Autor Wątek: KORALOWA POLANA  (Przeczytany 12093 razy)

admin

  • Administrator
  • Newbie
  • *****
  • Wiadomości: 13
KORALOWA POLANA
« dnia: Maj 19, 2014, 12:56:58 pm »

Autor: Sławomir Ambroziak


1.

- Nóż wszedł jak w masło. Uwierz John, ten facet to wariat – mamrotał bełkotliwie Brzydki Kurt, przesuwając pustą szklaneczkę przez całą długość ocynkowanej lady, dotykając nią niemal wydatnego brzucha barmana, przepasanego obszernym fartuchem, kiedyś pewnie białym, teraz poplamionym i wyświechtanym.

Barman John w lot pochwycił wymowny gest: sięgnął ręką za siebie, porwał z półki opróżnioną do połowy butelkę, wyszarpnął korek zamaszystym ruchem i napełnił suche szkiełko prawie po sam brzeg. Jego oczy błądziły gdzieś po świecznikach zwieszonych z sufitu, ale twarz udawała wyraz największego skupienia i zainteresowania. Każdy pijak pije, by się wygadać. A im więcej pije, tym więcej gada. Im więcej gada, tym więcej pije. Im więcej pije, tym więcej srebrnych dolarów zaszywa gruby John w starym sienniku. Tyle, żeby pić i gadać, musi mieć pijak słuchacza. Słuchał więc szczwany lis John, chociaż naprawdę niewiele obchodziły go bandyckie wyczyny Kurta i jego kompanów…

- Mówiłem już – ciągnął niezmordowanie Kurt – że ten facet to wariat…?! Zjeżdża jesienią z gór, przy końskim zadzie patelnia, łopata i kilof, na wodzy dwa objuczone po uszy muły i bredzi – wierzysz (?!) – że nie ma przy sobie ani uncji złota. Barett i Leamson biorą go na muszkę, a ja podchodzę do juków. Wbijam kosę w worek… I co…? Myślisz, że stal opiera się o coś twardego, że ześlizguje się po skale i szarpie płótno…? Guzik…! Tnie juk jak wielorybie sadło. Myślisz, że z worka sypią się samorodki lub chociaż grudy złotonośnego kwarcu…? Gdzie tam…! Z dziury wyłażą jakieś poskręcane badyle. A nie mówiłem, że wariat…


2.

Wrześniowe poranki w Górach Skalistych są już rześkie i chłodne, ale popołudnia jeszcze słoneczne i ciepłe. Tutaj częściej niż w innym zakątku planety natknąć się można na uroczyska tchnące majestatem przyrody. Tam gdzie nagą skałę, strzelającą niemal pionowo w błękit nieba, otulał szal roziskrzonych jesienną czerwienią klonów, odciętych turkusowym kobiercem soczystej łąki od kryształu wartko rwącego potoku; tam wjechał z całym swoim „dobrodziejstwem” człowiek. Powoli i dostojnie, wygodnie usadowiony na końskim grzbiecie w wielkim, kawaleryjskim siodle. Za nim ździebełka butelkowo zielonych traw deptały dwa juczne muły. Umilkł szmer rześkiego podmuchu wiatru, czujny jeleń przestał na chwilę chłeptać wodę, śmigły zając zatrzymał się w pół skoku, jastrząb zaniechał trzepotu i rozpostarł skrzydła, szybując w przestworzach niczym bryg żeglujący po bezmiarze niebieskiej toni. Cała natura na chwilę wstrzymała oddech. Jakby wielki, wszechwiedzący duch przyrody poczuł przez moment, co może oznaczać w tych okolicznościach człowiek, jego miska, kilof i łopata…

