Autor Wątek: Kości  (Przeczytany 2836 razy)

admin

  • Administrator
  • Newbie
  • *****
  • Wiadomości: 13
Kości
« dnia: Czerwiec 17, 2015, 11:41:24 am »
[html]

1.


Emma nie czuła lęku. Nie zda­wa­ła sobie spra­wy z po­wa­gi sy­tu­acji. Le­ża­ła na wozie, przy­kry­ta spar­cia­łą plan­de­ką. To Jack na­cią­gnął tę par­szy­wą szma­tę na sie­bie i ko­bie­tę. Emma sły­sza­ła strza­ły. Unio­sła rąbek płót­na: chcia­ła zo­ba­czyć, co wokół się dzie­je, mu­sia­ła za­czerp­nąć po­wie­trza. Jack dy­go­tał ze stra­chu i strasz­nie się pocił, cuch­nął. Nic dziw­ne­go: bodaj od ty­go­dnia nie przy­tra­fi­ła się spo­sob­ność do­ko­na­nia szcze­gó­ło­wych ablu­cji. Wei, Chiń­czyk, sie­dział spo­koj­nie na wozie, opar­ty ple­ca­mi o ko­zioł. Prze­żu­wał dłu­gie źdźbło ze­schnię­tej trawy, a ko­niu­szek kłosa le­wi­to­wał nad czub­kiem spłasz­czo­ne­go ki­no­la, jak ko­li­ber nad kie­li­chem cy­try­no­wej or­chi­dei. Wy­glą­dał tak, jakby go tutaj nie było albo jakby już nie żył, jakby zda­rze­nia do­ko­ła roz­gry­wa­ły się w innym wy­mia­rze, a on w tym wszyst­kim nie uczest­ni­czył. Minę miał taką, jak zwy­kle w opa­łach, jakby chciał wła­śnie po­wie­dzieć, że w gło­wie tkwi już go­to­wy plan, że sy­tu­acja bez wyj­ścia to mit. A strza­ły pa­da­ły gęsto. Kule rwały drza­zgi z desek wozu; uno­si­ły mgieł­ki si­we­go kurzu, tra­fia­jąc w wy­schnię­tą zie­mię. Emma przy­ło­ży­ła oko do szpa­ry po­mię­dzy li­stwa­mi. Ob­dar­ci jeźdź­cy cwa­ło­wa­li sze­ro­ką ty­ra­lie­rą, wy­ma­chu­jąc ka­ra­bi­na­mi i re­wol­we­ra­mi; ich kule świ­sta­ły nad głową. Żoł­nie­rze klę­cze­li, le­że­li przed ta­bo­rem, cho­wa­li się za ni­ski­mi wy­dma­mi i więk­szy­mi gła­za­mi, plu­jąc gę­stym ogniem w kie­run­ku na­past­ni­ków. Co jakiś czas, któ­ryś z żoł­nie­rzy jęk­nął, upu­ścił ka­ra­bin, nie oddał ko­lej­ne­go strza­łu. Par­ty­zan­ci wy­pa­da­li z sio­deł, a roz­kła­da­jąc sze­ro­ko ręce, le­cie­li ple­ca­mi w tył, wy­krę­ca­jąc fi­koł­ki na koń­skich za­dkach. Jed­nak­że śmierć, zbie­ra­ją­ca ob­fi­te żniwo, nie była w sta­nie po­wstrzy­mać sza­leń­cze­go im­pe­tu. W awan­gar­dzie szar­ży stra­ceń­ców pę­dził czar­ny jeź­dziec. Jego ka­pe­lusz, strą­co­ny pędem po­wie­trza, mo­co­wa­ny do brody luź­nym rze­mie­niem, ucze­pił się szyi i po­wie­wał gdzieś, hen, da­le­ko za ple­ca­mi sza­leń­ca. Burza si­wych wło­sów stro­szy­ła się na gło­wie, cze­sa­na po­dmu­chem wia­tru. Cho­ciaż dawno już padł pierw­szy sze­reg i za­stą­pił go nowy, który też padł, a potem ko­lej­ny, czar­ny jeź­dziec parł cią­gle do przo­du, jak za­cza­ro­wa­ny, jakby ołów go wcale nie wi­dział, jakby kule nie ro­bi­ły mu krzyw­dy. Już tylko stru­ga płyt­kiej, sze­ro­ko roz­la­nej rzecz­ki od­dzie­la­ła tabor od na­past­ni­ków. Wierz­cho­wiec czar­ne­go jeźdź­ca wy­tra­cił impet: brnął po­przez mętną breję, po brzuch za­nu­rzo­ny w wo­dzie. Po dru­giej stro­nie nie było już jed­nak ni­ko­go, zdol­ne­go unieść ka­ra­bin…


Jeden po­cisk utkwił w skrzyn­ce ze zbio­ra­mi. Nim na dobre roz­ga­da­ły się ka­ra­bi­ny, Jack zrzu­cił kilka pa­kun­ków: chciał zro­bić wię­cej miej­sca. Uznał, widać, że wóz bę­dzie teraz naj­bez­piecz­niej­szym schro­nie­niem. – Kre­tyn! – Emma prze­żu­wa­ła w ustach roz­ma­ite epi­te­ty, ska­cząc na zie­mię. Scho­wa­ła się za kufer i upar­cie tar­mo­si­ła mo­sięż­ne ucho, wcią­ga­jąc bagaż pod deski wozu. Durne prze­świad­cze­nie pod­po­wia­da­ło jej, że w ten spo­sób ukry­je skrzy­nię przed roz­bie­ga­nym wzro­kiem ga­lo­pu­ją­cych strzel­ców… jakby ktoś fak­tycz­nie ce­lo­wał, jakby razów nie roz­dzie­lał, we­dług swo­je­go wi­dzi­mi­się, ślepy jak kura los. I wtedy do­strze­gła ten ka­mień… ska­mie­li­nę… Zdmu­chi­wa­ła kurz, roz­gar­nia­ła pia­sek… Mi­zer­ne efek­ty: gros masy głazu skry­wa­ła ubita zie­mia. Emma wsu­nę­ła dłoń pod plan­de­kę. Z obrzy­dze­niem omi­nę­ła prze­po­co­ną skar­pe­tę Jacka, wy­ma­ca­ła chłod­ny trzo­nek ło­pa­ty. Osło­nię­ta od góry paką wozu, od dołu – skrzy­nią kufra, ko­pa­ła za­pa­mię­ta­le, roz­rzu­ca­jąc grudy ze­schnię­tej na­wierzch­ni.


– Grób sobie ko­piesz, młoda damo? – Chra­pli­wy ba­ry­ton za­dud­nił nad głową Emmy; ktoś pytał po an­giel­sku.


– Roz­ko­pu­ję, ra­czej. – Ko­bie­ta pod­nio­sła wzrok i rzu­ci­ła ło­pa­tę. Stał nad nią wła­śnie ten w czer­ni. Ka­pe­lusz spo­czy­wał już teraz na swoim miej­scu, ko­smy­ki si­wych wło­sów wy­pa­da­ły spod fan­ta­zyj­nie wy­wi­nię­te­go ronda. Do uszu Emmy do­biegł po­mruk hisz­pań­skich słów, do­by­ty z dzie­sią­tek gar­deł. – Co oni mówią?!


– Hm, ga­da­ją, że warto taką ślicz­not­kę ze­rżnąć, nim się za­rżnie.


– Wiem, co mówią! Znam hisz­pań­ski. Nie cho­dzi o zna­cze­nie słów… Jak mogą wy­ga­dy­wać takie nie­do­rzecz­no­ści?!


– Ooo, mamy re­wo­lu­cję… Teraz mor­du­je się ko­la­bo­ran­tów. Je­cha­li­ście w woj­sko­wej eskor­cie.


– Je­stem oby­wa­tel­ką Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Pan, zdaje się, też z tam­tej stro­ny Rio Gran­de…


– Taaa… Widzi pani… róż­nie tu na nas pa­trzą. Bu­dzi­my mie­sza­ne uczu­cia.


– Pan może chyba wszyst­ko wy­ja­śnić?


– Co…? Co wy­ja­śnić?


– Mam listy po­le­ca­ją­ce.


– Nooo… to tro­chę zmie­nia obraz sy­tu­acji. Bę­dzie pani uprzej­ma… – Ramię ob­le­czo­ne czar­nym rę­ka­wem po­wę­dro­wa­ło w kie­run­ku ko­bie­ty.


Emma się­gnę­ła do tyl­nej kie­sze­ni ba­weł­nia­nych por­tek. Cien­ka, płó­cien­na ko­szu­la opię­ła przy tym ge­ście i uwy­dat­ni­ła wzgór­ki ster­czą­cych pier­si. Ko­lej­na fala po­mru­ku po­pły­nę­ła w prze­strzeń. Jeden z po­wstań­ców szar­pał man­kiet czar­ne­go, coś wy­krzy­ki­wał, żywo ge­sty­ku­lo­wał. Stary sprze­czał się z nim po hisz­pań­sku. Emma bły­ska­wicz­nie wci­snę­ła pa­pie­ry w wy­cią­gnię­tą, ste­ra­ną ży­ciem dłoń. Męż­czy­zna roz­wi­nął zło­żo­ną na czte­ry kart­kę, po­za­gi­na­ną na ro­gach, nieco wy­mię­tą i po­pla­mio­ną. Bie­gał chwi­lę wzro­kiem po za­dru­ko­wa­nym pa­pie­rze, a gdy skoń­czył lek­tu­rę, zwró­cił się z ora­cją do ad­wer­sa­rza i jego to­wa­rzy­szy:


– Jose Pe­re­ira, puł­kow­ni­ku… głu­pim się uro­dzi­łeś i głu­pim cię po­grze­bią. Re­wo­lu­cję ro­bisz… Re­wo­lu­cja to nie tylko gwałt i roz­bój, re­wo­lu­cja to rów­nież po­li­ty­ka. I po­li­ty­ka jest tu nawet waż­niej­sza. Wy­grasz re­wo­lu­cję… i wró­cisz na pole. Villa i Za­pa­ta w sto­li­cy za­sią­dą. Villa albo Za­pa­ta bę­dzie pre­zy­den­tem. Ty je­steś kmio­tem i kmio­tem zo­sta­niesz. Puł­kow­ni­kiem cię tylko zro­bi­li, kiedy pierw­sze­go głup­ka wio­sko­we­go mia­nu­ją tu, pożal się Boże, ge­ne­ra­łem. Teka mi­ni­stra ci się marzy, co naj­mniej, a damę do­stoj­ną chcesz rzu­cić kun­dlom na po­je­ba­nie. Tak wiedz, że – w oso­bie rze­czo­nej ko­bie­ty – Prze­naj­święt­sza Pa­nien­ka w brud­ne łap­ska dar losu ci wkła­da. Otóż, wy­obraź sobie, iż sam pan rek­tor uczel­ni Yale, co po­świad­cza wła­sno­ręcz­nym pod­pi­sem czło­nek se­na­tu Sta­nów Zjed­no­czo­nych, cie­bie, se­nior Pe­re­ira, in­for­mu­je, że ta oto tutaj, Emma Wat­son, jest pra­cow­ni­kiem na­uko­wym, po­szu­ku­ją­cym sta­ro­żyt­no­ści, i prosi o udziel­nie jej wy­pra­wie nie­zbęd­nej, a moż­li­wej po­mo­cy. Co gały wy­ba­łu­szasz…? Pan rek­tor i pan se­na­tor in­for­mu­ją i pro­szą rząd Mek­sy­ku. Masz być mi­ni­strem, więc ty re­pre­zen­tu­jesz tu rząd. Wysil tro­chę za­kap­tu­rzo­ną mó­zgow­ni­cę! Wy­bie­gnij myślą poza mie­dzę pola… Jak zgwał­cisz i za­mor­du­jesz panią Wat­son, a wieść tę roz­gło­szą ja­skół­ki, prasa pod­nie­sie la­ment. To może spro­wa­dzić in­ter­wen­cję Sta­nów Zjed­no­czo­nych… i gówno z re­wo­lu­cji. Je­że­li po­mo­żesz tej pani, a ona od­naj­dzie war­to­ścio­we ar­te­fak­ty, prasa roz­pły­nie się w pe­anach nad za­cno­ścią słyn­ne­go Jose Pe­re­iry, puł­kow­ni­ka, a Villa nie bę­dzie miał wtedy wy­bo­ru – wrę­czy ci tekę mi­ni­stra i awans na ge­ne­ra­ła. No, może w od­wrot­nej ko­lej­no­ści. A, i po­wiem jesz­cze, bo warto to dodać, że takie sta­ro­żyt­no­ści by­wa­ją czę­sto, bar­dzo wy­so­ko ce­nio­ne…


2.


