Autor Wątek: DUCHY WAMPANOAGÓW  (Przeczytany 10006 razy)

admin

  • Administrator
  • Newbie
  • *****
  • Wiadomości: 13
DUCHY WAMPANOAGÓW
« dnia: Maj 19, 2014, 01:03:20 pm »

Autor: Sławomir Ambroziak


Obecnie wielkie ssaki morskie nie mają dużego znaczenia gospodarczego. Kiedyś było inaczej… Polowano na wieloryby, głównie dla pozyskania ich tłuszczu. Jeżeli dzisiaj wspominamy jeszcze olej wielorybi, to tylko w kontekście zdrowotnym. Trany, czyli płynne tłuszcze zwierząt morskich, stosowane były bowiem przez nasze prababki przy reumatyzmie, a podawane rachitycznym pociechom leczyły krzywicę, przy czym ten z wątroby wieloryba uznawano za najskuteczniejszy. Natomiast tran z jego tuszy, czego już nie pamiętamy, był na początku dziewiętnastego stulecia podstawowym olejem technicznym, używanym do oświetlania domów i ulic. Szczególnie dużo zużywały go szybko rozwijające się i zwiększające liczebność miasta Ameryki Północnej. W przeciągu kilkunastu lat cena tego paliwa wzrosła z 44 centów do 2 dolarów i 55 centów za galon. I chociaż ówcześni futuryści i mistycy głosili kryzys paliwowy, który miał nastąpić po wybiciu wszystkich wielorybów, to w 1859 roku trysnęła z pierwszego odwiertu w Pensylwanii ropa naftowa, wieszcząc kres złotej erze wielorybnictwa.


Nim jednak do tego doszło, rozkwitał port na wyspie Nantucket. Wielorybniczy proceder zdominowali Amerykanie; gros statków odławiających te ssaki pływało pod amerykańską banderą, a większość z nich i większość członków ich załóg pochodziła właśnie z Nantucket. Przez cały wiek XVIII i połowę wieku XIX obwieszczano Nantucket stolicą światowego wielorybnictwa. W szczycie wielorybiego boomu port ten ekspediował po 130 jednostek rocznie na morza południowe. Pomysł na intratny biznes podsunął pobożnym kwakrom sam Wielki Bóg Oceanu, który wyrzucał co jakiś czas na brzeg żywe wieloryby. Początkowo, w drugiej połowie XVII stulecia, osadnicy zadowalali się jedynie tym łupem. Polowania na morskie ssaki, na otwartym oceanie, nauczyli ich dopiero tutejsi Indianie – Wampanoagowie. W podzięce za naukę biali wymordowali ich niemal doszczętnie w 1676 roku, oszczędzając łaskawie około 400 głów. Wielorybom groziła podobna zagłada: w szczytowym okresie popytu na olej mordowano ponad 8000 sztuk rocznie. Ten brutalny gwałt na dziewictwie Natury jawnie ubliżał dziedzictwu Neptuna. Walka była nierówna, ale duchy Wampanoagów, w zmowie z duchami morza, przynajmniej raz wzięły srogą pomstę na krwawych oprawcach…


1.


Mrok gęstniał, zapadała noc. Zmierzch ciągnie zazwyczaj za sobą ciszę; dziś ciszę mąciły dziwaczne szmery, jakby oddechy tysięcy miechów kowalskich, lamentujących płaczliwym tonem, wyszeptujących, zda się, imiona wszystkich tutaj obecnych. – Sztormy zwołują wichry z otchłani z piekieł – mruczeli starzy marynarze. I chociaż spodziewano się wiatru, pierwszy szkwał uderzył silnie i nagle; żagle były jeszcze na masztach; część posypała się w strzępy. I chociaż kipiel nie trwała długo, brak ważnych szmat na takielunku zmusił „Globe” do powrotu. Dopiero co zrzucili cumy w porcie Edgartown, więc chociaż do Nantucket mają zupełnie blisko. – Początek rejsu, a takie nieszczęście…! Zły omen, klątwa – szemrali niektórzy. Kapitan Worth klepnął w ucho młodzika, napominając, by nie siał fermentu i nie gadał głupot. Zszedł jednak po kolacji do kajuty majtków… – Gadać mi wszystko, jak na spowiedzi, bo wybatożę – szeptał wprawdzie, ale ton władczy nie znosił sprzeciwu. George, Will i Tom spojrzeli po sobie, jakby typując tego, który ma głosić orację. Nie wiedzieć ile ciągnęłyby się jeszcze te trudne wybory, gdyby nie jedno gromkie kapitana: „NO!” Zaczął George – cicho, nieśmiało i drżącym głosem:


- To było tej ostatniej nocy w Edgartown, przed wypłynięciem… Pany oficery i nasze chłopaki poszli do tawerny wypić ostatniego przed rejsem; my zabraliśmy się na doczepkę. Oficer Fisher miał dobrze już wlane i, jak to zwykle, nuże zakładać się z marynarzami o srebrnego dolara, który go pobije. Kilku próbowało, ale każdy ustąpił. Stanął w końcu ten wielki harpunnik z „Lyra”, co to jest podobno Francuz z Quebeku, i brać się z Fisherem za bary. Mocowali się długo, okładali kułakami, aż wreszcie oficer, jak często robił z innymi, podniósł go w górę, nad głowę, i siłą cisnął o ziemię. Nieszczęście chciało, że ten mały Indianin, Meta, co w szynku pomywa i jadło nosi, pomykał właśnie pomiędzy ławami… Francuz gruchnął na malca całym impetem i ciężarem. Harpunnik wyszedł bez szwanku, ale Meta leżał zupełnie bez życia. Lament się podniósł, bo jego matka w kuchni gotuje. Podskoczyliśmy do małego; patrzymy, że jeszcze dycha. Fisher zagarnął tylko ręką i krzyknął, że zmieniamy karczmę. Prawie wszyscy wyszli – i nasi, i z innych brygów, i mój brat Sam. Próbowałem zatrzymać Sama, bo może jaka pomoc potrzebna, ale ten tylko powtórzył słowa Fishera, że „mógł się szczeniak nie pętać pod nogami”. Stary Donovan psioczył, że mu mały klientów wypłoszył. My zostaliśmy. Lubiliśmy Meta, bo – chociaż młodszy – to dobry kompan; w lesie najlepiej zwierza wytropił, jajka ptasie znalazł, najlepsze miejsce na ryby pokazał. Ułożyliśmy malca na ławie, a ja pobiegłem po doktora. Środek nocy był; doktor usłyszał, że „czerwony bękart” ranny, i odgonił od drzwi. Próbowałem jeszcze krzyczeć, walić, to mi tylko nieczystości na głowę wylał. Kiedy wróciłem, Meta już w szynku nie było… Chłopaki mówili, że go matka do znachorki powiozła; Donovan dał bryczkę i konia. Zebraliśmy po groszu, co kto miał, i tak chociaż chcieliśmy dopomóc. Pobiegliśmy za miasto do szałasu szamanki, a tu mały już leżał na stercie skór, a w koło jakieś zioła dymiły. W głowie się od tego dymu kręciło. Starucha, to siedziała w kucki i coś mamrotała, to dźwigała się i ganiała z jakąś zmiotką, machając jakby muchy płoszyła. Pytaliśmy o zdrowie; mamrotała, że za jedną duszę malca duchy chcą wiele dusz białych. – Niech nasze wezmą…! – nie myśląc i nie pytając innych krzyknąłem, bo tak mi tej zapłakanej matki szkoda było i tego naszego małego przyjaciela. – Na co demonom anielskie duszyczki…? – usłyszałem. – One potrzebują podobnych sobie kompanów! Malec drgnął i jakby złapał oddech; zrozumieliśmy: rzucona klątwa, wymiana zrobiona…


2.