Człowiek zsunął się leniwie z siodła. Pozbawione kierownictwa zwierzęta podreptały żwawiej w kierunku kuszącej woni wilgoci. Zanurzyły pyski w wartkiej toni. Człowiek odchylił w tył kapelusz, który zawisł na grdyce, na krótkim rzemieniu. Przykląkł, pochylił głowę, pił długo, wciągając wodę pełnymi łykami. Gdy oderwał usta od tafli, przysiadł na zimnym kamieniu i powiódł oczami dookoła. Uważnie przyglądał się bystrej toni, jakby czegoś w niej wypatrywał. Odwrócił głowę, oblekając spojrzeniem nagą, szpiczastą skałę, zagajnik klonów u stóp urwiska i rozpostarty pod nim trawnik górskiego uroczyska. Myliłby się ktoś uważając, że człek ów podziwia piękno natury. Ten zaś, który choć raz liznął górniczego fachu, odgadłby zrazu, w jakim kierunku biegły teraz myśli tajemniczego intruza…


3.

Nikt w całym Stanisławowie nie nazywał Leontyny Kamińskiej inaczej, tylko Pocztową Narzeczoną. Oczywiście, czy to stróż, czy kramarz, czy sąsiadka, gdy spotykano ją tarmoszącą za mankiet małego Stasia, wychodzącą z bramy, przechadzającą się dostojnie po targowisku lub przekraczającą próg sklepu cynamonowego, przyodzianą w staranie spasowaną, długą suknię z wysoko upiętym, koronkowym kołnierzykiem, podrygiwał i – w zależności od komitywy – pozdrawiał: „Dzień dobry Pani Leontyno. Co u pani dobrego, Pani Leontysiu? Jak szanowne zdrówko, Tysiu kochana”? Kiedy już jednak relacjonował to poranne spotkanie kamratowi lub kumoszce, komentował: „Ślicznie wygląda dziś nasza Pocztóweczka”, albo: „Ale się dzisiaj Pocztówka zestroiła. Wszystkie chłopy przewracają za nią gałami. Ten mój to se mało ślepi nie wypatrzy”.

Panny z dzieckiem nie cieszą się szacunkiem ogółu, a często spychane bywają na margines społeczny. Nie jednak Leontyna Kamińska i nie w Stanisławowie. Nie na ziemi skąpanej we krwi jej synów i zdeptanej butami ciemiężców. O tym, że młodzi mają się ku sobie od dawna szeptała cała okolica. Właściwie od chwili, gdy Franciszek Zborowski stanął pierwszy raz w Kamieniu. Przywiodły go tutaj interesy… Chciał usłyszeć od Jana Kamińskiego – dlaczego ten zalega od trzech lat z dzierżawą za łąki pod Grodecznym? Kondycja Kamienia nie stała pierwszorzędnie – tak wszyscy dookoła gadali. Koniunkturę na wołowinę dusili Niemcy i Żydzi, blokujący szlaki przepędów bydła na zachód, a za żywiec płacili nędzne grosze. Kamińskiemu pośród nielicznej czeladzi brakowało sprawnych skotarzy, zdolnych przeprawić stada przez Karpaty – do Turków, którzy zawsze dobrze płacili za woły, bo religia zakazywała im tykać wieprzowiny. Sam, stary i schorowany, nie miał siły prawidłowo doglądać gospodarki. Bóg nie podarzył mu synem, a córce i żonie nie godziło się parać przy krowach. Gdyby Kamiński postawił na pszenicę, to może jego majątek miałby się teraz znacznie lepiej…? Może tak, może nie, może faktycznie stary nie miał grosza na spłatę zaległości (…?) – ale Franciszek chciał to wszystko od niego usłyszeć. Może nałożyć jakieś ratalne zobowiązanie na Kamień i tym sposobem uregulować długi…?

