zakamarkach. I ta osłonięta od słońca i wiatru palmami i pnączami weranda, strzelająca w górę grubymi słupami wprost ze złocistego piasku plaży, rozciągająca przed sobą kojącą panoramę na bezkresne przestworze turkusowej laguny. Mieszkańcy domu też zdawali się tworzyć znakomity zespół, grający perfekcyjnie na idealnie nastrojonej harmonii barw i kształtów. Gospodarz, szanowna małżonka i dorosła latorośl płci pięknej – wzór rodzinnego szczęścia i spokoju – i posłuszna ciżba pokojowej służby, niby wszechobecna, przemykająca wszak niemal niepostrzeżenie – zawsze cicho i zwiewnie.


Kiedy zawitał tu pierwszy raz…? Pięć, sześć lat temu…? Jakoś tak; coś koło tego… Dzisiaj nie sprowadzały go ni interesy, ni kurtuazja, ni towarzyska rozrywka. Pierwsza wizyta w tym domu, a w zasadzie niemal najście, nie targała Mike’a takim dreszczem emocji, jak dzisiejsze zadanie. Wtedy sprawa była pozornie skomplikowana, a zadanie niemal niewykonalne, czyli takie, jakie uwielbiał i jakich się podejmował z zapałem tresera nurzającego łeb w lwiej paszczy. Dzisiaj wszystko wyglądało prosto – zbyt prosto! Przyszedł prosić gospodarza o rękę jego córki – ślepo w nim rozkochanej, z wzajemnością – zresztą. Po co stary Simon Bailey miałby odmawiać…? Nic mu tak nie leżało na sercu, jak szczęście Stephanie, a gdy jeszcze połączą swoje przedsiębiorstwa w jedną kompanię – zawłaszczą cały przemysł połowu pereł na tym spłachetku południowego Pacyfiku. Ale ten dziwny niepokój – ten nieartykułowany – taki nieracjonalny, nienamacalny, gdzieś przyczajony… Nie lęk…! Lęk znał dobrze… Bał się często w życiu – czy to wskakując na grzbiet dzikiego mustanga, czy otoczony zgrają zbrojnych w maczugi Kanaków, czy to pod salwą pirackich fuzji. Lęk dodaje siły i mobilizuje, a ten niepokój… – ten… obezwładniał…


- Co twoja napić…? – wcześniej, niż bełkot wydętych warg otoczonych owalem karmelowego oblicza, uszy Mike’a ukuł dźwięk pobrzękujących karafek i szklanek.

- A Mister Simon …? – zbity wzrok chłopca zdawał się błagać nieśmiało o odpowiedź.

- Zajęta mnóstwo dużo. Prosić Pana Mike’a czekać mała chwila. Korespondencja mnóstwo dużo, mnóstwo szybko… – szpakowaty Kanak postawił srebrną tackę na hebanowym stoliku, zatoczył pół kręgu muskularnym tułowiem i poszybował z powrotem tak samo bezszelestnie, jak się pojawił, znikając w czeluści ciemnego korytarza.


Gdyby Mike’a nie pochłonęła od razu i bez reszty czynność napełniania szklaneczki absyntem, dostrzegłby pewnie kontrastującą z mrokiem korytarza parę białek wlepionych w niego z szacunkiem i podziwem oczu. Stary sługa nie potrafił kryć przed własną duszą sympatii i nostalgii: „Młody Pan Mike – taki odważny i hardy! Nie boi się nikogo i niczego, przed nikim nie gnie karku. Zupełnie inny niż mój syn. Zawsze powtarzałem synkowi, żeby był cichy i usłużny dla białych, a daleko zajdzie. Miałem rację… Teraz patrzę z dumą, jak kieruje portowym magazynem Pana Simona – posłusznie i skrupulatnie. A jednak brakuje mi trochę w nim tego hartu. I ja go miałem w młodości, ścinając głowy białych i zdobiąc nimi drzwi chaty. A Pan Mike…? Pamiętam, jak się postawił Panu Foxowi – pierwszemu oficerowi z Beauty… Na jakimś przyjęciu o coś się posprzeczali… Fox trzepnął Mike’a otwartą dłonią po twarzy – krzycząc, że żąda satysfakcji, a ten – jako wyzwany – ma prawo wybrać broń, miejsce i czas pojedynku. Pięść Pana Mike’a natychmiast wylądowała na szczęce Foxa – zatoczył ze dwa fikołki po podłodze, zanim roztrzaskał kantoński parawan. Nim zemdlał, usłyszał jeszcze głos Mike’a, dobiegający niczym z długiego tunelu, a wyjaśniający, że właśnie wybrał – i broń, i czas, i miejsce – pięści…, teraz i tutaj! Fox dochodził do przytomności bodaj ze dwie godziny…”.