Duch nie zna czasu. Stara kupiła duszę małego Metacometa w tejże chwili, ale już gnała na skrzydłach wichrów w daleką przeszłość, by splątać pajęczynę zdarzeń i zgotować należną demonom zapłatę. Omiotła duchem miejsca i ludzi… Pierwszego nawiedziła kapitana Mayhewa Foglera, kiedy ten zasiadł dziesięć lat wstecz, w zimowy wieczór, przy roziskrzonym kominku w przytulnym domu Comstocków, by bawić morskimi opowieściami gospodarzy i ich smarkate pociechy – George’a i Samuela. Bajając o łowcach fok, białych niedźwiedziach, rekinach, piratach, ludożercach i łowcach głów, ni myślał pierwej wspominać o Pitcairn, bo to przecież tylko taki szczegół – nudnawy i mało istotny. Coś tknęło go jednak i opowiedział, jak żeglując na swoim „Topazie”, odkrył tę zgubioną w bezmiarze oceanu wyspę, gdzie dożywał spokojnie swych lat ostatni buntownik z „Bounty”, w otoczeniu przepięknych okoliczności przyrody, dziewięciu tłustych, tahitańskich żon i gromadki wspólnego przychówku. Morał właściwie zrozumiał George: czyn tak ohydny, jak bunt na statku, nigdy na dobre nie wychodzi. Coś jednak obróciło zdolność oceny Sama: wzniecając bunt – można zdobyć statek, mając statek – zdobyć wyspę, a posiadając wyspę – nic – tylko królować. I myśl o takim królestwie już zaplątała go w swoje zwodnicze sidła. Stara przeleciała kolejne trzy lata w ułamku sekundy. Kapitan wielorybnika już właściwie odprawiał z kwitkiem piętnastoletniego wyrostka, kiedy mu zaświtało, że właściwie zamustrować majtka, za jedną dwusetną udziału w zysku, to dobry interes, bo i tak wszystkie statki na morzu, i nie będzie łatwo skompletować załogę. A kiedy ich napadli i wycieli w pień chilijscy piraci, brodaty Rodriguez, z opaską maskującą dziurę po wyłupionym muszkietową kulą oku, głęboko i długo zaglądał w świeże oblicze młokosa, dostrzegając nagle w jego oczach ten sam błysk, jaki widywał w polerownym srebrze zwierciadła, kiedy sam był młody i gdy jeszcze para jego oczu zajmowała w komplecie właściwe jej miejsce. Zagłębił rapier w… pochwie. – Nie jemu sądzić o długości przędzy tego młodego życia. Niech sądzi Ten, co stoi wyżej – rozgrzeszał w myśli potępioną duszę, porzucając chłopca na dzikim wybrzeżu. Jakim cudem dotarł do Valparaiso (?) – tylko on wiedział; wiedziała też stara, ale on nie wiedział, że ona wie. Ten huaso, chilijski kowboj, wcale się nie wybierał nad morze; zagnał się tutaj za źrebcem, który, nie wiedzieć czemu, odłączył od matki i stada. Ten dziki syn stepów, który zabiłby bez zmrużenia oka byle koniokrada za lichą szkapinę, oddał małemu włóczędze najlepszego wierzchowca, ostatni bukłak wina i ostatnie kęsy suszonej wołowiny, wskazując drogę do portu. W Valparaiso kotwiczyło wiele wielorybników z Nantucket, więc Sam był właściwie już w domu. Dwa lata duch starej błądził po oceanie; znalazł Sama na „Fosterze”, na południowym Pacyfiku, pod kapitanem Shubaelem Chasem… Małe atole, uroczyska natury, oblane szmaragdami wód, otulone złotymi kożuchami plaż, przykryte pióropuszami palm, przybrane girlandami różnokolorowego kwiecia, spowiła poranna mgła. Stara rozdmuchała tumany i roztoczyła przed okiem i wyobraźnią młodzieńca widoki perełek Neptuna. Błagał Chasa, by go gdziekolwiek tutaj zostawił. – Rodziciele czekają na powrót pociechy, a tobie każda para rąk do roboty niezbędna – cisnęła stara prosto w kapitański rozsądek. – Będziesz królem takiego dziedzictwa – podsycała obsesję wyrostka. – Wymorduję wszystkich, obejmę „Fostera”, zdobędę wyspę i będę królował – planował Sam. – Jak…?! W pojedynkę…? Nie dasz rady! Tu trzeba większej kompanii. Nie umiesz prowadzić statku… Przepadniesz na pierwszej rafie. Wróć…! Studiuj nawigację, wprawiaj się w rzemiośle harpunnika, trafi się lepsza okazja – stara snuła pomyślniejszy jej planom wątek.