Z takim kłębowiskiem myśli Zborowski zeskakiwał z konia i w dwóch susach przemierzał ganek kamienieckiego dworku. Ale była to już ostatnia chwila, kiedy myślał o interesach… W szerokich, przeszklonych wrotach powitała go świetlista postać Leosi, obleczona białą, powiewną sukienką, opleciona mglistą poświatą promieni porannego słońca. W pierwszej chwili zmysły spłatały mu takiego figla, że doprawdy nie wiedział – czy ta postać za szybą to realna osoba, czy witraż utkany z kolorowych szkiełek z wizerunkiem anioła? Wizyta obliczona na kilka godzin trwała kilka dni. Stary Kamiński posłał umyślnego po rzeczy Franciszka, a ten gościł w domu na Kamieniu dobry tydzień. Jadwiga Kamińska wypiekała z kuchenną czeladzią przepyszne ciasta, Jan raczył gościa najznakomitszymi wyrobami własnej piwniczki, a Leontyna za dnia obwoziła konno Zborowskiego po majątku, tłumacząc wszelakie problemy. Wieczorami bawiła czytaniem poezji, grą na fortepianie i iście anielskim śpiewem.

Wkrótce po tej wizycie Franciszek wysłał swaty do Kamińskich. Czy stary mógł choćby przez chwilę pomyśleć, by zbyć konkurenta do ręki córki miską czarnej polewki…? Zborowski to przecież najlepszy herb okolicy, najlepszy tutaj gospodarz, rozsiadły na najlepszych włościach. Żaden Żyd czy Niemiec nie śmie oszwabić go przy transakcji, żaden zaściankowy szlachetka, widząc oddział uzbrojonych po zęby skotników, nie zażąda myta za przepęd wołów przez swoje łąki. Całe wagony pszenicy Zborowskich ciągną na zachód, a drewno z ich lasów płynie w dół rzekami ku ukraińskim stepom i na Krym, gdzie drzewa – „jak na lekarstwo”. A Leosia…? Czy zechce Franciszka…? Czy to małe serduszko, skryte w bujnej piersi, jakimś rytmem miłosnym do niego zastuka…? Niczego nie wspominała tak czule, jak tygodnia galopad z Franciszkiem po połoninach i niczego nie pragnęła więcej, jak czytać mu strofy, grać i śpiewać po ostatnie dni swego żywota.

Zaślubiny zaplanowano na czerwiec, na dzień Świętego Jana, w imieniny i urodziny gospodarza Kamienia, gdyż to imię przyniósł sobie ojciec Leosi na świat. Wcześniej jednak nastał styczeń pamiętnego roku 1863. Miejscowi powstańcy wyznaczyli sobie zbiórkę świtem w chordeńskim gaiku. Dzień wcześniej, wieczorem, Zborowski zakołatał w wierzeje Kamienia w towarzystwie Wroneckiego. Otulił dziewczę włochatą baranicą, porwał i posadził na grzbiecie luzaka. Cała trójka pomknęła w stronę pasterskiego szałasu, w którym młodzi pamiętnego, letniego tygodnia prawili sobie czułe wyznania. Franciszek rozpalił ogień w palenisku, a Woronecki – jako starszy szarżą oficer – związał ślubną przysięgą parę młodą, bo w okolicy kilkunastu wiorst nie mogli znaleźć katolickiego księdza czy choćby prawosławnego popa. Duchowej formalności mieli dopełnić po zwycięstwie powstania. Woronecki spiesznie odjechał na zbiórkę, a małżonkowie zostali sami w szałasie. W pierwszej poświacie brzasku oblubienica żegnała ukochanego, długo wyglądając na krętą ścieżynę, nim ten zniknął jej z oczu za garbatymi górkami. Popędziła konia w kierunku Kamienia, w marzeniach niosąc namiętne wspomnienia, a w łonie – brzemienny owoc miłości – maleńkiego jak łepek szpileczki Stacha.