Jeszcze jedna para oczu dokonywała dokładnych oględzin Mike’a… Bailey już dawno opieczętował korespondencję, a teraz zerkał spoza ażurowego przepierzenia, oddzielającego gabinet od salonu. Znał go już tyle lat, w międzyczasie „zrobił z niego człowieka”, ale dotąd nie analizował jego osoby pod kątem kandydata na zięcia. Pośród czeladzi plotki szybują lotem gołębicy, więc powód dzisiejszej wizyty Mike’a poznał już tydzień wcześniej. Wspominał, jak chłopak zjawił się tutaj po raz pierwszy… Licytacja dobiegała właściwie końca, gdy przemoczony Mike stanął niczym zjawa w drzwiach rozwartych szerokim gestem, które zatrzasnął za nim podmuch tajfunu, zahaczającego ogonem o atol. Szkunery kupieckie od kilku dni kotwiczyły w zaciszu laguny, a ten wprowadza w nią swój bryg w ostatniej chwili, w taką pogodę…! „Lądujesz pan trochę poniewczasie! Już prawie wszystko pod młotkiem” – ryczy chytrus Van Dick, przekrzykując wściekłe wycie wiatru. A Mike mu na to: „Najlepsze perły idą pod młotek ostatnie”. Tych najcenniejszych i tak Bailey nie wystawiał na licytację, tylko indywidualnie negocjował ceny w gabinecie z najpoważniejszymi kupcami. Gwiazdą wieczoru była Smutna Dama – czarna perła wielkości dojrzałej mirabelki, wyłowiona gdzieś u brzegów Malaity. Van Dick był gotów dać za nią czterdzieści tysięcy. Mike wyciągnął skórzane, wodoszczelne etui z kieszeni na piersi mokrego sztormiaka, rzucił na stół dwadzieścia pięć tysięcy, przytknął palec wskazujący do lustrzanego owalu Smutnej Damy i wycedził spokojnym, zdecydowanym tonem: „Mam – tyle…; przypłynąłem – po to…” Dlaczego dobił targu…? Poznał w nim kogoś – kogo kochał przed laty, czcił i podziwiał.


Absynt budzi wspomnienia, rozpala wyobraźnię… Każdy łyk gorzkiego płynu, malującego zielonkawą poświatę na dnie szklanki, stawiał przed oczami Mike’a kolejne etapy podróży do tego miejsca i czasu, niczym dobre wróżby znajdujące magiczną iluzję we wnętrzu kryształowej kuli… Pierwsza przygoda z morzem: bezkresny bezmiar błękitu, przedzielonego cienką kreską, gdzie woda styka się z niebem. Miał wtedy dziesięć lat; przygnali z ojcem konie na targ w Los Angeles. Na samym wierzchu skrzyni z zakupami, wypełnionej po brzegi gospodarskim inwentarzem, lalkami i szmatkami dla matki i siostrzyczek, książka o morzu, a na jej żółtawych stronicach – malowane żywymi kolorami wielomasztowce, bitwy morskie, spienione fale przypływów, wyspy usiane palmami i stadami półnagich dzikusów. Szesnasta wiosna życia – ostatni akapit listu pisanego do rodziców w środku nocy przy dogasającej świecy: „…dosyć mam wąchania wolich tyłków, chcę odetchnąć słoną bryzą morza”. Szaber ostryg na zatoce San Francisco i wyścigi łajbami po najlepsze miejsca na targowisku w Oakland. Kariera ostrygowego pirata, pełna walk na noże, strzelanin rewolwerowych, policyjnych zasadzek, ucieczek i pogoni – pierwszy własny bryg, pierwsza kobieta, pierwszy prawdziwy przyjaciel. To właśnie Franc Wielkolud opowiadał, że ostrygi z wysp południowych skrywają w muszlach klejnoty – wiedział, bo łowił je tam z tubylcami. Od tej nocnej gawędy przy bimbrze i opium – perły zawładnęły całym jestestwem Mike’a. Stronił od pijatyk i hulanek; składał każdy grosz… Miano Króla Ostrygowych Piratów było grubo poniżej jego ambicji; Perłowy Król Pacyfiku – to brzmiało o wiele lepiej. Po czym poznawać wartości pereł (?) – tego nauczył go stary warszawski jubiler, żyd, praktykujący teraz profesję w bogatej dzielnicy San Francisco. Dlaczego właściwie zaufał młokosowi i wyasygnował piętnaście tysięcy zaliczki na zwariowaną eskapadę po perły (…?) – Mike tego do dziś nie zrozumiał…