Palce Emmy kle­iły się od mącz­nej papki. Ko­bie­ta le­pi­ła gir­lan­dy z ko­lo­ro­wych pa­pier­ków, a Con­chi­ta upi­na­ła je nad ra­ma­mi lu­ster w sali ba­lo­wej. Con­cha ba­wi­ła się przy tym jak dziec­ko. Emma też. Con­cha była wła­ści­wie dziec­kiem, bo skoń­czy­ła nie­daw­no pięt­na­ście lat, a Emmie ubyło kilka wio­sen przy tej ro­bo­cie. Ale wie­czor­na uro­czy­stość miała przy­po­mnieć wła­śnie o nie­ubła­ga­nym ob­ro­cie wska­zó­wek ze­ga­ra. Przed­sta­wio­ny czar­ne­mu do­ku­ment za­wie­rał do­kład­ne per­so­na­lia ko­bie­ty i by­stre oko sta­re­go bez­błęd­nie wy­chwy­ci­ło datę jej przyj­ścia na świat. Dziś ob­cho­dzi­ła trzy­dzie­ste uro­dzi­ny, o czym stary nie omiesz­kał uświa­do­mić Pe­re­iry i całej za­wszo­nej szaj­ki, na­zy­wa­ją­cej szum­nie samą sie­bie: par­ty­zan­ta­mi. To zna­ko­mi­ty pre­tekst do po­pi­ja­wy i po­tań­ców­ki, i nikt nie za­mie­rzał prze­pu­ścić po­dob­nej oka­zji. In­diań­skie ko­bie­ty od rana pich­ci­ły coś w kuch­ni, po­zo­sta­wia­jąc Emmie pro­blem przy­ozdo­bie­nia sali i de­le­gu­jąc do po­mo­cy Con­cep­tion.


Wła­śnie mijał trze­ci ty­dzień go­ści­ny-wię­zie­nia ekipy Emmy u Pe­re­iry. Puł­kow­nik urzą­dził ko­sza­ry w za­bu­do­wa­niach ha­cjen­dy don Ge­rva­sia. Prze­stron­ny dom go­spo­da­rza wy­zna­czył oczy­wi­ście na kwa­te­rę ofi­cer­ską, a że był aku­rat je­dy­nym ofi­ce­rem w skrzyk­nię­tym przez sie­bie od­dzia­le, roz­wa­lił się w wiel­kiej cha­łu­pie jak basza. No, nie można po­wie­dzieć, bo jeden pokój służ­bo­wy przy­dzie­lił sta­re­mu – czy to z sza­cun­ku, czy ze stra­chu – tego Emma nie była w sta­nie od­gad­nąć. W po­dob­nej służ­bów­ce ugosz­czo­no (uwię­zio­no) ko­bie­tę. Mięso ar­mat­nie roz­lo­ko­wa­no po staj­niach i ba­ra­kach. Jack i Wei dzie­li­li wspól­ny bar­łóg z sze­re­gow­ca­mi.


Va­qu­erów wcie­lo­no do­bro­wol­nie, jak­kol­wiek nie­sto­so­wa­nie i śmiesz­nie brzmia­ło­by to słowo, do po­wstań­czej armii. Służ­ba go­spo­da­rza, rów­nież do­bro­wol­nie, przy­stą­pi­ła do re­wo­lu­cji, czyli prze­szła pod ko­men­dę puł­kow­ni­ka. Wciąż pa­ra­ła się więc tą samą ro­bo­tą, tyle że teraz bez ja­kich­kol­wiek wi­do­ków i na­dziei na wy­na­gro­dze­nie, oczy­wi­ście!


Wszy­scy cze­ka­li na ko­niec za­wie­ru­chy i po­wrót don Ge­rva­sia. Wy­so­ko uro­dzo­ny ha­cjen­der nie opo­wie­dział się po ni­czy­jej stro­nie; wolał prze­cze­kać to wszyst­ko w go­ści­nie u moż­nych człon­ków rodu, w kra­inie swo­ich przod­ków, w sło­necz­nej An­da­lu­zji. W po­dróż za­brał żonę i dwój­kę pa­cho­ląt, i tylko ten, wy­łącz­nie ten in­wen­tarz. Roz­ma­ite pre­cjo­za i fi­li­gra­ny roz­pły­nę­ły się jak kam­fo­ra. Srebr­nej za­sta­wy i świecz­ni­ków puł­kow­nik nie ukrył w ku­frze, za­bro­nił ho­ło­cie tykać pod groź­bą kary śmier­ci, co­dzien­nie prze­li­czał i oglą­dał z każ­dej stro­ny. W ten spo­sób za­bi­jał wiele go­dzin nudy co­dzien­ne­go dnia, z punk­tem kul­mi­na­cyj­nym w po­sta­ci wy­staw­nej ko­la­cji.


Po­tra­wy ser­wo­wa­no ra­czej pro­ste: prze­wa­ża­ła ku­ku­ry­dza, fa­so­la i wo­ło­wi­na, do­pra­wio­na ostrą pa­pry­ką. Pierw­sze skrzyp­ce grały na­to­miast sre­bra: pół­mi­ski, ta­le­rze, noże, wi­del­ce i… kan­de­la­bry. Obec­ność pani Wat­son była obo­wiąz­ko­wa. Stary nie po­trze­bo­wał spe­cjal­ne­go za­pro­sze­nia. Pe­re­ira nie zno­sił pić sam, a lubił sobie gol­nąć. Pełna piw­ni­ca don Ge­rva­sia sku­tecz­nie od­strę­cza­ła wstrze­mięź­li­wych. Stary nigdy się nie roz­pę­dzał: dwie, trzy lamp­ki ma­la­gi dzia­ła­ły na niego na­sen­nie, jak twier­dził. Emma ko­cha­ła sło­dycz sher­ry; cały wie­czór są­czy­ła jeden kie­li­szek. Pe­re­ira za­pi­jał rum – raz sher­ry, raz ma­la­gą, około dzie­sią­tej miał już zwy­kle mocno w czu­bie.


Pod­ocho­co­ny al­ko­ho­lem sma­lił cho­lew­ki do Emmy. Sta­rał się być uprzej­my i de­li­kat­ny, a ko­bie­cie nawet schle­bia­ły umi­zgi puł­kow­ni­ka. Gdyby nie oko­licz­no­ści, w któ­rych się po­zna­li, i pro­sto­ta jego cham­skiej na­tu­ry, Emma mo­gła­by my­śleć o Jose, jak o przy­stoj­nym męż­czyź­nie. Prze­wa­ża­ła w nim krew hisz­pań­ska, a he­ba­no­wy, nie­go­lo­ny sys­te­ma­tycz­nie za­rost, ozda­biał twar­de rysy, uro­kiem pier­wot­nej siły. Z każ­dym dniem sta­wał się jed­nak bar­dziej na­tar­czy­wy. Emma wal­czy­ła z po­ku­są: ła­pa­ła się na tym, że ma ocho­tę ulec. Zwy­kle, bez resz­ty po­chła­nia­ła ją praca, spy­cha­ją­ca w naj­dal­szy kąt jaźni fi­zycz­ne po­trze­by. Przy­mu­so­wa bez­czyn­ność cu­ci­ła omdla­łe żądze. Jed­no­cze­śnie, nie­stru­dze­nie wa­ro­wał wro­dzo­ny prag­ma­tyzm. Nie czuła się pew­nie w obec­nej sy­tu­acji. Po­mi­mo chwi­lo­wej, po­zor­nej sta­bi­li­za­cji, od­no­si­ła wra­że­nie, że życie wciąż wisi na wło­sku. Nie mó­wiąc już o eg­zy­sten­cji Jacka i Chiń­czy­ka, i po­wo­dze­niu całej eks­pe­dy­cji. Ro­mans z puł­kow­ni­kiem mógł­by tutaj do­po­móc; rów­nie do­brze mógł wszyst­ko skom­pli­ko­wać. Powab mło­do­ści miała już dawno za sobą. Ow­szem, po­do­ba­ła się fa­ce­tom, ale jej fi­zjo­no­mia nie pa­so­wa­ła do okład­ki żur­na­la. Je­że­li Jose się nią znu­dzi, jak Mark… Mark zo­stał rek­to­rem, rzu­cił Emmę, wże­nił się w ban­kier­ską ro­dzi­nę. Jose też ją rzuci… ale na roz­dar­cie tym brud­nym by­dla­kom. Nie, nie… po­win­na trzy­mać dy­stans. Musi upar­cie grać swoją rolę: jest kimś bar­dzo waż­nym, z kim puł­kow­nik bez­względ­nie musi się li­czyć, a tak ważne oso­bi­sto­ści nie pie­przą się prze­cież byle gdzie, z byle kim. Na szczę­ście, za­wsze pod ręką był stary; ten wy­bor­nie ce­lo­wał w wy­czu­ciu sy­tu­acji.


– Późno! Za­sie­dzie­li­śmy się. Masz już dość, Pe­re­ira. Czas spać. O świ­cie musz­tra. Trze­ba prze­go­nić tę ha­ła­strę, bo ci się w pal­cach roz­ła­zi – za­wsze wy­pa­lał coś po­dob­ne­go, gdy się ro­bi­ło go­rą­co, gdy pod­chmie­lo­ny puł­kow­nik pró­bo­wał ob­ła­piać Emmę. Opla­tał ra­mie­niem talię Pe­re­iry, niby przy­jaź­nie, a rze­czy­wi­ście ho­lo­wał pi­ja­ka w kie­run­ku sy­pial­ni.


Chwi­le, które przy­cho­dzi­ły po ulu­la­niu puł­kow­ni­ka, osła­dza­ły gnu­śne go­dzi­ny nie­wo­li. Ko­bie­ta sia­da­ła na scho­dach, na ganku, a stary wy­no­sił roz­po­czę­tą bu­tel­kę i dwa krysz­ta­ło­we kie­lisz­ki. Emma li­czy­ła gwiaz­dy, spla­ta­ła srebr­ne nitki księ­ży­ca. Py­ta­ła… stary migał się jed­nak od zwie­rzeń.


Przy­był do Mek­sy­ku, by umrzeć jak męż­czy­zna: by polec w walce, nim lata i cho­ro­by za­wi­ną go w po­ściel. Nie kła­nia się kulom, te jed­nak upar­cie fru­wa­ją gdzieś bo­kiem, jakby szy­der­czo, zło­śli­wie. Pro­stacz­ko­wie okrzyk­nę­li go ku­lo­od­por­nym i uzna­li za wcie­le­nie ja­kie­goś az­tec­kie­go bożka. Wo­ła­ją na niego Stary Grin­go i boją się… jak jasna cho­le­ra. Mek­sy­kań­ski chło­pek pój­dzie z ma­cze­tą na ka­ra­bin ma­szy­no­wy, ale pad­nie na twarz przed czym­kol­wiek, co, w jego mnie­ma­niu, po­cho­dzi nie z tego świa­ta. Ciem­no­ta!