Powstanie upadło. Dobra Zborowskich skonfiskowano. Jan Kamiński oddał ducha Bogu, a powiernik na prośbę Jadwigi spieniężył Kamień za godziwe dożywocie Leosi, które starczało na przyzwoite mieszkanie i utrzymanie w Stanisławowie. Franciszek nie wracał. Najgorsza była niepewność! W końcu nadszedł pierwszy list – pierwszy z bodaj dobrej setki, jakie potem napływały co miesiąc, a nieraz i częściej. Zborowski dostał się do rosyjskiej niewoli i ukazem sądu carskiego pomaszerował na sześć lat, na Sybir. Pisał – jak harował tutaj od świtu do nocy w kopalni złota, jak nie dojadał, nie dosypiał, zimą cierpiał od chłodu, a latem dokuczliwa meszka zamieniała każdy, nieodziany skrawek ciała w jedną, żywą ranę. Minęło sześć lat, mały Staś ganiał po podwórku z kolegami za szmacianą zośką, a Zborowski odzyskał wolność, tyle że bez prawa powrotu do kraju. Leosia natychmiast – wzorem innych żon, matek, Polek – zamierzała pognać koleją syberyjską w objęcia ukochanego, zabrać Stacha i matkę, i rozpocząć nowy rozdział życia tam, gdzie słońce wytacza owal swej tarczy znad błękitu oceanu. Tułaczki kategorycznie zakazał Franciszek! Wie jak poszukiwać złota, a za Ussuri leżą go ponoć tony. Znajdzie złoto, łapówki załatwią powrót w rodzinne strony, odkupi Kamień i znowu będzie gospodarzyć, cieszyć się śpiewem i miłością żony, ciastkami Jadwigi i śmiechem małego Stasia. I szukał złota, a gdy go nie znalazł po tej stronie Pacyfiku, przeprawił się potajemnie na statku przemytników na drugą. Teraz listy przychodziły z Ameryki. Franciszek pisał je w każdej wolnej chwili a to pisanie było jego najrozkoszniejszą rozrywką. Pisał cały czas, każdą korespondencję opatrywał datą, ale listy wysłał, kiedy znalazł gdzieś na bezdrożach zagubioną placówkę pocztową. Często przychodziły więc do Leosi w większych pakietach. Dziewczyna czytała je chronologicznie matce, Stasiowi i przyjaciołom, a kto słuchał ich treści systematycznie, odnosił wrażenie, że to powieść groszowa w odcinkach, drukowana co tydzień przez poranny Głos Lwowa. I czy jeszcze kogoś dziwi, że stateczne środowisko Stanisławowa przezwało szacowną Leontynę – Pocztową Narzeczoną…?


4.

Tego ranka Leosia znów stała w oknie, wyglądając jak co dzień listonosza. Mieli taki jakby umówiony gest… Kiedy w torbie spoczywała korespondencja od Franka, poczmistrz podnosił rękę i machał plikiem kopert. Dzisiaj znowu objuczona ręka pomknęła w górę, a nim na powrót opadła do biodra, Leontyna stała już w bramie kamienicy. Mknęła na górę po schodach niczym szybująca gołębica. Rozcięła sztylecikiem do papieru konopny sznureczek ściskający paczkę, a potem każdą jedną kopertę – po kolei. Na stolik wypadł sznur czerwonych korali, ale jakiś dziwnie lekki i zwiewny. Mały Staś porwał kolię i naciągnął przez głowę na szyję.

- Mamusiu, mamusiu, jestem Hania – krzyczał wesoło chłopiec, wyginając chudziutkie ciałko. Przedrzeźniał małą dziewczynkę z sąsiedztwa, znaną z upodobania do szykownych ozdóbek.

- Stasiu, zostaw…! Daj to mamusi. Chodź tutaj, przeczytamy, co to za koraliki i po co je tatuś przysyła… – przywoływała do porządku synka Leontyna, pałając zniecierpliwionymi oczami ku pożółkłym kartkom papieru. – Mamo, ty też chodź, są listy od Franciszka – krzyknęła głośniej i opróżniła pierwszą kopertę, rozpoczynając lekturę:

„… goła skała otoczona u góry klonowym zagajnikiem, a u dołu polaną trawy i nurtem górskiego strumienia. Wiedziałem, że jeżeli w skale tkwi złotonośna żyła kwarcowa, deszcze i wiatry musiały kruszyć kamień przez tysiąclecia, a erozja gleby toczyć drobiny złota po stoku do wody. Jeżeli znajdę w żwirze drobiny kruszcu, nabiorę pewności, że skałę przecina żyła. A miejsce, w którym tych drobin wypłuczę najwięcej, wskaże mi kierunek przebiegu żyły w skale. Płukałem więc przybrzeżny piasek co pięć kroków, zarówno w jednym, jak i w drugim kierunku. Wszędzie na dnie patelni zostawało tyle samo: jedynie kilka błyszczących płateczków, mniejszych od drobin kurzu na parapecie. W skale było więc bez wątpienia złoto, tyle że nie wiedziałem, gdzie góra je ukryła. Ach, gdybym miał ten dynamit, który wystrzelałem przy pracy z Fredem McAlisterem (pisałem o tym w poprzednim liście, jak to złoto ludziom rozum odbiera), rozsadziłbym górę i dobrał się do jej skarbów…”


5.

- Nic na zeszyt! Nawet małego kieliszka! Kredyt zamknięty! Zjeżdżaj Fred! – huczał zza lady ochrypłym basem wielki chłop.

- A niech cię szlag, Billy. Każdemu może się noga powinąć. Znajdę złoto i wszystko ureguluję – z coraz mniejszą nadzieją w głosie i oczach argumentował Fred, ale widząc stanowczość barmana, zrezygnował i przemknął chyłkiem ku najdalszemu stolikowi szynku.

- Dwa piwa i dwa głębsze! Tylko nie tego paskudztwa, Billy! Poszukaj czegoś lepszego pod ladą – wesoły, doniosły głos rozbrzmiewał gromko od rozwartych na oścież kopniakiem drzwiczek.

- No, widzę, że Bozia poszczęściła złotym piaseczkiem w tym sezonie Długiemu Jackowi i Frisco Kidowi. Zapraszam. Zaraz się znajdzie coś wykwintnego – szynkarz wskazał jedną ręką na pusty stolik, zanurzając drugą w przepastną przestrzeń tuż pod długim blatem.

Przybysze rozsunęli drewniane krzesła i rozsiedli się w nich z takim rozmachem, że jękliwie zaskrzypiały rachityczne oparcia. Widać – czuli się panami sytuacji. Szynkarz w mig doniósł trunki, a kamraci zanurzyli niegolone od miesięcy, czarne brody w śnieżnobiałej pianie. Ledwie wystające znad kufla, niebieskie jak błękit nieba oczy Jacka powiodły spojrzeniem ku przeciwległej ścianie knajpy. Dokładnie w to miejsce, gdzie przy najdalszym stoliku przysypiał skacowany i skulony Fred…

- Fred, stara moczymordo, co z tobą…? Kumpli nie poznajesz…? Dźwigaj ten suchy tyłek z zydla i wal do kompanii – krzyknął Jack w kierunku Freda, odsuwając w tył najbliższe krzesło po prawej ręce.

Freda nie trzeba było długo zachęcać. W mig usadowił się na wskazanym krześle, wodząc łakomie przepitymi gałami po szkiełkach pełnych trunków. Jack podsunął mu swoją szklaneczkę, zagajając:

- Co z tobą, chłopie…?! Marnie wyglądasz. Jakbyś nie miał grosza przy duszy. Wszystko przechlałeś…? Śpiewały jaskółki, że tego lata trafiłeś na grubą żyłę złota…

- Trafiłeś, trafiłeś… Pewnie, że trafiłem. Grosza nie przepiłem! Wszystko diabli wzięli… Wszystko przez tego Ruska czy Polaczka. Znacie go…? Przez tego Franca…

- Chyba cię Franc nie wykiwał…? Przecież to „dusza chłop” – obruszył się małomówny Frisco Kid.