Nadszedł czas, by stanąć z zięciem twarzą w twarz. Bailey ciężko dźwigał zadek z fotela i wolno sunął ku drzwiom gabinetu… Wielu uważało, że winien był znienawidzić Mike’a… Chłopak zainwestował pieniądze z pierwszej transakcji w lepszą łajbę, powrócił na południowy Pacyfik i skupował po atolach perły dla Baileya. Towar pierwszej klasy! Chyba siódmy zmysł mu podpowiadał – gdzie ma się znaleźć, a tam – gdzie się znalazł, zawsze był pierwszy. I za nic miał sobie konkurentów, piratów czy Kanaków. Nie trwało to długo… Szybko wykoncypował, że nie potrzebuje w zasadzie pośrednictwa, a jego perły licytowano po giełdach Kupangu, Hongkongu i Makau. Mike wyrósł na poważnego konkurenta Baileya! Czy jednak tak doświadczony faktor, jak Simon Bailey, nie przewidywał podobnego obrotu wypadków…? Sam przecież to wszystko zaaranżował – oddając za pół ceny wartościowe cacko. Trzeba spłacać długi, zaciągnięte u Matki Natury…


- Witaj Szanowny Młodzieńcze – w komunikacji z Mike’m Bailey notorycznie używał protekcyjnego zwrotu: „Szanowny Młodzieńcze”. – Coś taki spięty, jak oficerskie pagony? Wypuść trochę pary z kotła! Wiem, wiem, wiem… Wiem, co cię tu dzisiaj sprowadza. Papugi skrzeczą o tym od tygodnia.

- Ja i Stephanie…

- …kochacie się podobno i poważnie myślicie o ożenku – stary przerwał chłopakowi trochę niegrzecznie. – Miłość – miłością, interesy – interesami, a życie – życiem. Życie pisuje czasami takie powieści, że trudno uwierzyć. Zgadzam się…

- Zgadza się Pan…! – twarz Mike’a pojaśniała uczuciem ulgi, jakby spadł mu z grzbietu jakiś ciężki pakunek.

- Generalnie tak, ale musisz w tej chwili odsłuchać jedną z owych niewiarygodnych powieści, a nie gwarantuję, że jej pointa przypadnie ci do gustu. Musisz jednak poznać całą prawdę, jakkolwiek byłaby ona nieprzystojna, nim wsuniesz obrączkę na palec mojego kwiatuszka i zanim obejmiesz całą schedę po mnie…


Czerwona kula słońca spadała wolno na linię horyzontu, zwiewny muślin wieczornej bryzy muskał delikatnie rozpłomienione twarze biesiadników, pogwizdując cicho pomiędzy talerzami przekąsek, koszami owoców i butelkami wyszukanych napitków. Z salonu dobiegało senne łkanie strun harfy, ożywianych wprawnymi ruchami smukłych paluszków Stephanie.


- Od czego by zacząć…? – zniżony do szeptu głos Baileya zabrzmiał niemal obrazoburczo pośród harmonii wieczoru.