Tyle tyko udało się z niego wy­cią­gnąć. Stary nie chciał gadać, za to Emma traj­ko­ta­ła jak na­krę­co­na.


Licz­ne ro­dzeń­stwo, śmierć ojca, nie­do­la matki, bieda. Dwu­na­sto­go­dzin­ny dzień pracy w fa­bry­ce kon­serw, na przed­mie­ściach Oakland. Spo­tka­nia w kółku mło­dych so­cja­li­stów, Jack, ich szcze­nię­ce uczu­cia i pierw­sze unie­sie­nia. Usia­na prze­szko­da­mi droga do Yale. Fa­scy­na­cja zna­le­zi­ska­mi ska­mie­nie­lin di­no­zau­rów. – Wojna o kości. Ga­ze­ty hu­cza­ły! Słyn­na spra­wa… – stary wtrą­cił w jeden z dłuż­szych mo­no­lo­gów Emmy. Ro­mans ze star­szym o dobre dzie­sięć lat wy­kła­dow­cą. Jej dy­plom, awans uko­cha­ne­go, po­rzu­ce­nie, roz­pacz. Po­mysł na eska­pa­dę po Mek­sy­ku. Tu­tej­sze for­ma­cje są bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ne i bez wąt­pie­nia skry­wa­ją kości smo­ków.


Stary nie mówił o sobie, ale był wdzięcz­nym uczest­ni­kiem kon­wer­sa­cji. Znał życie, wie­dział, co zna­czy roz­pacz, po­rzu­ce­nie, od­trą­ce­nie. Ni­cze­go się nie spo­dzie­wał. Nie roz­dra­py­wał ran, tylko goił je po­czu­ciem dy­stan­su i cie­płem słowa. A słowa nio­sły magię, dźwi­ga­ły po­ezję.


– Kiedy ktoś coś po­rzu­ca, znaj­du­je to inny. Od­trą­co­ny za­ta­cza się jak pi­ja­ny, a pi­ja­ny czuje wła­dzę nad duszą, z czego bie­rze się wła­śnie ra­dość upo­je­nia. Hi­ste­ryk śmie­je się w roz­pa­czy, ja śmie­ję się z roz­pa­czy. Śmiać się czy roz­pa­czać: jedno i to samo. – Takie i po­dob­ne mak­sy­my pły­nę­ły z ust Grin­go, dźwię­ki pie­ści­ły ucho ko­bie­ty, wy­stu­ku­jąc mo­no­ton­ny rytm wa­go­nów na luź­nym pod­kła­dzie ko­le­jo­wym.


Kie­li­szek wina i po­ezja słów dzia­ła­ły po­dob­nie do na­parst­ka lau­da­num: od­pły­wał nie­po­kój i ból, duszę prze­sy­cał bło­go­stan. Emma skła­da­ła głowę na pier­si sta­re­go, jego szorst­ka dłoń czo­chra­ła piesz­czo­tli­wie burzę kasz­ta­no­wych loków. Pierw­sza wo­al­ka zwiew­ne­go snu tu­li­ła serce ko­bie­ty. Czuła w pół­śnie, pół­ja­wie, jak Grin­go bie­rze ją na ręce, unosi nad­zwy­czaj lekko, jakby zu­peł­nie nic nie wa­ży­ła, nie­zwy­kle de­li­kat­nie skła­da słod­ki bagaż na won­nym sien­ni­ku sier­mięż­ne­go łóżka. Raz, nim usły­sza­ła od­da­la­ją­ce się kroki, ob­ję­ła sta­re­go za szyję. Pró­bo­wa­ła za­cho­wać przy sobie jego cie­pło, pra­gnę­ła po­czuć je w sobie. W tej chwi­li była naj­bli­żej po­zna­nia praw­dy: ko­bie­ca żądza roz­kwi­ta naj­buj­niej na ko­bier­cu mę­skiej oso­bo­wo­ści.


– Nic ci nie mogę dać. Nie mam przy­szło­ści – wy­szep­tał Grin­go, wy­śli­zgu­jąc się spod ra­mie­nia Emmy, ni­czym Hydra z uści­sku Her­ku­le­sa.


Con­cha usta­wi­ła ta­bo­ret na se­kre­ta­rzy­ku i wspi­na­ła się po tej pi­ra­mid­ce, wie­sza­jąc ko­lej­ne gir­lan­dy. Ze­ska­ki­wa­ła z dwóch schod­ków i spa­da­ła lekko na pod­ło­gę, wy­krę­ca­jąc za każ­dym razem ra­do­sny pi­ru­ecik. Przy każ­dym ob­ro­cie przy­krót­ka spód­nicz­ka uno­si­ła się w górę i za­wi­sa­ła na mo­ment w po­wie­trzu. Mek­sy­kań­ska chłop­ka nie znała i nie uży­wa­ła bie­li­zny. Gład­ka, opię­ta na pupie skóra od­bi­ja­ła sło­necz­ne re­flek­sy, wpa­da­ją­ce do sali przez szybę wy­so­kie­go okna. Bose, wil­got­ne stóp­ki od­ci­ska­ły na gład­kiej po­li­tu­rze blatu ma­to­we tropy, zwiew­ne efe­me­ry­dy, ży­ją­ce kilka se­kund i gi­ną­ce w ete­rze go­rą­ce­go po­wie­trza, niby ślady igra­szek do­mo­wych dusz­ków. Emma dzie­li­ła uwagę po­mię­dzy pre­cy­zyj­ne ruchy po­skle­ja­nych pal­ców, a ob­ser­wa­cję nie­win­nych figli na­iw­nej istot­ki. Pró­bo­wa­ła od­rzu­cić na­tręt­ną myśl: na­sto­lat­ki ko­kie­tu­ją in­tu­icyj­nie.


Ko­bie­ta za­ży­wa­ła ką­pie­li zwy­kle o za­cho­dzie słoń­ca, przed ry­tu­al­ną ko­la­cją u Pe­re­iry, gdy wspo­mnie­nie o wan­nie go­rą­cej wody, w rześ­kim chło­dzie wie­czo­ru, nie przy­pra­wia­ło o mdło­ści. Con­cha usłu­gi­wa­ła przy to­a­le­cie, szo­ru­jąc plecy Emmy na­my­dlo­ną gąbką. Pil­nie stu­dio­wa­ła kształ­ty doj­rza­łe­go ciała.


– Chcia­ła­bym mieć takie duże cycki.


– Więk­sze cycki to więk­szy kło­pot. Twoje są chyba w sam raz… – po­dzie­li­ła się do­świad­cze­niem i spo­strze­że­niem Emma, po­chwy­ci­ła rąbek bia­łej ko­szul­ki i ener­gicz­nie po­cią­gnę­ła w górę. – Mó­wi­łam… aku­rat: jędr­ne i słod­kie jak doj­rza­łe po­ma­rańcz­ki. Fan­ta­stycz­nie zdo­bią zja­wi­sko urody, fi­gur­kę in­diań­skiej księż­nicz­ki. Fuj…! Ale się po­cisz! Upał. Wska­kuj, bru­da­sku… Razem się po­plusz­cze­my.


3.


At­mos­fe­rę po­łu­dnio­wej fie­sty Emma po­zna­ła w dzie­ciń­stwie, w Ka­li­for­nii. Teraz było po­dob­nie: or­kie­stra, tańce, ko­lo­ro­we stro­je, ugi­na­ją­ce się stoły, pły­ną­cy rzeką al­ko­hol; nocne niebo ugwieź­dzi­ły nawet race i sztucz­ne ognie. A wszyst­ko to na jej cześć. Re­gio­nal­ny, wie­lo­barw­ny ubiór przy­dał zja­wi­sko­wej uro­dzie małej Con­cep­tion jesz­cze więk­sze­go bla­sku. Mro­wi­ły ko­niusz­ki pal­ców, mię­śnie łydek drża­ły jak w fe­brze: dzi­siej­szej nocy Emma spę­dzi­ła wię­cej czasu na par­kie­cie, niż pod­czas ostat­niej, no­wo­rocz­nej po­tań­ców­ki w sto­do­le sta­re­go O’Kelly. Kro­pel­ki potu skrzy­ły się na wy­so­kim czole. Zdro­wy ru­mie­niec kra­sił blade lico, ma­sko­wał ró­żo­wym tu­szem mro­wi­sko wszę­do­byl­skich pie­gów.


Wpraw­dzie dzi­siej­sza noc była szcze­gól­nie uro­czy­sta, a Pe­re­ira sta­rał się trzy­mać jak naj­dłu­żej fason, po­wtó­rzył się sce­na­riusz każ­dej wie­czor­nej ko­la­cji. Puł­kow­nik znowu wypił za dużo i w pew­nym mo­men­cie ogło­sił, że wszyst­kie tańce z Emmą re­zer­wu­je dla sie­bie. Kilka razy wy­strze­lił z re­wol­we­ru w sufit, na wiwat, ścią­ga­jąc na głowy gości śnie­ży­cę wa­pien­ne­go pyłu. Roz­ka­zał grać same tanga, a ten go­rą­cy ta­niec, w jego wy­ko­na­niu, na­bie­rał szcze­gól­nie ero­tycz­ne­go pod­tek­stu. Stary, jak zwy­kle, ra­to­wał Emmę z opre­sji:


– Od­bi­ja­ny! – huk­nął w ucho Pe­re­iry, ode­pchną bez­ce­re­mo­nial­nie opoja i chwy­cił ko­bie­tę w ob­ję­cia.


Po kilku ob­ro­tach prze­ka­zał roz­krę­co­ną kukłę w ręce Jacka, a sam po­drep­tał w kie­run­ku awan­tu­ru­ją­ce­go się gło­śno, pró­bu­ją­ce­go prze­krzy­czeć or­kie­strę puł­kow­ni­ka. Emma wi­dzia­ła kątem oka, jak obej­mu­je go i ho­lu­je utar­tym spo­so­bem, a gdy po­wró­cił po chwi­li, wy­rwa­ła się z objęć pierw­szej mi­ło­ści i padła sta­re­mu w ra­mio­na. Ero­tycz­ny cha­rak­ter tanga ko­re­spon­do­wał z jej ak­tu­al­nym na­stro­jem. Gdy opla­ta­ła ko­la­na­mi udo part­ne­ra, a swoje wci­ska­ła w szew jego roz­por­ka, czuła, że ta bli­skość nie jest sta­re­mu zu­peł­nie obo­jęt­na. Pew­ność nie­za­prze­czal­ne­go faktu rosła, w miarę pęcz­nie­nia za­war­to­ści no­gaw­ki. Była da­le­ka od za­że­no­wa­nia, dzi­wi­ło ją tylko, że u sta­re­go fa­ce­ta po­ja­wia się… taki słusz­ny roz­miar. Choć gesty nie wy­ma­ga­ły słów, Grin­go po­czuł po­trze­bę wer­ba­li­za­cji:


– Robi się nie­bez­piecz­nie.


– Nasza za­ży­łość już chyba dawno prze­kro­czy­ła gra­ni­cę bez­pie­czeń­stwa. – Głos Emmy pie­ścił cie­płym wes­tchnie­niem; ko­kie­to­wa­ły zie­lo­ne oczy, igra­jąc pół fi­glar­nym, pół na­mięt­nym spoj­rze­niem.


– Byłem krzyw­dzo­ny i krzyw­dzi­łem. Stary czło­wiek musi zdać ra­chu­nek. Teraz mam bi­lans ze­ro­wy. Nie chcę już wię­cej ranić…


– Za­dasz naj­głęb­szą ranę, je­że­li zo­sta­wisz tej nocy!


– Ta noc może być ostat­nią w moim życiu.