- Wykiwał, nie wykiwał… Czort go wie! To niezły cwaniak. Było tak… – rozpoczął opowieść Fred:

„Wypatrzył ją Franc. Gruba na pięść, zaczynała się na wysokości naszych piersi, a ginęła w skalnej czeluści jakieś pół metra wyżej. Niemal przeźroczysta, lśniąca w słońcu żyła złotonośnego kwarcu. Czy biegła w głąb góry…? Jeżeli tak, to musiała wychodzić gdzieś z innej strony skały. Obejrzeliśmy każdą piędź dookoła; ni śladu kwarcu. Frac twierdził, że ciągnie się dokładnie przez środek skały, tyle że kończy pod powierzchnią. Jeżeli mamy dotrzeć do najgrubszego jej członu, musimy wysadzać górę z dwóch przeciwległych stron. Razem wysadzać z jednej, a potem z drugiej, byłoby marnotrawieniem czasu. Rozdzieliśmy się; Franc zaczął robotę naprzeciwko, ja pozostałem w miejscu wlotu żyły. Obóz założyliśmy w połowie drogi. Spaliśmy w nim i gotowaliśmy śniadania i kolacje. Kułem dziury dłutem, zakładałem ładunki, odpalałem, rozbijałem grudy kilofem. W kwarcu błyszczało coraz więcej kruszcu, a żyła tyła jak żona Petra Swensona. Franc pytał mnie co dzień przy kolacji, czy trafiłem na złoto. Sam twierdził, że z jego strony nic jeszcze nie widać. Ech, cwaniak – pomyślałem… Pewnie już ładuje w juki grudy złotonośnego kwarcu, a mnie czaruje, że na nic nie trafił. Nie jestem kiep…! Powiedziałem, że żyła zginęła na razie głęboko i nie mogę się do niej dostrzelać. Słabo sypiałem. Nie mogłem doczekać się świtu i chwili, gdy znowu zacznę robotę. Widziałem złoto, dotykałem go, czułem jego smak i zapach. Zadecydowałem, że rozdzielamy zapasy i każdy biwakuje przy swojej dziurze. Szkoda tych kilku godzin dziennie na schodzenie do wspólnego obozowiska i pitraszenie żarcia, bo jesień za pasem, więc trzeba szybko dogrzebać się do serca góry. Franc nie protestował, ale w jego przenikliwych, słowiańskich oczach dostrzegłem cień podejrzliwości. Chyba już wiedział, że sunę za żyłą; pewnie przyjdzie w nocy, odstrzeli mi łeb i ucieknie ze złotem. Ile to człowiek nasłuchał się podobnych historii…?! Pracowałem niemal bez chwili wytchnienia. Nocą łapałem krótkie, nerwowe drzemki z winchesterem pod ręką, łowiąc uchem najcichsze nawet szmery. Nie ufałem temu Polaczkowi. Słusznie…! Zjawił się jednego wieczora, niby to wziąć trochę kawy, bo przy dzieleniu zapasów odsypał jej sobie zbyt mało. Szuja…! Wymierzyłem w jego kierunku koniec lufy i powiedziałem, żeby lepiej nie skradał się tak po ciemku, bo pomylę go z pumą i poczęstuję nie kawą, tylko kulką. Zrozumiał; więcej go nie widziałem. Żyła była zresztą i tak już wystrzelana do końca, rano zapakowałem więc rudę na muły i dałem drapaka w obawie o życie…”


6.

„… tylko raz jeszcze smętnie spojrzałem na skałę, droga Leosiu, niepyszny wskoczyłem na siodło i pognałem przed sobą muły. Jak tylko minąłem zakręt potoku, zielona dotąd polana roziskrzyła się feerią czerwieni. Wiechy korali, jak u naszej kaliny, wieńczyły czubki małych krzewinek. Przetarłem oczy, bom im nie wierzył. Zrazu dobrze poznałem roślinę – toż to żeńszeń! Ten sam, który – jak ci nieraz pisałem – leczy większość ludzkich chorób i którego pilnie poszukują Koreańce nad Ussuri, a Chińczyki płacą za niego tyle, co za złoto. Tutaj, w Ameryce, jego cena przekracza u Chińczyków kilkanaście razy wagę złota. Wiem to, bo ten statek, na którym uciekałem od cara, przemycał nie tylko opium, ale też rogi jelenie, czyli panty, i właśnie korzenie żeńszenia. Przekwalifikowałem się więc z górnika na ogrodnika. Kilka dni kopałem kilofem korzenie. Myłem w potoku, podsuszałem na słońcu i pakowałem w juki. Ususzyłem też garstkę tych ślicznych korali. Nawlokłem na szpagat i włożyłem do koperty, bo innego klejnotu nie mam jeszcze dla ciebie, najdroższa. Dalsze plany ułożyłem już w głowie… Zawiozę korzenie do San Francisco. Znajdę starego Su Lina i poproszę o pomoc przy transakcji. Tego samego, którego…”