- Od początku…! Najlepiej od początku, Mój Drogi… – pani Bailey tytułowała męża: „Mój Drogi”, podczas gdy stary nigdy nie nazywał jej inaczej, jak tylko „Księżniczką”. Podobno była autentyczną księżniczką jakiegoś atolu, mieszanej krwi – francusko-polinezyjskiej. W przystojnej jej twarzy i pięknym obliczu Stephanie malowały się zresztą dostojne rysy pacyficznych przodków. Ta tytulatura wydawała się obowiązującą przy obcych. Kiedyś przy obiedzie, co Mike zapamiętał, gospodyni zwróciła się do męża per „Słodki Chłopcze” czy jakoś podobnie… Zwykle ciepła twarz Baileya (przynajmniej w bliskim gronie) przyjęła wyraz zasadniczy, a Księżniczka od razu odczytała w niej dezaprobatę dla poufałości rodem z małżeńskiej alkowy.

- Może, faktycznie, od początku… – Mike wtórował nieśmiało Pani Domu, odkładając dymiące cygaro na rant popielniczki. Ilekroć to czynił, ilekroć tu bywał, zastanawiał go zawsze ten kunsztowny bibelot. Podstawę popielnicy tworzyła platerowana srebrem ludzka czaszka, z nozdrzami i oczodołami pokrytymi macicą perłową, a czerep wieńczyła misa z gładko polerowanego jadeitu. Nie zdziwiłby się, gdyby czaszka była prawdziwa, znając zamiłowanie gospodarza do miejscowych trofeów.


Zorza zmierzchu przechodziła płynnie w mrok mocy, werandę rozświetliły ognie naftowych lamp, Bailey posuwał wolnymi krokami do przodu swoją historię:


- Kiedy gruchnęła wieść o złocie Queenslandu – moja placówka pocztowa opustoszała doszczętnie. Sam też spakowałem graty i ruszyłem śladami innych. Dużo pracy – mało zysku, jak to u kopaczy… Niektórym się szczęściło, ale tylko wyjątkom. Na złotonośne pola codziennie przybywały setki nowych i nikt nie zwracał na to uwagi. Każdy jednak zapamiętał tę dwójkę: On – na smukłym siwku, Ona – na ciężkim gniadoszu. Chłopak, jakby zdjąć skórę z Ciebie – Mike’u: blond włosy, niebieskie oczy, wyraźne rysy, twarda szczęka, postura zdradzająca kłęby mięśni zakryte flanelą koszuli. Przy pasie – dwa colty czy remingtony (nigdy nie miałem nabożeństwa do broni palnej). Dziewczyna – nieziemskiej urody… Rysy pełne szlachetności białych kobiet, z drobnymi jedynie akcentami, wskazującymi domieszkę krwi boginek antypodów. Zawsze czysty i schludny (doprawdy, nie wiem, jak on to robił), wyglądał na tle wiecznie umorusanych kopaczy jak choinkowy cukierek rzucony świniom w pomyje na wierzch koryta. Wkrótce już nikt nie wołał za nim inaczej, jak tylko: Candy Kid (Cukierkowy Dzieciak). Gadali, że to jakiś amerykański desperado i filibuster. Ostatnio grasował po morzach południowych. Tam rozkochał w sobie dziewczynę i porwał na poniewierkę z rodzinnej wyspy. Na złotonośnych polach zarejestrował jakieś działki, ale nikt go nigdy przy robocie nie widział. Zamiast grzebać w dole, ciągle przestawiał paliki, jedne działki sprzedawał, inne kupował, zakładał jakieś spółki wydobywcze, kompanie górnicze, żonglował gruntami i pieniędzmi – ni rąk nie brudząc przy tym, ni odzienia. Szybko się znudził Australią; zwerbował kilkunastu naiwniaków, wyłudził pieniądze – wszedł z nimi w spółkę dla eksploracji złota Timoru. Dziwnym trafem i ja znalazłem się pośród owej kompanii. Wprawdzie mój dół nie sypał szczodrze złotem, ale nie był to główny powód, dla którego dałem się uwieść tkliwej historii Kida o starej mapie złotonośnych stoków Timoru, wygranej ponoć w karty od pijanego Portugalczyka, i zainwestowałem ostatnie ziarenka kruszcu w śmierdzący na milę interes. Jak magnez – ciągnęła mnie egzotyczna piękność, od której nie mogłem i myśli uwolnić, i oderwać wzroku. Kupiwszy rozpadający się, na wpół utopiony bryg, odbiliśmy ku brzegom Timoru. Portugalczycy nie znaleźli tam swego czasu zbyt wiele złota, zaniechali więc poszukiwań i wzięli się za hodowlę koni. „Może jednak któryś natknął się na obfitszą rudę, skreślił plan, zostawił go spadkobiercy, a ten zastawił w karcianej partii u Kida …?” – kombinowałem, szukając usprawiedliwień dla własnej głupoty. Na wyspie nabyliśmy prowiant i konie – zwierzęta pod siodła i juki. Poznawszy się na moich buchalteryjnych talentach, Candy powierzył mi szczytne stanowisko skarbnika spółki. Coś zamataczył, kogoś przekupił, i już roześmiany wymachiwał oficjalnym zezwoleniem na prace górnicze. Potrzebowaliśmy jeszcze miejscowego przewodnika, który powiódłby nasz odział wzdłuż azymutu wskazanego na mapie. W kasie spółki widziałem już prawie dno. Candy wytrzasnął jakiegoś topasa (wyspiarskiego kreola – z matki Malajki i ojca Portugalczyka), który mu wielce przypadł do gustu. Chłop zawadiacko dosiadał ogiera i widać było, że zna zakątki wyspy, jak własne juki. W noc przed wyprawą wpadł jakiś miejscowy z propozycją przewodzenia za jedną czwartą ceny. W jaki sposób decyzje jednej chwili ważą na losach całego życia – przekonałem się właśnie tej nocy… Namówiłem Kida do zmiany przewodnika, pokazując gołe dno kasy. Niemile zaskoczyło nas przebudzenie drugiego ranka na trasie… Zniknęły juczne konie i cały dobytek! Wtedy pojawił się odprawiony topas. Tropił eskapadę – domyślał się, że możemy żałować mylnej decyzji. Było jasne – dzikus zaniżył cenę, by się nas tylko uczepić, a podążający jego śladem współplemieńcy czekali pierwszej sposobności… Zna tych nygusów – nadbrzeżne plemię, żyjące niby z połowu ryb, dorabiające rabunkiem zwierząt. Często tu giną woły i konie… Poprowadzi ich tropem, odzyskamy zrabowany dobytek. „Nie pamiętają, widać, gniewu białego człowieka…!” – grzmiał Candy. Na wioskę spadliśmy w pełnym galopie – jak burza. Dziewczyna została na pobliskim wzgórzu, a ja – przy niej – dla ochrony. Znakomite miejsce do obserwacji… Widziałem w szkiełku lunety, jak nasi chłopcy wyłapują konie z corralu, przeczesują szałasy w poszukiwaniu juków, a topas wywleka wodza – niedawnego przewodnika – na centralny placyk wioski. Jakieś zamieszanie: w ruch idzie jakaś dzida, w ręku Kida błyska rewolwer, lufa pluje ogniem, wódz pada na ziemię. Ogólny lament: jakiś inny tubylec, wrzeszcząc w bólu rozpaczy, przywiera do ciała konającego z opętańczym szlochem. Chłopcy zbierają manatki i pod osłoną wycelowanych luf odjeżdżają w kierunku naszego wzgórza – koniec dramatu! Do