– I w moim… Nigdy nie mamy pew­no­ści. Nikt nie zna swo­je­go jutra.


– Praw­do­po­do­bień­stwo się liczy.


– Praw­do­po­do­bień­stwo jest za­wsze takie samo.


– Fi­lo­zo­fia.


– Ty je­steś spe­cja­li­stą od fi­lo­zo­fii.


– Ty je­steś spe­cja­list­ką od kości. Ko­lek­cjo­nu­jesz sta­ro­cie.


– Ten smok w roz­por­ku… ska­mie­li­na!


Grin­go robił to per­fek­cyj­nie. Emma czuła ru­ty­nę i do­świad­cze­nie. Kto mówił, że sta­rzy fa­ce­ci cuch­ną grzy­bem i capem? Nie­któ­rzy może tak, ale nie Grin­go: świe­ży pot, ku­bań­ski tytoń, drogi ko­niak – za­pach praw­dzi­we­go męż­czy­zny. Twar­de jak zadek ogie­ra mię­śnie ob­na­ża­ły przy każ­dym ruchu szcze­gó­ły ana­to­mii ciała. Czas oszczę­dził sta­re­mu upo­ko­rze­nia. Twar­dość z roz­por­ka nie mię­kła, a za­da­wa­ła tak głę­bo­kie i pre­cy­zyj­ne kłu­cia, że Emma mu­sia­ła tłu­mić przed­wcze­sny pa­rok­syzm roz­ko­szy. Z sali ba­lo­wej do­bie­ga­ły tony me­lo­dii, akom­pa­nio­wał im we­so­ły, dzie­cię­cy śmiech Con­chi­ty, a oni ta­rza­li się w stró­żów­ce, w je­dwab­nej po­ście­li don Ge­rva­sia. Emma do­cho­dzi­ła kil­ku­krot­nie. Za każ­dym razem, gdy fala na­mięt­no­ści się­ga­ła szczy­tu roz­ko­szy, oczom wez­bra­nej żądzy jawił się na­tręt­ny kon­ter­fekt: dwie okrą­głe, ape­tycz­ne po­ma­rańcz­ki Con­chi­ty.


Emma uchy­li­ła po­wie­ki, ale nie zmie­ni­ła po­zy­cji ciała. Obu­dzi­ła ją krzą­ta­ni­na Grin­go. Stary wcią­gnął spodnie, prze­rzu­cił przez ramię ko­szu­lę, pod­szedł do se­kre­ta­rzy­ka i prze­glą­dał le­żą­ce na bla­cie książ­ki. Le­d­wie omiótł wzro­kiem tytuł – od­kła­dał tomik na miej­sce. Jeden pie­ścił w dło­niach nieco dłu­żej. Emma prze­cią­gnę­ła się z głę­bo­kim wes­tchnie­niem. Do­szła do wnio­sku, że nad­szedł już czas, by za­ma­ni­fe­sto­wać po­wrót do życia:


– Czy­ta­łeś…?


– A ty…?


– Jaki to autor?


– Am­bro­se Bier­ce.


– Aaa, to… Nie! Nie zdą­ży­łam. Nie mogę się tutaj sku­pić. Czy­ta­łam jedno opo­wia­da­nie tego au­to­ra w ja­kiejś po­po­łu­dniów­ce. Nie pa­mię­tam, o co cho­dzi­ło, ale po­do­ba­ło mi się. Zo­ba­czy­łam tomik na wy­sta­wie księ­gar­ni. Ku­pi­łam. Do­rzu­ci­łam do po­dróż­nej bi­blio­tecz­ki.


– Prze­czy­tasz?


– Na pewno!


– Prze­czy­taj.


– Dobre? Czy­ta­łeś?


– Znam tego au­to­ra.


– Co czy­tu­jesz?


– Różne rze­czy.


– Teraz coś czy­tasz?


– Za­bra­łem ze sobą Don Ki­cho­ta. Ce­rvan­tes. Znasz?


– Każdy zna, prze­cież.


– Wcze­śniej tego nie czy­ta­łem. Zbie­ra­łem się kilka razy, ale jakoś tak… Ta książ­ka to ostat­ni ra­chu­nek, który muszę wy­rów­nać ze świa­tem.


Stary wcią­gnął na grzbiet ko­szu­lę, otwo­rzył wiel­kie skrzy­dło bal­ko­no­we­go okna i wy­szedł na ganek. Wszech­obec­na Con­chi­ta, wzo­rem le­śne­go elfa, bie­ga­ła od rana tam i sam, ra­do­śnie, wokół bo­ga­te­go do­mo­stwa nie­daw­ne­go go­spo­da­rza. Wę­giel­ki czar­nych ocząt sy­pa­ły fi­glar­ne ogni­ki. Kosa kru­czych wło­sów fa­lo­wa­ła zwin­nie przy każ­dym ruchu, jakby pro­wa­dzo­na ręką wpraw­ne­go żni­wia­rza. Dziew­czę prze­fru­nę­ło przez ganek, a stary piesz­czo­tli­wie klep­nął roz­bry­ka­ny ty­łe­czek.


– Kawy nam przy­nieś, a mi­giem!


– Roz­kaz, se­nior Grin­go! – Wy­dat­ne, kar­mi­no­we wargi roz­je­cha­ły się w sze­ro­kim uśmie­chu, pe­reł­ki bia­łych zębów za­iskrzy­ły w świe­tle pran­ka.


Emma okry­ła na­gość po­włó­czy­stym szla­fro­kiem, cia­sno prze­wią­zu­jąc talię je­dwab­ną wstę­gą. Dzba­nu­szek aro­ma­tycz­ne­go na­pa­ru, usta­wio­ny na srebr­nej tacy w to­wa­rzy­stwie wy­szu­ka­nej za­sta­wy, pa­ro­wał na ra­ta­no­wym sto­li­ku. Stary stał w po­ło­wie ni­skich scho­dów, za­chły­stu­jąc się dymem czar­ne­go cy­ga­ra. Emma prze­kro­czy­ła kilka stop­ni, Grin­go objął ją lewym ra­mie­niem, przy­cią­gnął do sie­bie, dło­nią pra­wej ręki wska­zał od­le­gły punkt, wy­pa­trzo­ny na linii da­le­kie­go ho­ry­zon­tu.


– Nie mogę ci wiele dać. Mam jed­nak coś dla cie­bie… Wi­dzisz tę mgieł­kę na nie­bo­skło­nie?


– Aha…


– Roz­ma­za­ny ho­ry­zont… Po­wie­trze pląsa. Tutaj, o tej porze, jak okiem się­gnąć, tylko spa­lo­na trawa. Cza­sa­mi tań­czą­ce po­wie­trze ro­śnie, a wtedy bu­du­je mi­ra­że. Gdy jed­nak jest takie wą­skie, nie­wie­le szer­sze od kre­ski, można nim ry­so­wać wspo­mnie­nia. Tam, hen, za nie­bo­skło­nem, tę­sk­ni kra­ina dzie­ciń­stwa. Szma­rag­do­we ko­bier­ce łąk pną się ku pla­ty­no­wym szczy­tom dum­nej Kor­dy­lie­ry. Krysz­ta­ło­we po­to­ki spa­da­ją z gór, ha­ftu­jąc srebr­ną przę­dzą tur­ku­so­we dy­wa­ny. Wieża ziemi, nie­śmier­tel­na se­kwo­ja, strze­la tak wy­so­ko w nie­ska­la­ny błę­kit nieba, że uwite na jej wierz­choł­ku gniaz­do, zda się, sie­dzi po­środ­ku kom­na­ty sa­me­go Wszech­mo­gą­ce­go. Sa­mot­ny wę­dro­wiec, prze­mie­rza­ją­cy tę zie­mię, skry­je się cza­sem w cie­niu po­tęż­ne­go orła, który, roz­po­starł­szy sze­ro­ko skrzy­dła i groź­nie na­stro­szyw­szy pióra, że­glu­je ma­je­sta­tycz­nie po la­zu­ro­wej toni. Żagle króla prze­stwo­rzy błą­ka­ją się cza­sem i tutaj; wtedy mu­stru­jesz ducha na pod­nieb­ny szku­ner i szy­bu­jesz, dając się po­nieść wi­chrom tę­sk­no­ty ku temu, co prze­mi­nę­ło, co przy­pa­dło w udzia­le szcze­nię­cej bez­tro­sce, co po­grze­ba­ne pod pyłem mkną­ce­go bez przy­stan­ku czasu.


– Na­ma­lo­wa­łeś obraz… Na­ma­lo­wa­łeś sło­wem… Dla mnie…? Uro­cze! To naj­pięk­niej­sza rzecz, jaką do­sta­łam w życiu. Je­steś poetą?


– Byłem… Byłem żoł­nie­rzem. Ot, coś nie­raz zagra tak w duszy… Wi­dzia­łem cię wcze­śniej.


– Słu­cham…


– Wi­dzia­łem przez lor­net­kę. Grze­ba­łaś w ziemi, nad rzeką. Pew­nie szu­ka­łaś smo­czych kości… Chiń­czyk sie­dział na wozie, opar­ty o ko­zioł, Jack leżał na pace, opa­tu­lo­ny plan­de­ką.


– I…


– Szaj­ka ko­nio­kra­dów prze­pra­wia­ła tabun przez rzekę. Po­gna­łem za nimi. Strze­la­li­śmy do sie­bie. Nie wi­dzia­łaś tego?


– Ach, tak… coś sobie przy­po­mi­nam. Wiesz, tu lu­dzie czę­sto strze­la­ją. Cią­gle się kłócą, coś sobie krad­ną na­wza­jem. Naj­lep­szy spo­sób to uda­wać, że nic się nie widzi, nie sły­szy. Sta­ram się nie wty­kać nosa w nie swoje spra­wy.


– Słusz­nie!


– I co…? Od­bi­łeś konie?


– Gdzie tam… Z dużo ich było. Kilku po­wa­li­łem, ale obe­rwa­łem. Lekko… ale wpa­dłem do wody. Nim się wy­grze­ba­łem na brzeg, po ko­niach i ko­nio­kra­dach smród tylko zo­stał.


– Po jaką cho­le­rę to zro­bi­łeś?!


– Don­ki­szo­te­ria.


– Mo­głeś zgi­nąć!


– Chcia­łem zgi­nać. Przy­by­łem tutaj, by umrzeć. Nadal chcę zgi­nąć. Chyba… chyba chcę. Tak mi się wy­da­je. Teraz to już sam nie wiem.


Pe­re­ira zdrzem­nął się rap­tem ze dwie go­dzi­ny, a że bal się już wła­ści­wie skoń­czył i wszy­scy roz­sy­pa­li się po kwa­te­rach, po­szedł do czwo­ra­ków, by pić z kom­pa­na­mi, ćmić ha­wań­skie cy­ga­ra, rżnąć w kości do bia­łe­go rana, ob­ła­piać grube ku­char­ki. Z tru­dem utrzy­mu­jąc pion, so­lid­nie wsta­wio­ny, wra­cał do wy­twor­nej sy­pial­ni. Wia­dro al­ko­ho­lu nie uko­iło bólu serca, nie spra­ło plamy na ho­no­rze. Prze­czu­wał, co wy­da­rzy­ło się tej nocy, a w po­dej­rze­niach utwier­dza­ły go nie­wy­bred­ne do­cin­ki kum­pli. Ame­ry­kań­ska suka gziła się ze sta­rym capem, to pewne! Jose Pe­re­ira, puł­kow­nik, sie­dzi w czar­nej dupie, oczy­wi­ste! Teraz go­łą­becz­ki raczą się ka­wu­sią na ta­ra­sie, słod­kie! Dosyć…!


– Mamy sobie coś do wy­ja­śnie­nia, Grin­go!


– Za­mie­rzasz gadać tutaj, czy wej­dzie­my do środ­ka?