Leontyna pobiegła myślami ku dawniejszym listom, znanym jej niemal na pamięć… Przypomniała sobie tak pasjonująco opowiedzianą przez męża historię, kiedy to statek przemytników wpadł w objęcia tajfunu, jeden stary Chińczyk niemal nie wypadł za burtę, a z objęć niechybnej zguby w bałwanach spienionego oceanu ocalił go właśnie Franciszek, łapiąc w ostatniej chwili za rękę i uwiązując liną do poręczy sterówki.

„… wydobyłem z kipieli. Dzisiaj jest on najwyższym patronem chińskiej społeczności w San Francisco. Przy ostatnim spotkaniu zapewniał, że jego życie jest teraz i moim życiem, kiedy więc tylko będę w jakiej potrzebie, natychmiast mam go odnaleźć. Jak zamienię korzeń na złoto lub tutejsze dolary, złożę depozyt w banku i zafrachtuję się na najbliższy statek do Europy. Wszystko inne zrobią już potem za mnie pieniądze. Za pachnące rubelki, carscy czynownicy zdejmą ze mnie banicję. Odkupię Kamień, przysięgnę ci, kochana Leosiu, przed księdzem, usynowię Stasia, zabiorę Jadwigę i siądziemy wszyscy szczęśliwą rodziną na swojej włości. I gdym tak, zjeżdżając w doliny, bajał w głowie o jasnej przyszłości, uważaj Leosiu kochana, zza krzaków wyskoczyło trzech drabów. Trzymali pod lufami i rewidowali juki, bandyci. Wyobraź sobie ich osłupienie, kiedy z worków, miast złota, wypadły korzenie… Wytłumaczyłem rzezimieszkom, że jestem rosyjskim naukowcem, szukającym za porozumieniem cara i amerykańskiego naczalstwa rozmaitych roślin egzotycznych do kolekcji petersburskiego ogrodu botanicznego. Jako dowód pokazałem pisany cyrylicą glejt na badanie pokładów geologicznych, jaki dostałem swego czasu od gubernatora Tomska. Puścili, tyle że długo pukali się w czoło. Popatrz, jakim to nieraz szczęściem Bóg darzy…! Gdybym tak znalazł wtedy z Fredem złoto, teraz pewnie straciłbym majątek, marzenia, a może nawet i życie…”


7.

- Za co więc pijesz Kurt, do cholery…?! Pleciesz, że facet nie wiózł złota, tylko jakieś badyle – dopytywał się energicznie barman John, wydając się pierwszy raz zainteresowany czymś tego wieczora.

- A, ten… Ten, faktycznie, zawalił mule grzbiety stertami korzeni – ledwie widząc przekrwionymi ślepiami, bełkotał zapity Kurt. – Ale ten, co to jechał kilka dni wcześniej… O, ten wiózł juki pełne pięknych kawałów złotego kwarcu…



ambroziak

  • Gość
Odp: KORALOWA POLANA
« Odpowiedź #1 dnia: Czerwiec 10, 2014, 08:43:40 am »
To taka przygodówka utrzymana w konwencji dziewiętnastowiecznej noweli sentymentalnej. Pisałem to inspirowany twórczością Bret Harte'a. Nadałem temu tylko bardziej dynamiczny sposób narracji.