3.


Żagle na masztach! Pechowy „Glob” ponownie zrzucił cumy i ruszył w feralną podróż. Demony wichrów, widać, zmówiły się i wiały w przeciwnym kierunku; sztorm się srożył przez cały Atlantyk, a na Hornie szalał w konwulsjach opętanej duszy. Demony burzy zdawały się wygrywać na sprężonych wantach ponurą przyśpiewkę, której rytmiczny refren składał się w ponure słowa: „Już mamy cię w swojej mocy”. Wszystko ucichło na Pacyfiku, jakby to był faktycznie Ocean Spokojny i jakby tym morzem władało inne bóstwo. Pierwszy wieloryb dmuchnął fontanną gdzieś u brzegów Japonii. Było ich tutaj dużo! Sam spisał się jako harpunnik; pięćset pięćdziesiąt beczek oleju zapełniło ładownię. Powód to do radości ogromny; tak wielki, że wart uczczenia drobną popijawą. Kapitan Worth kazał wytoczyć baryłkę… Wszyscy już mieli nieco w czubie, a wielki Fisher, jak zwykle, przeszedł do popisów zapaśniczych; wszystko tylko dla żartów – ot tak – ku uciesze reszty gawiedzi. Powalał każdego śmiałka, ale potem dobrotliwie podnosił z pokładu i przyjacielsko klepał po ramieniu. Stanął i Sam… Nabrał już tężyzny i ciała jako wprawny harpunnik. Walka była zacięta i długa, a wyrostek niewiele ustępował wytrawnemu zapaśnikowi. Padł w końcu na deski. Wściekłość wezbrała w jego rogatej duszy… Jak sprężyna poderwał się na nogi, jednym susem przesadził dzielący go od Fishera dystans i gruchnął kolistym sierpem oficera w skroń. Ten nie padł; zachwiał się tylko lekko, równie zwinnym ruchem pochwycił Comstocka wpół, wyniósł wysoko nad głowę, której to sztuczki świadkami byli już kiedyś widzowie fatalnej bójki w tawernie w Edgartown i cisnął bezwładnym ciałem o rozgrzany pokład. Sam wstawał jeszcze dwa razy; dwa razy lądował na deskach. A wszystko przy radosnym akompaniamencie salw śmiechu rozbawionej załogi. – Fisher, ja muszę mieć za to twoją krew, krew z samego dna serca!!! – Sam ryczał pełnym gardłem słowa, które stara cichutko szeptała do ucha. – Daj spokój, Fisher…! To tylko dzieciak, nieznośny bachor – starucha malowała pobłażliwym uśmiechem twarz oficera, gdy ten patrzył w płonące zemstą oczy Comstocka.


4.