– Do środ­ka…


Pe­re­ira rzu­cił się na Grin­go, gdy tylko za­trza­snął za sobą drzwi sy­pial­ni. Wiej­ski osi­łek miał zde­cy­do­wa­ną prze­wa­gę fi­zycz­ną. Wiek od­ci­snął pięt­no na zdol­no­ściach bo­jo­wych sta­re­go żoł­nie­rza. Jed­nak al­ko­hol wy­rów­ny­wał szan­se. Grin­go zręcz­nie uni­kał nie­zdar­nej pię­ści. Chwy­cił wpół na­past­ni­ka, uniósł… i trzep­nął o par­kiet. Prawe ramię za­plótł wokół grdy­ki, lewym nad­garst­kiem za­klesz­czył sta­lo­we ima­dło. Raz do­ci­skał, raz lu­zo­wał mor­der­cze ob­cę­gi, dając prze­ciw­ni­ko­wi od­czuć, że dzier­ży wła­dzę ab­so­lut­ną. Uspo­ko­ił od­dech. Ci­chym gło­sem, ale zde­cy­do­wa­nym tonem, ce­dził w ucho bez­wład­ne­go Pe­re­iry:


– O babę się sprze­czasz, za­gro­do­wy burku… Wy­lu­zuj! Wszyst­ko to twoja wina.


– Puść, cho­le­ra! Udu­sisz… – char­czał upo­ko­rzo­ny puł­kow­nik.


– Bę­dzie spo­kój?


– Jasne…


– Przy­się­gasz?


– Przy­się­gam.


– Na źre­ni­ce Prze­naj­święt­szej Pa­nien­ki z Gu­ada­lu­pe?


– Przy­się­gam!


Grin­go wstał, otrze­pał nie­dba­le spodnie i po­pra­wił wy­cią­gnię­tą zza paska ko­szu­lę. Pe­re­ira dźwi­gnął się z tru­dem, zro­bił kilka kro­ków w po­chy­lo­nej po­sta­wie i klap­nął cięż­ko w głę­bo­kie sie­dzi­sko naj­bliż­sze­go fo­te­la. Stary uchy­lił skrzy­dło barku, od­mie­rzył dwie so­lid­ne por­cje ko­nia­ku, nie­mal do po­ło­wy na­peł­nia­jąc krysz­ta­ło­we kie­li­chy. Wyjął z he­ba­no­wej skrzy­necz­ki i wci­snął w zęby dwa grube cy­ga­ra. Prze­cią­gnął łepek dłu­giej za­pał­ki po po­li­tu­rze blatu; roz­ża­rzył końce czar­nych, zro­lo­wa­nych liści. Jeden kie­lich we­pchnął w rękę, jeden rulon w usta puł­kow­ni­ka. Prze­cha­dzał się po kom­na­cie, raz sma­ku­jąc bu­kiet kosz­tow­ne­go trun­ku, raz aro­mat wy­kwint­ne­go ty­to­niu.


– Wszyst­ko to twoja wina, Jose Pe­re­ira. Ona pro­si­ła, ja mó­wi­łem: daj babie kilku chło­pa, eskor­tę, i wy­gnaj w góry. Dawno by jej tutaj nie było. Chce grze­bać w ziemi… Niech grze­bie! Twier­dzi, że leżą tam smo­cze kości, że wcze­śniej zba­da­ła teren. Amo­rów ci się za­chcia­ło! Mało tu ku­cha­rek… Ona nie dla cie­bie. Nie dla ta­kie­go, jakim cię tutaj znaj­du­je. To ważna pani. Jej zna­le­zi­sko zrobi z cie­bie mi­ni­stra. Ja będę do­bi­jał się pew­nie do bram raju. Sta­niesz się KIMŚ. O, wtedy… wtedy mo­żesz się sta­rać.


4.


Upał obez­wład­niał. Konie stą­pa­ły le­ni­wie po spę­ka­nej ziemi. Ko­py­ta uno­si­ły do­kucz­li­we dro­bi­ny kurzu i pyłki ze­schnię­tych ro­ślin. Brnę­li w mil­cze­niu: tem­pe­ra­tu­ra tłam­si­ła dow­cip, at­mos­fe­ra wię­zi­ła słowa w ustach. Mil­czał nawet ga­da­tli­wy z na­tu­ry Jack. Emma przy­glą­da­ła się za­du­ma­nej, ogo­rza­łej twa­rzy męż­czy­zny. Pró­bo­wa­ła wnik­nąć w śro­dek jego głowy. Za­sta­na­wia­ło ją, co sądzi o jej ro­man­sie ze Sta­rym Grin­go? Czy myśli cza­sem o niej, jak o ko­bie­cie? Stara mi­łość po­dob­no nie rdze­wie­je… Ona nie za­po­mnia­ła, ale już dawno prze­sta­ła po­strze­gać Jacka jako po­strze­lo­ne­go, uro­cze­go szcze­nia­ka, z nie­dba­le za­rzu­co­ną na bok, sło­mia­ną grzyw­ką, cha­bro­wy­mi ocza­mi, kwa­dra­to­wą szczę­ką i wą­ski­mi, za­wzię­ty­mi usta­mi, które po­tra­fią cu­dow­nie ca­ło­wać. Am­bit­ny dzie­ciak wy­rwał się z brud­nych przed­mieść Oakland, po­szedł w jej ślady, a ona po­ma­ga­ła w nauce, w ka­rie­rze na­uko­wej. Pro­jekt był wpraw­dzie au­tor­stwa Emmy, ale to Jack zor­ga­ni­zo­wał fun­dusz na ich ba­da­nia te­re­no­we. Skąd wy­trza­snął pie­nią­dze? Nigdy nie spy­ta­ła. Nie chcia­ła wie­dzieć, nie wni­ka­ła w szcze­gó­ły. Jack przy­pro­wa­dził Weia, dwo­ru­jąc, że fun­da­men­ty uda­nej wy­pra­wy bu­du­je wy­kwint­na kuch­nia. Chiń­czyk wspa­nia­le go­to­wał, praw­da! Po­tra­fił upich­cić coś z ni­cze­go. Snuł się zwy­kle za wozem, zbie­ra­jąc ja­kieś zioła, a potem ciął to wszyst­ko skła­da­nym nożem i wrzu­cał do bocz­ku z fa­so­lą.


Wei przy­rzą­dził ostat­nie śnia­da­nie przed wy­jaz­dem z ha­cjen­dy; oszczę­dził ku­char­kom wcze­snej po­bud­ki. Brzask le­d­wie ró­żo­wił wąski pasek nieba nad ho­ry­zon­tem, że­gna­ła ich tylko roz­czo­chra­na Con­cha. Stary uści­skał ją po oj­cow­sku, ale po­kle­pał po tyłku, po męsku. Cho­ciaż tabor ru­szył, dziew­czy­na cią­gle tu­li­ła obie dło­nie Emmy. Usta przy­lgnę­ły do ust: splo­tły się cie­płe, wil­got­ne wargi, po ciele Emmy prze­mknę­ły roz­kosz­ne mrów­ki. Wszyst­ko to wy­da­wa­ło się takie spon­ta­nicz­ne, nie­win­ne, a jed­nak tro­szecz­kę nie­sto­sow­ne. Szczę­ście, że nikt ich nie wi­dział! Emma pierw­sza prze­cię­ła su­peł­ki warg i ję­zy­ków, przy­tu­li­ła dziew­czy­nę, prze­cze­sa­ła pal­ca­mi smo­li­ste włosy, czule uca­ło­wa­ła roz­pa­lo­ne czoło.


– Wrócę! Wrócę po cie­bie, Con­cha.


– Ob­ja­dę czuj­ki. – Stary ścią­gnął wodze, ob­ró­cił konia w miej­scu i ubódł bydlę ostro­gą.


Pe­re­ira ob­da­ro­wał eks­pe­dy­cję czwór­ką par­ty­zan­tów i… bło­go­sła­wień­stwem. Pro­wian­tu na szczę­ście nie ską­pił; Wei miał pełne ręce ro­bo­ty. Grin­go zgło­sił się na ochot­ni­ka: zgo­dził się na pią­te­go człon­ka eskor­ty. Puł­kow­nik nawet nie pró­bo­wał ukryć za­do­wo­le­nia. Miał po dziur­ki w nosie pa­no­sze­nia się upier­dli­we­go sta­ru­cha, wy­nie­sio­ne­go przez ciem­ny lud na oł­ta­rze. Dokąd czy­ści­li pół­noc z fe­de­ral­nych, stary był nawet przy­dat­ny; teraz przy­spa­rzał kło­po­tów. Pe­re­ira orzekł, że eks­pe­dy­cja nie po­trze­bu­je sil­niej­szej eskor­ty: fe­de­ral­nych dziś nie uświad­czysz, de­spe­ra­dos to teraz par­ti­sa­nos, a Apa­cze już nie mor­du­ją – pod­kra­da­ją krowy ran­cze­rom. Wię­cej ludzi nie da, bo za­mie­rza prze­dzie­rać się na po­łu­dnie, gdzie wo­ju­ją Villa i Za­pa­ta. Stary nie ma­ru­dził, stwier­dził je­dy­nie, że nie­waż­na ilość, liczy się ja­kość żoł­nie­rzy. Po­pro­sił, aby miej­sce mło­de­go Paco zajął Macho, in­diań­ski tro­pi­ciel.


Stary po­dzie­lił się z Emmą su­ro­wą opi­nią: „Ten kraj jest wciąż nie­bez­piecz­ny”. Nie zwa­żał na wła­sną osobę; bał się o życie ko­bie­ty, jej to­wa­rzy­szy i po­wo­dze­nie eks­pe­dy­cji. Usta­wił więc Macho w awan­gar­dzie, Ra­mi­re­za w arier­gar­dzie, a sam ze sta­rym de­spe­ra­do, Mo­ra­le­sem, oraz roz­trop­nym chłop­kiem, San­che­zem, pil­no­wał Emmy i wozu.


– Mo­ra­les, Mo­ra­les…! – krzy­czał Grin­go, osa­dza­jąc cwa­łu­ją­ce­go konia. – Ra­mi­rez znik­nął!


– Gdzie…?


– Gdzie?! Gdzie?! W dupie! My­śla­łem, że ty mi po­wiesz. Pew­nie zde­zer­te­ro­wał, szma­ciarz jeden…


– Eee, Ra­mi­rez… Gdzież­by… A, do baby może mu pilno. Kilka mil stąd jest małe pu­eblo. Pew­nie na dupki po­je­chał. Na chwi­lę… Na wie­czór bę­dzie z po­wro­tem.


– Prze­ja­dę się ka­wa­łek jego śla­dem. Jak znaj­dę w wio­sce, to ścią­gnę z dupy i na ko­pach przy­go­nię. Jak uciekł, na naj­bliż­szej ga­łę­zi po­wie­szę. Puść przo­dem San­che­za: niech zo­ba­czy, co tam u Macho, na szpi­cy.


– Stać! – ko­men­dę wy­po­wie­dzia­no gło­śno, jed­nak nie­zbyt zde­cy­do­wa­nym tonem. Wy­krzy­ku­ją­cy ofi­cer wy­glą­dał na zmie­sza­ne­go. – Kogo tu dia­bli niosą, że wprost za­py­tam, za prze­pro­sze­niem ja­śnie wiel­moż­nej pani.


– Z ja­śnie wiel­moż­ną to prze­sa­dzi­li­ście, ka­pi­ta­nie. Pan po­zwo­li, ofi­ce­rze… Emma Wat­son, pa­le­on­to­log. O, a tutaj… peł­no­moc­nic­twa mojej uczel­ni i po­le­ce­nie se­na­tu Sta­nów Zjed­no­czo­nych.