miejsca oznaczonego na mapie krzyżykiem – topas prowadzi nas bez większej przeszkody. Już pierwsze płukanie pokazuje, że jest coś w tym gadaniu o złocie… Przekopywany stok odkrywa bogaty pokład; kopacze biorą się raźno do roboty. Topas wypasa konie, dziewczyna gotuje, Kid dogląda postępu robót, a ja ważę każdą uncję i spisuję urobek w księdze rachunkowej. Mieliśmy sporo czasu, aby się lepiej poznać. Candy opowiadał o swoim dzieciństwie i beztroskiej młodości, spędzonej na farmie ojca – hen, pośród malowanych łąk Kalifornii, byków, koni i meksykańskich vaqueros. To stąd zna tak dobrze hiszpański i bez większego problemu porozumiewa się po portugalsku z tutejszymi wyspiarzami. Wszystkie jego szwindle i występki, znane po miasteczkach Ameryki i wyspach Pacyfiku, które on uważał za zabawne, najpierw zniesmaczyły, by potem wprawić w podziw – mnie – statecznego kasjera pocztowego. Ten miesiąc wspólnego bytowania bardzo zbliżył do siebie całą naszą trójkę – mnie, Kida i dziewczynę. Tylko miesiąc… Pokład wyczerpał się nagle – jak nożem uciął, jakby jakie czary…! Próbki z innych miejsc nie dawały niczego wartego wbicia szpadla. Spakowaliśmy manatki, upchnęliśmy w juki worki ze złotym piaskiem. Nie było co utyskiwać: zwróciły się koszty inwestycji, a i na otarcie łez wyrobił się pewien naddatek. Do porannego wymarszu nie stawił się Lary Knife. Ktoś widział, że wstał w nocy za potrzebą… Jego ciało znaleźliśmy w krzakach opodal – bez głowy. „Łowcy głów nas wypatrzyli” – zawyrokował topas. Miał poprowadzić na powrót inną drogą, zmniejszając prawdopodobieństwo spotkania z tymi niemiłymi typami. Drugiego dnia zatrzymał nas holenderski patrol – biały oficer na koniu i kilku pieszych krajowców z fuzjami. Kid zatrzepotał beztrosko papierami, ale drań orzekł, że to zezwolenia portugalskie, zaś ziemia już holenderska, więc rekwiruje cały urobek. Nie trzeba było żadnej komendy – nasze lufy wycelowały w głowy tej, pożal się Boże, zbieraniny przedstawicieli prawa. Pod groźbą ognia odeszli, ale gdy tylko ruszyliśmy dalej, posypał się grad kul z najbliższego pagórka. Tubylcy na szczęście słabo mierzą, ale i tak kilku naszych zwaliło się z koni. Odpowiedzieliśmy salwą: jakiś krzyk, bieganina i… cisza. Pogrzebaliśmy zabitych i ruszyliśmy dalej… Następnego dnia – lawina zatrutych strzał… Znowu salwa w krzaki… Znowu krzyk i cisza. Kolejni martwi – do piachu. Garstka nas tylko została, ale do wybrzeża – coraz bliżej. Wtem wypada galopem banda buszrandżerów – w chustach na twarzach. Otaczają kolumnę – liczniejsi i uzbrojeni po zęby. Mówią po angielsku… Każą oddać juczne zwierzęta i znikają pośród wysokiej trawy. O tej wyprawie huczał cały Queensland; widać – ktoś ruszył naszym śladem… „Fatum jakie, czy co…, zaraza …?” – przeklinał na czym stoi Candy. „Vattua’akki, vattua’akki…” – cedził tajemniczo topas. Słuchaliśmy dalej, a ciarki biegały po plecach… „Obejmujesz ciało konającego i szepczesz do ucha: vattua’akki (stańmy się jednym). Oddzielasz głowę od tułowia i chowasz w ziemi; na trzy dni – by zmarły rozmówił się w piekle, że pozostaje na górze. Gotujesz czerep w kotle – ogryzasz kości i wysysasz przez nozdrza mózg. Zatykasz skrzętnie wszystkie otwory. W razie potrzeby – jeden otwierasz i dmuchasz. Wieszasz gdzieś czaszkę wysoko, by miała widok na okolicę. Ta jest teraz portem duszy i – mocą ducha zmarłego – wykonuje twoje rozkazy. Po wykonaniu zadania – zdejmujesz łeb, wciągasz powietrze i zatykasz dziurę. By odwrócić zły los, trzeba zabrać czaszkę, pozbawiając demona przystani…” I tym razem oglądałem wszystko ze wzgórza, dzierżąc pieczę nad białogłową… Czaszka wisiała na słupie, na środku wioskowego placyku. Nasi wpadli w zasadzkę – wszyscy legli pod gradem zatrutych strzał. Plując wściekle z obydwu luf – Kid przerwał linię okrążenia, pierwszy dopadł wzgórza, a topas galopował tuż za nim. Candy spadł z siodła u naszych stóp, unosząc dumnie ku górze wyprostowaną rękę, oplatającą kostniejącymi palcami bielącą się czaszkę. Z karku sterczał drzewiec złamanej strzały, a jad – widać – buzował już w żyłach. Dziewczyna przywarła do jego piersi. Odsunął ją delikatnie i dał wzrokiem znak, abym się zbliżył… „Teraz on się tobą zaopiekuje” – ledwie co słyszeliśmy gasnący szept chłopaka. „Pójdę wszędzie tam, gdzie ty” – ślicznotka przycisnęła ostrze myśliwskiego noża do rozkosznej bruzdy, rozdzielającej dwie, krągłe i jędrne, jak kokosy, piersi. „Nie trzeba…!” – Candy ucapił mnie konwulsyjnie za szyję, przyciskając mocno ostatnim zrywem sił do szerokiego torsu. „Vattua’akki, vattua’akki… Powtarzaj, Simon, powtarzaj, na Boga…” – słaby, ale władczy głos nie pozostawiał prawa wyboru… „Vattua’akki, vattua’akki…!” – opętańczo krzyczałem przez łzy, tuląc ciało gasnącego kamrata.”