Ładownia trzeszczała w szwach; spiżarnia świeciła pustkami. Brakowało słodkiej wody i świeżej żywności. Honolulu, jak się zdawało Worthowi, to nie najlepszy pomysł na popas, ale w promieniu dwóch tysięcy mil kwadratowych nie znalazłby nic godniejszego. Hawaje – aromat dojrzałych owoców i woń wiecznie kwitnących krzewów. Setki kryształowych strumieni. Tysięczne stada wołów, żywych konserw, brykające po łąkach pod czapami wulkanów, gnane przez hawajskich kowbojów – paniolos. Wieczny taniec i nigdy niemilknący śpiew. Kobiety i rum, rum i kobiety. Tak wiele pokus, że większość wielorybników gubiło tutaj połowę załogi. Worth zakotwiczył na najdalszej redzie; na ląd wydelegował łodzią szóstkę zaufanych chłopaków. Wysupłał z kasy srebrne dolary. Każdą z trzech par obarczył innym zadaniem: jedna miała poszukać źródła słodkiej wody, druga zakupić świeże owoce, kawę, tytoń i rum, a trzecia – pod komendą Długiego Johna – wybrać kilka tłustych wołów ze stad pędzonych do portu przez krewkich paniolos. John znał się na wołach; był w końcu kowbojem spod Greensburgha, nim dał się skaperować na statek. Potok śpiewnie szumiał i skrzył się w złotym słońcu, kolie złotych kropli zdobiły krągłe ciała, krągłości przynależały do niewidzianych przez miesiące kobiet; nikt z dwójki wysłanej po wodę nie myślał o powrocie na „Globe”. Chociaż lista zakupów była dłuższa, druga para zaczęła sprawunki od rumu. Aby ocenić jakość, musieli spróbować z kilku beczek, a jak spróbowali, nie byli pewni, więc zaczęli próbować od nowa. Najpierw do kompanii kiperów przystąpił naganiacz z domu rozpusty, potem Chińczyk z palarni opium, więc zabawa przeniosła się w godniejsze niż targ zaułki portowe. Długi John wybrał woły, gdy je jednak usłużny paniolo zechciał zagnać nad wodę, kowboj pożyczył od pastuchów luzaka i sam się podjął ukochanego zadania. Poczuł ten wiatr we włosach, nie morską bryzę, ten wiatr, co próbuje zdmuchnąć kapelusz, gdy rumak płynie w galopie. A kiedy wiatr ten szepnął do ucha: „uchodź, uchodź, nie twojej duszy szukamy”, zawrócił w pędzie rumaka i pognał ku czapom wulkanów. Zgarnął po drodze towarzysza, usadził na końskim zadzie i sypnął po ziemi kilka srebrnych dolarów – zapłatę za porwanego wierzchowca. – To nasza wolność i przyszłość – rzucił za siebie, wskazując głową turkusowe łąki.


Worth, jak każdy kapitan amerykańskiego wielorybnika, pozostawał w dobrej komitywie z Matem Fergusonem. Mat trzymał w Honolulu bandę podobnych sobie zbirów, gotowych ścigać za kilka dolarów każdego dezertera, kaperować do załóg każdego drapichrusta. Dwaj marynarze znad potoku, porwani przez wodne nimfy, przepadli jak kamień w wodę. Udało się wprawdzie wytropić Długiego Johna i jego kamrata, ale ci już pozostawali w fizycznym i duchowym porozumieniu, jakie dziwnym węzłem pęta wszystkie lekkie duchy goniące za bydłem, z krewkimi paniolos, którzy nastroszonymi lancami wyraźnie dali do zrozumienia obwiesiom, że zamierzają bronić tych dwóch, jak własnej niepodległości. A wchodzić im w drogę wzbraniały się nawet zbiry od Mata; od tych przybyłych tutaj niedawno z Meksyku desperados lepiej się trzymać z daleka. Łatwiej poszło z degustatorami trunków…: najpierw przeszukanie w palarni opium, potem najście na dom rozpusty, krótka bójka z kompanią chroniącą przybytek, kilka strzałów (raczej na postrach, niż dla czynienia krzywdy), wyważone kopniakiem dwie pary drzwi, dwaj namiętni amanci ściągnięci z ciał rozszlochanych nałożnic, gnani przed koniem w pętach, półnadzy, przez miasto. Ich uwięzienia na „Globe” miał dopilnować Samuel Comstock. Nie takich zuchów poszukiwał jednak do urealnienia swojej imaginacji. W tajemnicy czegoś nie dopilnował: nie dopiął łańcuchów, nie domknął drzwi, i rankiem po zbiegach nie było ni śladu. W zamian za sześciu dezerterów Ferguson zaciągnął na „Globe” siedmiu ochotników (chyba z samego dna piekieł, bo o chętnych do morskiej tułaczki było tutaj tak samo trudno, jak o flaszę rumu na Biegunie Północnym), z których każdy już dawno powinien zadyndać na rei. Worth miał pewność, że okiełzna ich w trakcie żeglugi; Sam był widać wyraźnie ukontentowany. Czterech Comstock sobie szczególnie upodobał: Silasa Payne’a – ponurego, brodatego draba z Long Island, szczerze nienawidzącego wszystkich oficerów; Johna Olivera – angielskiego łotra i włóczykija, skorego do walki na pięści i demolującego niemal wszystkie tawerny we wszystkich portach świata; Williama Humphriesa – ogromnego murzyna z Filadelfii, przechwalającego się zdolnościami kulinarnymi, wyprowadzającego z równowagi wszystkich oficerów; Josepha Thomasa – rzezimieszka z Connecticut, bekającego głośno przy jedzeniu z zamysłem grania kapitanom na nerwach. Całą tę rynsztokową menażerię zamustrowano w dzienniku okrętowym „Globe” pod datą: 29 grudnia 1823 roku.