– Pa­pie­ry, pa­pie­ry, pa­pie­ry. – Ka­pi­tan chwy­cił wy­mię­ty do­ku­ment i prze­biegł nie­spo­koj­nym wzro­kiem. – Aaa, do czor­ta! Mało to mamy wła­snych pro­ble­mów… Tu widzę do­dat­ko­we. Pani wy­ba­czy… nie będę w sta­nie do­po­móc. Za­pę­dzi­łem się z moim pa­tro­lem da­le­ko na pół­noc. Go­ni­łem Apa­czów. W dro­dze po­wrot­nej prze­trze­bi­li nas i roz­pro­szy­li re­be­lian­ci, a teraz pró­bu­ję spro­wa­dzić te reszt­ki na po­łu­dnie. Mało mam ludzi, widać… Dwóch jesz­cze zde­zer­te­ro­wa­ło dzi­siej­szej nocy. Nie po dro­dze nam, że tak po­wiem.


– O, pro­szę nie za­przą­tać sobie głowy, panie ofi­ce­rze. Mam przy boku trzech tę­gich zu­chów: ko­le­gę z uczel­ni, chiń­skie­go ku­cha­rza i… o, tego tutaj… dziel­ne­go va­qu­ero – Emma wy­śpie­wy­wa­ła cie­płe słowa przy­ja­znym tonem, cza­ru­jąc służ­bi­stę nie­win­nym uśmie­chem; Mo­ra­les skrył się głę­bo­ko w cie­niu roz­ło­ży­ste­go som­bre­ra.


– O, ku­uur­wa… – Stary Grin­go rzad­ko prze­kli­nał, teraz nie szu­kał przy­zwo­ite­go od­po­wied­ni­ka; omi­nął z pra­wej ska­li­sty pa­gó­rek, wy­je­chał wprost na żoł­nie­rzy.


– Grin­go Viejo, Grin­go Viejo… – Po­mię­dzy mun­du­ra­mi prze­ta­czał się zło­wro­gi po­mruk.


Po­pu­lar­ność bywa kło­po­tli­wa. Sze­re­gow­cy po­ka­zy­wa­li pal­ca­mi, się­ga­li do kabur, uno­si­li ka­ra­bi­ny, skła­da­jąc się do strza­łu: nie zo­sta­wi­li sta­re­mu wy­bo­ru. Obie dło­nie opa­dły na rę­ko­je­ści dwóch wy­słu­żo­nych re­ming­to­nów. Każdy po­cisk uno­sił śmierć w oło­wia­nym sio­dle. Jack wci­snął Emmę na samo dno wozu. Wei, zgrab­nym tri­kiem pal­ców, uzbro­ił swój dziw­ny scy­zo­ryk, a sprę­ży­stym ru­chem nad­garst­ka wpro­wa­dził na­rzę­dzie w ruch, prze­ci­na­jąc tcha­wi­cę żoł­nie­rza, sie­dzą­ce­go na koniu, naj­bli­żej kozła woź­ni­cy. Mo­ra­le­so­wi bra­ko­wa­ło pre­cy­zji, strze­lał jed­nak nie­zwy­kle szyb­ko z win­che­ste­ra, zdo­by­te­go oneg­daj na ja­kimś straż­ni­ku Tek­sa­su, co na­bie­ra­ło – w po­dob­nej sy­tu­acji i przy nie­wiel­kiej od­le­gło­ści – wagi ar­gu­men­tu ko­ron­ne­go. Sze­reg mun­du­rów runął. Na dru­gim pla­nie uka­zał się woj­sko­wy fur­gon. Woź­ni­ca pró­bo­wał okieł­znać spło­szo­ne konie, a żoł­nierz uzbro­ić i wy­ce­lo­wać ka­ra­bin ma­szy­no­wy. Gdyby się udało… Nie zdą­żył… Wią­zan­ka lasek dy­na­mi­tu, opa­trzo­na sy­czą­cym, kró­ciut­kim lon­tem, od­bi­ła się od jego pier­si i za­gu­bi­ła gdzieś po­mię­dzy skrzyn­ka­mi, na samym dnie fur­go­nu; tym razem Mo­ra­les ce­lo­wał z nie­zwy­kłą dla sie­bie pre­cy­zją. Żoł­nierz pod­jął wpraw­dzie próbę go­rącz­ko­we­go po­szu­ki­wa­nia, ale… Po­wie­trze roz­darł huk po­tęż­nej eks­plo­zji. Po­fru­nę­ły w górę czap­ki i ka­pe­lu­sze, wszyst­kie konie sta­nę­ły dęba, zie­mia drża­ła i fa­lo­wa­ła pod ko­py­ta­mi, echo dobrą mi­nu­tę pa­pu­go­wa­ło dud­nią­ce dźwię­ki.


– Macho ślep­nie na stare lata, czy co? Kil­ku­na­stu chło­pa z fur­go­nem nie widzi… Skur­wiel! Gdzie on się wła­ści­wie po­dzie­wa? – Grin­go klął i sar­kał, strze­pu­jąc ka­pe­lu­szem pył z sze­ro­kich czap­sów.


– Po­sła­łem do niego San­che… wedle rozka… se­nior Grin­go. Potem wpa­dli­śmy pro­sto na fe­de­ral… Nie było żadne… ostrze­że… – Mo­ra­les tłu­ma­czył się gęsto, choć mówił nie­wy­raź­nie, splu­wa­jąc po każ­dym za­da­niu; usta miał pełne pia­chu.


– Ha­aalo! Czy któ­ryś z sza­now­nych panów bę­dzie tak uprzej­my i ze­chce pomóc ko­bie­cie? – wo­ła­ła Emma, mo­cu­jąc się z ja­kimś gła­zem.


– Co to? – Stary uca­pił drugi ko­niec po­dłu­go­wa­tej skał­ki.


– Wy­glą­da na ska­mie­li­nę wiel­kiej kości udo­wej.


– Co z tym?


– Na pakę.


– Tutaj to le­ża­ło?


– Gnat się walał, nie widać za to szcząt­ków ludzi i wozu. Czy to cię nie za­sta­na­wia?


– Dy­na­mit wpadł mię­dzy skrzyn­ki z amu­ni­cją. Wiel­kie bum… i wszyst­ko zmie­ni­ło się w pył.


– Ani drzazg, ani okuć? A ka­ra­bin ma­szy­no­wy… Też w pył się roz­sy­pał?!


– Jakaś pod­po­wiedź…


– Przejdź się ka­wa­łek w tamtą stro­nę… i zer­k­nij pod nogi. Tylko ostroż­nie!


5.


Emma pu­ści­ła linę, gdy po­czu­ła uścisk dłoni sta­re­go na bio­drach. Grotę roz­ja­śnia­ło kilka la­ta­rek elek­trycz­nych pa­ten­tu Mi­sel­la. Ko­bie­ta uru­cho­mi­ła swój re­flek­to­rek. Snop świa­tła wy­ło­wił ster­tę desek, prze­sy­co­nych krwią, po­prze­ty­ka­nych strzę­pa­mi ludz­kich i zwie­rzę­cych szczą­tek. Spo­mię­dzy drzazg wy­glą­da­ła lufa ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. Emma po­wstrzy­ma­ła od­ruch wy­miot­ny. Omia­ta­ła żół­tym krę­giem pod­ło­że i ścia­ny, pró­bu­jąc przejść nad nie­daw­ną tra­ge­dią do po­rząd­ku dzien­ne­go i przed­sta­wić się sam­com w bla­sku to­tal­ne­go pro­fe­sjo­na­li­zmu. Wstęp­ne oglę­dzi­ny przy­nio­sły obie­cu­ją­ce re­zul­ta­ty; ko­bie­ta przy­ję­ła dumną po­sta­wę, zro­bi­ła mądrą minę i prze­mó­wi­ła do współ­to­wa­rzy­szy:


– Eks­plo­zja do­ko­na­ła wy­ło­mu w skale, od­sła­nia­jąc wej­ście do ja­ski­ni. Osady geo­lo­gicz­ne utwier­dza­ją mnie w prze­ko­na­niu, że znaj­dzie­my tutaj coś cie­ka­we­go. Zresz­tą, kość udowa di­no­zau­ra nie spa­dła prze­cież z nieba. Zna­czy się… spa­dła, lecz po­de­rwa­ła ją wcze­śniej eks­plo­zja.


Lina, ich winda do dna groty, drgnę­ła, po czym bły­ska­wicz­nie po­wę­dro­wa­ła w górę.


– Wei, co ty tam pa­ja­cu­jesz?! Po jaką cho­le­rę za­bie­rasz linę? – wy­krzyk­nął stary, przy­ci­ska­jąc do ust zło­żo­ne w tubę dło­nie.


– Nie­spo­dzian­ka, se­nior Grin­go…! – W owal­nym ob­ry­sie otwo­ru, na tle błę­kit­ne­go nieba, uka­zał się kon­tur głowy, uwień­czo­nej sze­ro­ko­skrzy­dłym ka­pe­lu­szem. – To ja, Jose Pe­re­ira, puł­kow­nik. Wra­ca­jąc z chło­pa­ka­mi na po­łu­dnie, od­bi­łem ka­wa­łek na za­chód, po wa­szych śla­dach. Brawo! Dobra ro­bo­ta: mówię o tych po­dziu­ra­wio­nych fe­de­ral­nych. Stary Grin­go w naj­lep­szej for­mie.


– Skończ z tymi pier­do­ła­mi, Pe­re­ira. – Stary się nie­cier­pli­wił. – To ty mi zdją­łeś Macho i Ra­mi­re­za?


– Na oczy ich nie wie­dzia­łem! Też mi się jeden za­wie­ru­szył. De­zer­te­ru­ją, psie­sy­ny. Pew­nie mają już dosyć wojny…


– Do rze­czy! Kie licho cię tu przy­gna­ło? Czego sobie win­szu­jesz?


– Czego…? Ga­da­ją, że Grin­go Viejo ku­lo­od­por­ny. Chcia­łem zo­ba­czyć, jak z gło­dem i pra­gnie­niem sobie po­ra­dzi.


– Pie­przysz jak po­tłu­czo­ny!


– Za kilka dni ina­czej po­ga­dasz. Mamy mnó­stwo czasu. Chyba tu stanę obo­zem… Panna Wat­son, ze spę­ka­ny­mi usta­mi, bę­dzie bła­gać o kro­plę wody, ofe­ru­jąc w za­mian swe wdzię­ki. Stary pa­lu­chy po­ob­gry­za, albo… Wła­śnie…! Cie­ka­we, czy Grin­go Viejo od­por­ny na kule z wła­sne­go re­ming­to­na?


– Dobra… zo­ba­czy­my, komu pierw­sze­mu się znu­dzi. Wy­puść choć Jacka i Mo­ra­le­sa.


– Mło­kos to chyba były przy­du­pas panny Wat­son… Mo­ra­les mo­dlił­by się do Grin­go Viejo, gdyby go w ramy opra­wić. Wszy­scy­ście warci sie­bie na­wza­jem. Gnij­cie więc razem… na dole.


– Znaj­dę cię nawet w pie­kle, Pe­re­ira, a jak tam zdy­bię, za­mie­nię dupę w wy­ko­pa­li­sko.


– Do zo­ba­cze­nia w pie­kle, Grin­go! Jak już za­stu­kasz do bramy, prze­każ dia­bli­kom ukło­ny od se­nio­ra Pe­re­iry, puł­kow­ni­ka, i po­wiedz… – Jose nie skoń­czył zda­nia, ostat­niej ora­cji za­sra­ne­go życia.


Bez­wład­ne ciało gruch­nę­ło o dno groty, wzbi­ja­jąc tonę miał­kie­go pyłu.


– Sam im to po­wiedz – mruk­nął stary, gdy tylko opadł kurz; z ple­ców Pe­re­iry wy­sta­wał trzo­nek noża.