Unosząc zwitek tlącego się cygara z rantu popielnicy, ręka Mike’a drżała, jakby przyszło jej dźwignąć długi drzewiec bomu. Macica perłowa, zatykająca czeluści oczodołów, odbijała skaczące ognie naftowych lamp, a te same ognie malowały dziwnie tajemne cienie na twarzach dwójki żywych bohaterów dramatu – gospodarza i gospodyni. Teraz sobie przypomniał: „Cukierkowy Dzieciaku”, a nie – „Słodki Chłopcze” – tak wtedy Księżniczka przezwała małżonka. Odruchowo wtulił się głębiej w oparcie trzcinowego fotela, co niewiele pomogło, bo mebel stał na biegunach.


- Odkąd zdobyłem czaszkę – kończył Bailey – zła karta się odwróciła… Topas zaoferował, że za trzecią część udziału odzyska nasze złoto. Skrzyknął kilku podobnych sobie, zaskoczyli gdzieś buszrandżerów i roznieśli na pikach od poganiania bydła, nim który zdążył wyszarpnąć rewolwer. Poczciwiec – sobie zostawił dokładnie tyle, na ile się umówił. Dwie trzecie udziału – moja i Księżniczki – starczyły, by rozkręcić perłowy interes…


- Pana Mike’a mnóstwo dużo dzielna, mnóstwo dużo… – zagaił melancholijnie siwy Kanak, otrzepując pierzastą miotełką kurze z bibelotów. Mike od kilku już lat rozpierał się dumnie w skórze męża Stephanie i wspólnika Baileya, a teraz dopijał samotnie poranną kawę w pustym zwykle o tej porze salonie. – Pana Mike’a nie przerazić głowa, jak inna narzeczona Młoda Pani, co im Pana Simona opowiadać ta historia.

- Inni też prosili o rękę Stephanie…? Stary im też to opowiadał…? Dlaczego nic nie słychać po portowych tawernach, przecież wyspy żyją takimi plotkami…?

- Inna się bać mnóstwo za dużo, że Pana Simona nadmuchać głowa…!



Zkserowany Wariat

  • Gość
Odp: Vattua’akki
« Odpowiedź #1 dnia: Czerwiec 08, 2014, 03:39:46 pm »
Autor opowieści bardzo zgrabnie żongluje nawet najbardziej wybrednymi myślami czytelników .
Myśli które wcześniej były na pogadankach o tyłku Moniki, na siłowni w której to czuć mieszanine różnych smrodów obywateli i tak dalej - teraz tak jakby są w jednolitej całości .
Mało tego czytelnik skupia uwagę na takich rzeczach jak strach, głęboka jak studzienka wyobraźnia członków opowieści, nie pozwalając jednak wyjść poza aurę opowiadania, która w moim odczuciu buduje klimat dopiero po środku (w pierwszych zdaniach jest coś sentymentalnego, chociażby w zwrocie - "Mahoniowe i hebanowe meble i mebelki w orientalnym stylu" .
Przypuszczam, że autor Sławomir Ambroziak pisząc to krótkie opowiadanie był myślami razem z bohaterem, odciął się od zalewającego zła na rzecz czytelników, którymi zgrabnie manipuluje i pieczołowicie układa do pionu szczególnie na końcu powieści, gdzie autor buduje już nie tylko czystą fantastykę, ale krasi ją także sensacyjnymi elementami .