ola

  • Gość
Odp: KORALOWA POLANA
« Odpowiedź #2 dnia: Wrzesień 10, 2014, 11:01:08 am »
Przeczytałam wszystkie opowiadania. Wszystkie były dobre, ale to najbardziej mi się podobało. Może nie znalazłam w nim wielu elementów fantastycznych, ale całość była ujmująca i sentymentalna.

ambroziak

  • Gość
Odp: KORALOWA POLANA
« Odpowiedź #3 dnia: Wrzesień 10, 2014, 11:15:13 am »
Miło mi to słyszeć.

xyz111

  • Gość
Odp: KORALOWA POLANA
« Odpowiedź #4 dnia: Listopad 20, 2014, 04:03:03 pm »
To opowiadanie jest bardzo dobre, ale, mówiąc szczerze, nie bardzo mi podeszło. Niby też klimaty westernowe, co lubię, ale jakoś tak zbyt wiele sentymentalnego, płaczliwego nastroju. Harlekin trochę taki. Jednak w bardzo dobrym wykonaniu. Wykonanie na szóstkę.   

ambroziak

  • Gość
Odp: KORALOWA POLANA
« Odpowiedź #5 dnia: Listopad 21, 2014, 08:09:43 am »
Iksie, wykonanie pochwaliłeś - to super! Wiesz, nie da się napisać czegoś, co trafiłoby w gust każdego czytelnika.

ola

  • Gość
Odp: KORALOWA POLANA
« Odpowiedź #6 dnia: Listopad 22, 2014, 06:56:40 am »
Iksie, przecież w literaturze to nastrój jest najważniejszy. Przynajmniej ja szukam zawsze klimatu.

ambroziak

  • Gość
Odp: KORALOWA POLANA
« Odpowiedź #7 dnia: Listopad 22, 2014, 04:44:20 pm »
Fakt - klimat jest bardzo ważny. Ja, osobiście, bardzo cenię klimat, ale uwielbiam tez zaskakiwać czytelnika. Tu też zaserwowałem na koniec taki mały twister.

xyz111

  • Gość
Odp: KORALOWA POLANA
« Odpowiedź #8 dnia: Listopad 22, 2014, 07:28:55 pm »
Zależy, czego kto szuka w literaturze. Klimat mi nie przeszkadza, ale powinien być pomysł. Tutaj był i klimat i pomysł, tylko za dużo klimatu. A końcowy twister to raczej twisterek. Ale ogólnie opowiadanie bardzo dobre, jak już napisałem.

ola

  • Gość
Odp: KORALOWA POLANA
« Odpowiedź #9 dnia: Listopad 23, 2014, 08:40:00 am »
W moim odczuciu, nastrój tutaj jest jak słodkie ciasteczko, a twister to taka wisienka na torcie.

ambroziak

  • Gość
Odp: KORALOWA POLANA
« Odpowiedź #10 dnia: Listopad 24, 2014, 06:59:26 am »
Kurcze, znowu ktoś leje miód na moje serce. Miód, ciasteczka, torty... Jeszcze od tych słodyczy dostanę cukrzycy! 

xyz111

  • Gość
Odp: KORALOWA POLANA
« Odpowiedź #11 dnia: Listopad 25, 2014, 07:00:29 am »
Moja babcia ma cukrzycę, ale to chyba nie od literatury.

ambroziak

  • Gość
Odp: KORALOWA POLANA
« Odpowiedź #12 dnia: Listopad 25, 2014, 04:50:15 pm »
Życz w takim razie babci zdrowia od mnie. 

xyz111

  • Gość
Odp: KORALOWA POLANA
« Odpowiedź #13 dnia: Listopad 26, 2014, 07:30:31 am »
Pozdrowienia przekazane. Załatwione.

ambroziak

  • Gość
Odp: KORALOWA POLANA
« Odpowiedź #14 dnia: Listopad 26, 2014, 04:38:30 pm »
O, szybki jesteś. Dzięki!