Pył wolno osia­dał, a na górze wrza­ło. Po­zo­sta­wio­ny na cza­tach Wei, gdy tylko do­strzegł od­dział Pe­re­iry, ulot­nił się jak kam­fo­ra. Pod­słu­chi­wał, pod­glą­dał, ukry­ty za naj­bliż­szym wy­stę­pem skal­nym. Gdy już bez­błęd­nie oce­nił sy­tu­ację a w gło­wie uło­żył mor­der­czy plan, spadł na po­wstań­ców ni­czym bicz boży. Z nie­by­wa­łą pręd­ko­ścią ude­rzał i kopał, ci­skał ma­leń­kie no­ży­ki i śmier­cio­no­śne gwiazd­ki. Z chi­rur­gicz­ną pre­cy­zją, uży­wa­jąc zwin­nych nad­garst­ków, mon­to­wał ja­kieś za­pa­śni­cze dźwi­gnie, ła­miąc koń­czy­ny i karki. Uwi­nął się tak szyb­ko, że żaden z prze­ciw­ni­ków nie zdą­żył wy­strze­lić, a tylko z nie­licz­nych gar­deł po­pły­nął przed­śmiert­ny okrzyk.


– Czy­sto, panie Jacku – wy­krzyk­nął w cze­luść Chiń­czyk, wy­chy­la­jąc głowę poza kra­wędź otwo­ru.


– Dobra ro­bo­ta, Wei! Spi­sa­łeś się na medal. Sza­cu­nek… – od­po­wie­dział Jack, a w jego gło­sie po­brzmie­wa­ła duma. – Czu­waj dalej na górze, a my się tu tro­chę po­krę­ci­my. Zaj­rzy­my głę­biej… To jakiś la­bi­rynt: ja­ski­nia cią­gnie się spory ka­wa­łek pod zie­mią


– Nie strze­lał? Po­za­bi­jał? Sam jeden… Wszyst­kich…! – za­zwy­czaj bez­na­mięt­ny Grin­go nie krył wy­ra­zów po­dzi­wu i zdu­mie­nia.


– Eee, to takie sztucz­ki chiń­skich ku­cha­rzy… czy chiń­skich bok­se­rów. Eee, jeden czort! Mó­wi­łem Emmie, że się przy­da. Sły­sza­łem, że mie­sza spraw­nie nie tylko w kotle, ale i w ludz­kich wnętrz­no­ściach.


– Wi­dzi­cie to…?! – Emma piała z za­chwy­tu. Klę­cza­ła; w pra­wej dłoni dzier­ży­ła la­tar­kę, lewą strze­py­wa­ła pył z tego, co wy­ła­wia­ło z ciem­no­ści mdłe świa­tło. – Matko! Kom­plet­ny szkie­let di­no­zau­ra. O, i jesz­cze jeden! O, i tam…! O…! A tu…! To jaja! Jezu! Je­ste­śmy w ja­ski­ni smoka. Dawno, dawno temu, nim wszyst­ko po­chło­nę­ła zie­mia, było tu gniaz­do di­no­zau­ra. Nie­by­wa­łe! Fan­ta­stycz­ne! Bo­ooże dro­oogi!


– Pięk­nie! Bar­dzo pięk­nie! By­ło­by jesz­cze pięk­niej, gdyby nie śmier­dzia­ło. Ile czasu gnije taki di­no­zaur, taka kupa mięsa? – Stary na­cią­gnął na nos ob­wią­za­ną wokół szyi chu­s­tę, jakby chro­nił płuca przed pyłem ste­po­wym, wznie­sio­nym ko­py­ta­mi setki cwa­łu­ją­cych mu­stan­gów.


– To ska­mie­li­ny: spe­try­fi­ko­wa­ne smoki, a wła­ści­wie ich szcząt­ki kost­ne. Epokę di­no­zau­rów od­dzie­la­ją od na­szej mi­lio­ny lat. Ma­te­ria or­ga­nicz­na już dawno ule­gła pro­ce­so­wi roz­kła­du. Te gnaty nie mogą śmier­dzieć.


– Nie mogą, a śmier­dzą. Cie­ka­we…


– Może to coś in­ne­go śmier­dzi… Nie­waż­ne! Póź­niej się w tym roz­pa­trzy­my. Wra­ca­my na górę, po sprzęt. Wszyst­kie­go stąd nie wy­nie­sie­my. Zresz­tą, nie ma ta­kiej po­trze­by. Kilka ma­łych gna­tów wy­ko­pie­my, resz­tę sta­no­wisk ozna­czy­my. Skom­ple­tu­ję do­ku­men­ta­cję fo­to­gra­ficz­ną; w ku­frze mam apa­rat, za­bra­łam też lampę bły­sko­wą.


– Przy­wlo­kę tutaj swój tyłek, tylko pod jed­nym wa­run­kiem…


– Tak…


– Je­że­li obie­casz, że za­bie­rzesz też ten fla­ko­nik pa­ry­skich won­no­ści, który wi­dzia­łem w twoim po­ko­ju, na eta­żer­ce.


– Mó­wisz o tych…? – Emma roz­chy­li­ła de­kolt, ze­rwa­ła chu­s­tę z nosa sta­re­go, ob­ję­ła dłoń­mi jego głowę i przy­cią­gnę­ła twarz ku słod­kiej bruź­dzie, roz­dzie­la­ją­cej pół­na­gie pier­si.


– Do­kład­nie… Dość tych głup­ste­wek. Nie je­ste­śmy sami. – Grin­go wy­szarp­nął głowę z piesz­czo­tli­we­go uści­sku, ze­rwa­ną chu­s­tę osa­dził na daw­nym miej­scu. – Dobra, wra­ca­my. Mo­ra­les, pro­wa­dzisz. Mo­ra­les… Mo­ra­les…! – Par­ty­zant mil­czał jak grób, sta­re­mu od­po­wia­da­ło echo. – Gdzie­żeś się po­dział, do dia­bła?!


– Ten też ci zde­zer­te­ro­wał? Re­wo­lu­cyj­na dys­cy­pli­na… Gra­tu­la­cje! – Emma, roz­anie­lo­na nie­daw­nym zna­le­zi­skiem, nie oszczę­dzi­ła sta­re­mu drwi­ny.


– Ślady krwi…


– Eee, wy­klu­czo­ne. Krew roz­sy­pa­ła się w pył mi­lio­ny lat temu.


– Świe­że ślady krwi. – Stary po­su­wał się wolno: stą­pał nie­zwy­kle ostroż­nie, świe­cąc la­tar­ką pod nogi. – Pro­wa­dzą do tego wy­ło­mu… O, tutaj jest ja­kieś wgłę­bie­nie…


Nie­bie­skie oczy Emmy, zanim się skry­ły za szczel­ny­mi ko­ta­ra­mi pie­go­wa­tych po­wiek, do­strze­gły kilka roz­cią­gnię­tych na ska­li­stym pod­ło­żu syl­we­tek. Żół­ta­wa po­świa­ta re­flek­to­ra wy­ło­wi­ła ich na­puch­nię­te, ciem­no­fio­le­to­we maski. Prze­ni­kli­wy odór wdarł się przez noz­drza, do środ­ka mózgu ko­bie­ty, gdzie zda­wał się wier­cić i wierz­gać. Nie po­wstrzy­ma­ła tor­sji: chlu­snę­ła ko­lo­ro­wa fon­tan­na. Pierw­szy z brze­gu leżał Mo­ra­les; twarz bie­li­ła się jak ko­mu­ni­kant.


– Mo­ra­les, trzy­maj się, chło­pie! – Stary kle­pał po­wstań­ca po pysku, a wi­dząc ozna­ki życia, pró­bo­wał prze­ło­żyć omdla­łe ramię przez kark i dźwi­gnąć bez­wład­ne ciało.


– Hom­bre-mo­squ­ito, hom­bre-mo­squ­ito – dwu­krot­nie wy­krztu­sił par­ty­zant, krze­sząc ostat­nie wes­tchnie­nie życia.


– Zo­staw! Bez sensu… Nie ma w nim kro­pli krwi – Emma par­ska­ła przez przy­ci­śnię­tą do ust chust­kę, ście­ra­jąc nią reszt­ki wy­mio­cin.


– Mamy więc de­zer­te­rów w kom­ple­cie – wes­tchnął stary, a ko­bie­cie wy­da­ło się, że brzmi to jakoś nie­sto­sow­nie no­stal­gicz­nie.


– Spo­cznie­cie więc w za­cnej kom­pa­nii – te słowa wy­po­wie­dział Jack, mie­rząc z re­wol­we­ru w pierś sta­re­go i kie­ru­jąc w jego oczy snop świa­tła la­tar­ki. – Bę­dzie pan uprzej­my, se­nior Grin­go, wy­cią­gnąć wolno splu­wy, uj­mu­jąc rę­ko­je­ści dwoma pa­lusz­ka­mi lewej ręki, i rzu­cić je na zie­mię, w moim kie­run­ku. Radzę za­nie­chać przy tym wsze­la­kiej ekwi­li­bry­sty­ki, zmie­rza­ją­cej do za­pre­zen­to­wa­nia nam pań­skich słyn­nych po­pi­sów strze­lec­kich.


Koń­cząc ostat­nią kwe­stię, Jack wy­ce­lo­wał re­flek­tor pro­sto w syl­wet­kę Emmy. Prze­ra­że­nie w sze­ro­ko otwar­tych oczach, ostra stal przy­kle­jo­na do ak­sa­mi­tu ła­bę­dziej szyi, sko­śne oczy ły­pią­ce re­flek­sa­mi bia­łek gdzieś zza ple­ców dy­go­czą­cej ko­bie­ty: cała ta dra­ma­tycz­na scena, żyw­cem wy­rwa­na karta z po­wie­ści Zane Greya, krzy­cza­ła niemo, do­bit­nie ape­lu­jąc do roz­sąd­ku. Stary wy­peł­nił roz­kaz skru­pu­lat­nie. Na słowa skar­gi od­wa­żył się w chwi­li, gdy oba re­ming­to­ny le­ża­ły u stóp Jacka:


– Co to za bła­ze­na­da, do ja­snej cho­le­ry?! Dla­cze­go ten żółty gar­ko­tłuk ostrzy swój kozik na grdy­ce Emmy? O co wam cho­dzi, do­brzy lu­dzie?