Podsumowując - lektura niebywale trudna, łącząca więcej gatunków . To lektura dla wszystkich tych, którzy chcą poczuć aby ich mózg był jak na solidnych dawkach substancji pobudzających lub ziołowych, a przecież o to nam wszystkim chodzi, gdy siedzimy na bujanym krzesełku z książka lub słuchając audiobooka , prawda ??

----Zkserowany Wariat aka HeteroBolik

Ode mnie 9 na 10 .   

ambroziak

  • Gość
Odp: Vattua’akki
« Odpowiedź #2 dnia: Czerwiec 08, 2014, 07:35:57 pm »
Bolic, od razu poznałem twój styl. Dziękuję za poświęcony czas! Masz rację, że akcja zagęszcza się dopiero w drugiej połowie opowiadania. Nie wiem, czy czytałeś to opowiadanie, jak było drukowane w Perfect Body. Ale właśnie do tego zmierzam... Redakcja przeznaczyła na to opowiadanie 4 strony, więc nie mogłem rozłożyć proporcjonalnie wszystkich akcentów i musiałem zagęszczać akcję w końcowej fazie opowieści. To samo daje się wyczuć w innym opowiadaniu: "Dżin". Ale teraz powiesiłem tę stronkę, gdzie nie ogranicza mnie objętość szczotki, więc mogę walić po calaku, na co przykładu dostarcza opowiadanie "Sprawiedliwi i nikczemnicy". 

nieproszony

  • Gość
Odp: Vattua’akki
« Odpowiedź #3 dnia: Lipiec 07, 2014, 09:41:44 am »
Czy te obrzędy to sam pan wymyślił, czy naprawdę były takie na wyspach Pacyfiku?



ambroziak

  • Gość
Odp: Vattua’akki
« Odpowiedź #4 dnia: Lipiec 11, 2014, 10:57:54 am »
Opisany sposób postępowania z obciętą głową jest autentyczny, natomiast dalsze jej wykorzystanie - to już mój pomysł.

golas

  • Gość
Odp: Vattua’akki
« Odpowiedź #5 dnia: Lipiec 21, 2014, 09:25:48 am »
Podoba mi się. Wprowadza w klimat. Ciekawie prowadzona opowieść, ciekawy wątek fantastyczny i szybka akcja. Może  tylko czasami zbyt kwiecisty język.

 

ambroziak

  • Gość
Odp: Vattua’akki
« Odpowiedź #6 dnia: Lipiec 21, 2014, 10:29:43 am »
Serce autora zawsze rośnie, gdy jego twórczość trafia w gust czytelnika. Na "kwiecistość języka" zwracano mi już uwagę... Ponieważ akcja opowiadania toczy się w dziewiętnastym stuleciu, chciałem, by język wprowadzał nas nieco w klimat epoki. 

bengal

  • Gość
Odp: Vattua’akki
« Odpowiedź #7 dnia: Październik 22, 2014, 08:51:26 am »
To opowiadanie jest moim faworytem. Tutaj czuć wielką przygodę. Od dziecka lubię przygodówki. Przypomniał mi się "tomek wśród łowów głów" Szklarskiego. Proszę o więcej takich opowiadań.   

ambroziak

  • Gość
Odp: Vattua’akki
« Odpowiedź #8 dnia: Październik 22, 2014, 05:20:06 pm »
Bengal, będzie więcej, obiecuję! Też lubię Szklarskiego. Wszystkie Tomki czytałem.

xyz111

  • Gość
Odp: Vattua’akki
« Odpowiedź #9 dnia: Listopad 12, 2014, 08:24:27 am »
O tym opowiadaniu mogę powiedzieć prawie to samo, co o Dżinie. Tu jednak czułem większy rozmach, większą przygodę, coś na miarę Londona. No i pomysł wydał mi się tutaj bardziej oryginalny, bo dżiny znajdujemy w wielu powieściach. Super!

ambroziak

  • Gość
Odp: Vattua’akki
« Odpowiedź #10 dnia: Listopad 12, 2014, 05:27:19 pm »
Serce pisarza rośnie, gdy jego teksty cieszą czytelników. Dzięki!