– O kości… O kości smoka. Taaak… teraz, droga Emmo, mogę wy­krzy­czeć ci w twarz całą, gorz­ką jak pio­łun praw­dę. Nigdy cię nie ko­cha­łem! Chcę, by to do cie­bie do­tar­ło, nim za­mkniesz oczy na za­wsze. Ca­ło­wa­łem, wzdy­cha­łem… praw­da! Taka dobra, by­stra, mądra, am­bit­na panna Wat­son… Pła­ci­łem piesz­czo­tą za ko­re­pe­ty­cje, tyle! No­ca­mi rżną­łem małą Su Lynch. Pa­mię­tasz Su…? Była śnia­da i nie miała ani jed­ne­go piega. Piegi, piegi, piegi… obrzy­dli­wość! Nigdy nie mo­głem się do nich przy­zwy­cza­ić. Pa­mię­tasz pew­nie też pana Lee: mi­łe­go, sko­śno­okie­go sta­rusz­ka, który trząsł całą chiń­ską dziel­ni­cą. To jemu no­si­łem ustrze­lo­ne z procy koty. Żółci cenią ich mięso i futra. Ten pro­ce­der po­zwo­lił prze­żyć, gdy wy­la­li z fa­bry­ki kon­serw. Stre­ści­łaś mi plan eks­pe­dy­cji, a ja po­my­śla­łem o panu Lee. Prze­je­cha­łem się na Za­chod­nie Wy­brze­że. Efek­tem de­le­ga­cji był ta­jem­ni­czy ka­pi­tał. Stary Chiń­czyk ma łeb do in­te­re­sów! Teraz jest moim wspól­ni­kiem. Dzie­li­my się zy­skiem pół na pół, po od­li­cze­niu wstęp­nych kosz­tów, oczy­wi­ście. A zysk za­po­wia­da się astro­no­micz­ny. Wiesz, ile płacą Chiń­czy­cy za gram sprosz­ko­wa­nej kości smoka…? Nie wiesz… Ja też nie wiem do­kład­nie, ale po­dob­no… bar­dzo… bar­dzo dużo. Wie­rzą, że pro­szek ze smo­czych kości od­mła­dza. Tu leżą tony su­row­ca. Je­stem bo­ga­ty, Emmo. Ja je­stem mi­lio­ne­rem, a ty je­steś tru­pem. Stary się na­pa­to­czył, więc pój­dzie do pie­kła przy oka­zji. Dla­cze­go i tobie nie pro­po­nu­ję spół­ki…? To chyba jasne… Panna Wat­son przed­kła­da ka­rie­rę ponad złoto ca­łe­go świa­ta. To po pierw­sze! A po dru­gie: do­dat­ko­wy wspól­nik, mniej do­la­rów w kie­sze­ni. Dla­te­go teraz pan Wei, któ­re­go to­wa­rzy­stwo za­wdzię­cza­my skraj­nie scep­tycz­ne­mu na­sta­wie­niu pana Lee do spół­ek z bia­ły­mi ludź­mi, za­głę­bi swój orien­tal­ny scy­zo­ryk w tcha­wi­cy panny Wat­son. A w tym samym cza­sie… ja wy­pró­bu­ję ku­lo­od­por­ność Sta­re­go Grin­go. Finał, ukło­ny, okla­ski!


Po­wie­trze roz­darł urwa­ny świst, przy­po­mi­na­ją­cy kwi­le­nie ata­ku­ją­ce­go so­ko­ła. Emma padła w ob­ję­cia sta­re­go. Ciem­ność skry­wa­ła więk­szą część niszy, jed­nak do­ko­ła czuło się ruch, sły­sza­ło od­głos sza­mo­ta­ni­ny. Kręgi dwóch lamp, Jacka i Grin­go, śmi­ga­ły po ska­la­nych na­wi­sach. Rap­tem zbie­gły się w jeden punkt: wy­ce­lo­wa­ły we wła­ści­we miej­sce… Wei wi­siał bez­wład­nie w ob­ję­ciach ja­kie­goś zwie­rzę­cia, po­kro­jem przy­po­mi­na­ją­ce­go gada. Mon­strum za­ci­ska­ło szczę­ki na gar­dle nie­szczę­śni­ka, a po­wta­rza­ją­ce się od­gło­sy ssa­nia i prze­ły­ka­nia nie­omyl­nie za­wia­da­mia­ły, że wcią­ga kok­tajl z chiń­skiej po­so­ki. Kiedy zje­ży­ło grzbiet, długi rząd ro­go­wych tarcz przy­po­mniał Emmie wi­ze­run­ki smo­ków, ja­ki­mi ilu­stro­wa­no ksią­żecz­ki z baj­ka­mi dla dzie­ci. Sko­ło­wa­ny Jack stał z re­wol­we­rem w wy­cią­gnię­tej dłoni: nie był w sta­nie pod­jąć de­cy­zji, w którą stro­nę po­słać śmier­cio­no­śny ła­du­nek. Emma wci­snę­ła w dłoń sta­re­go ma­leń­kie­go sharp­sa, wy­ma­ca­ne­go na samym dnie prze­past­nej kie­sze­ni ba­weł­nia­nych por­tek. Jack wi­dząc, że po­chło­nię­ta kon­sump­cją ga­dzi­na chwi­lo­wo nie przed­sta­wia sobą więk­sze­go za­gro­że­nia, zde­cy­do­wał się osta­tecz­nie i wy­mie­rzył w kie­run­ku Emmy. Stary bły­ska­wicz­nie za­mie­nił się miej­sca­mi z ko­bie­tą, osła­nia­jąc ją wła­snym cia­łem. Oba strza­ły padły jed­no­cze­śnie. Jack przy­kuc­nął, cicho jęk­nął, padł na twarz z sze­ro­ko roz­ło­żo­ny­mi ra­mio­na­mi, jakby pró­bo­wał objąć w pasie starą Ma­teń­kę Zie­mię. Trzy po­zo­sta­łe kule ulo­ko­wał Grin­go w ciele ma­łe­go po­two­ra.


6.


Świe­ża krew wsią­ka­ła na­tych­miast w wy­schnię­ty grunt, zna­cząc spę­ka­ną zie­mię bor­do­wy­mi pla­ma­mi. Trop był do­kład­nie wi­docz­ny nawet z per­spek­ty­wy koń­skie­go grzbie­tu. Pły­nę­li ła­god­nym kłu­sem, bez więk­sze­go po­spie­chu; ranne zwie­rzę, choć bie­gło bar­dzo szyb­ko, nie mogło się prze­cież za­nad­to od­da­lić.


– Kim… czym jest hom­bre-mo­squ­ito? – Emma, z wro­dzo­ną gra­cją, szy­bo­wa­ła w sio­dle, a szcze­gól­nie roz­kosz­nie


admin

  • Administrator
  • Newbie
  • *****
  • Wiadomości: 13
Odp: Kości
« Odpowiedź #1 dnia: Czerwiec 17, 2015, 11:46:15 am »
6.

Świeża krew wsiąkała natychmiast w wyschnięty grunt, znacząc spękaną ziemię bordowymi plamami. Trop był dokładnie widoczny nawet z perspektywy końskiego grzbietu. Płynęli łagodnym kłusem, bez większego pospiechu; ranne zwierzę, choć biegło bardzo szybko, nie mogło się przecież zanadto odda­lić.

– Kim… czym jest hombre-mosquito? – Emma, z wrodzoną gracją, szybowała w siodle, a szczególnie rozkosznie falowały jej obfite piersi, wzbudzane monotonnym ruchem.

– Figurą z bajek miejscowej ciemnoty. Jedni opisują go jako małego smoka, inni widzą w nim złośliwego krasnala. Przylepiają mu paskudną etykietę… krwiopijcy. Przeważnie atakuje bydło, nie gardzi też ludz­ką juchą.

– A wiesz… to nawet by się zgadzało… Tam, w jaskini, w tym świetle, gdy się stroszył, przypominał mi smoczka z książeczki dla dzieci. Gdy wypadliśmy za nim wyjściem pomiędzy skałami, a on biegł tak szybciutko na króciutkich nóżkach i tak śmiesznie kołysał się w biodrach, wglądał jak przebrany karze­łek, czmychający z cyrku przed gniewem dyrektora.

– Masz więc swojego smoka… żywego! Znaczy się… jeszcze żywego.

– Gringo, to fantastyczne! To jest możliwe… Posłuchaj… Jeżeli wierzyć Darwinowi: zwierzę zmienia przez wieki postać, przystosowując się do środowiska. Środowisko dinozaurów już nie istnieje. Może jakiś gatunek przetrwał miliony lat, skarlał i przystosował się do życia w naszym świecie…

– Wskoczył do rzeki.

– Co?

– Próbuje przepłynąć na drugą stronę. – Stary pokazał palcem żółtozielony obiekt, walczący z rwącym nurtem. – W górach musiało padać: rzeka wezbrała. Złapię twojego smoka. – Gringo zachwiał się w sio­dle i o mało nie runął na ziemię; obie dłonie zacisnął konwulsyjnie na łęku.

– Źle się czujesz?! – Sercem Emmy targnął niepokój.

– Oberwałem. Jack nawet celnie strzelał.

– Jezu!

– Nic, nic… drobiazg. Kula przeszła na wylot. Nie złamała kości, nie uszkodziła żadnego organu. Szczę­ście! Nawet specjalnie nie krwawię. Trochę pali w środku.

– Dałam się nabrać: byłam pewna, że jesteś kuloodporny.

– No, ale mamy kolejne doświadczenie: jestem kuloprzeźroczysty. Dobra… idę po smoka.

– Gringo, to wariactwo! W dupie ze smokiem! Czego żeś się uparł…?

– Donkiszoteria.

– Co?!

– Strona sto trzydziesta druga, pierwsza linijka od góry. – Stary grzebał przez chwilę w wypchanym juku, wyciągnął jakiś opasły tom i podsunął pod nos zaskoczonej kobiecie.

Emma otworzyła książkę w miejscu zaznaczonym zakładką i pobiegła wzrokiem ku zadanym wersetom: „…raz nad brzegiem rzeki, zobaczywszy wychodzącego z niej ognistego smoka, skoczył doń i tak silnie ścisnął go rękoma za gardło, że smok, nie mogąc oddychać, zanurzył się na dno, a rycerz ani puścił swej zdobyczy i poszedł z nim na dno”. Gdy Emma uniosła oczy znad pożółkłych kartek, koń starego, z jeźdźcem na grzbiecie, walczył już ze spienionym odmętem, po brzuch zanurzony w wodzie.

Kobieta podniosła walającą się na brzegu książkę i wyciągnęła rozdzielającą karty zakładkę. Ktoś przy­sposobił do funkcji zakładki bilet wizytowy. Woda rozmyła druk, ale personalia właściciela były jeszcze widoczne. „Ambrose Gwinett Bierce” – przeczytała i pomyślała, że to pewnie ten facet, który gapił się przez lornetkę, nim skoczył w nurt za koniokradami. Strzelali. Odważny! Szeryf albo strażnik Teksasu… Rzeka utuliła. Szukał kłopotów, znalazł śmierć. Ona wolała udawać, że niczego nie widzi. Nie wtyka nosa w cudze sprawy; dosyć ma własnych problemów… Jeden muł z zaprzęgu okulał. Grzechotnik moka­synowy urąbał Chińczyka, gdy ten zbierał zioła na zaprawę do wódki. Wyzionął ducha cicho i spokojnie, bez słowa skargi, siedząc na wozie w ulubionej pozycji: ze źdźbłem trawy w zębach, oparty plecami o kozioł. Mulnik się upił z rozpaczy i spał na pace – urżnąłby się z radości, gdyby było się z czego rado­wać, a gdyby nie było się czym martwić, uchlałby się i tak, dla zasady, bo był po prostu pijakiem – a ona sama kopała ten pieprzony dół; nie rzuci przecież żółtka sępom na pożarcie. Na wozie grzeją się skrzynki tequili, do granicy jeszcze kilkadziesiąt mil, a w jej obskurnej spelunie, w parszywym Loneso­me Dove, w zeszłym tygodniu wyschła ostatnia kropla whisky.

*****

W listopadzie 1913 roku przybywa do targanego rewolucją Meksyku Ambrose Bierce, amerykański dziennikarz, nowelista, aforysta, sceptyk i mizantrop. Rozgoryczony niepowodzeniami życiowymi, gnę­biony postępującą chorobą, marzy o śmierci godnej prawdziwego mężczyzny. Dalsze losy pisarza skry­wa mgła tajemnicy, ożywia literacka fikcja.

Armia Stanów Zjednoczonych interweniuje podczas rewolucji w Meksyku, w 1916 roku, w odpowiedzi na przygraniczne akty terroru, dokonane przez wojska Pancho Villi.

W 1987 roku puertorykański komik, Silverio Perez, nadaje prześmiewcze imię chupacabra (wysysacz kóz) – człowiekowi-komarowi (hombre-mosquito) – tajemniczemu zwierzęciu z legend latynoamerykań­skich. Chupacabra staje się popularnym elementem kultury masowej obu Ameryk.

Kości dinozaura znaleziono po raz pierwszy na terenie Meksyku w 2013 roku, w pobliżu miejscowości Great Cepeda.