5.


„Globe” pruł raźno fale Pacyfiku i pochłaniał kolejne połacie przestrzeni, niesiony śmigłym tchnieniem północnego wiatru i oblany powodzią południowego słońca, jakby wisząca nad nim zła aura rozproszyła się w końcu na dobre, ucichła i oddaliła bezpowrotnie. Ale to tylko cisza przed burzą… Nowy sztorm, tym razem ostateczny, przywiała… niefortunna decyzja. Wezwany przez oficera Lumbarda do prac na pokładzie Thomas, jak to miał w zwyczaju, wyłgał się od roboty, bo właśnie zażerał coś smakowitego w kambuzie. – Nie możesz temu popuszczać. Rozlezą się po pokładzie, jak wszy po kożuchu. Baty, baty, dyscyplina! Na morzu najważniejsza – dyscyplina. Jak poczują twą słabość – przepadłeś. Baty, baty, dyscyplina! – czy gniew to kłębił myśli w głowie Wortha, czy szmery i szepty złych duchów…? – To będzie wielki kłopot dla pana, jeżeli pan to zrobi – cedził przez zęby wleczony na pokład przez trzech oficerów Thomas. Kapitan tego nie słuchał; sumiennie egzekwował karę przy całej załodze, drąc pejczem pasy z zakrwawionych placów winowajcy. Comstock tylko czekał na taką okazję…; teraz bez większego trudu namówił do buntu siódemkę łotrzyków. Natomiast brat Sama, George, i jego zadawałoby się najwierniejsi druhowie, znani nam już z tawerny w Edgartown – Will i Tom – nie podzielali entuzjazmu starszego Comstocka, a pytani wprost o udział w buncie, mamrotali coś niewyraźnie i stronili od towarzystwa obwiesi. Ci pilnowali teraz szczególnie uważnie, by który z nich nie został sam na sam z jakimś oficerem. Wprawdzie wszystko dokładnie ułożyli, jednak jakby Eol – ten litościwy bóg wiatrów, który pochylił się onegdaj nad losem Odyseusza – i teraz próbował pokrzyżować plany czarnym demonom wichrów…: przygnał w pobliże „Globe” znanego nam „Lyra”, z którego harpunnikiem stoczył przecież Fisher ów fatalny w skutkach pojedynek, akurat o zmierzchu przed nocą zaplanowanej rebelii. Oficerowie obu jednostek urządzili sobie drobną popijawę, powspominali, pochwalili się sukcesami łowieckimi i ustalili, że oba statki pójdą jakiś czas razem – wspólnie ustalonym kursem. A jak się stało, że nikt nic z pokładu „Lyra” nie wiedział, nie słyszał…? – to wiedzą tylko duchy Wampanoagów i dzikie demony burzy…


6.


Worth spał smacznie, ukojony kilkoma kubeczkami rumu, a śnił słodko o piaszczystych wydmach i zielonych łąkach Cape Cod, o swoich rodzinnych stronach, o wielkim domu i tym równo przystrzyżonym trawniku i żywopłocie przed jego frontonem, i o pięknej żonie popijającej popołudniową herbatę w ogrodzie, i o gromadce roześmianych pociech, hałasujących pośród rozkwitających seledynem wiosennej zieleni krzewinek. Jego duch unosił się nad tą dziedziną i przyglądał się temu wszystkiemu ciekawie, ale nie był to jednak już sen; duch ten tam zawisał naprawdę, bo ciało leżało bez życia, a głowa, czy raczej to – co z niej zostało, zwisała bezwładnie z hamaka, przepołowiona toporem Comstocka. W tym samym czasie, gdy Sam płatał czaszkę Wortha, Payne kłuł rzeźnickim nożem utulonego snem, pierwszego oficera Beetle. – Oh, Payne, Comstock, nie zabijajcie mnie… Zawsze byłem… – gasnące słowa uwięzły w zalanym krwią gardle. – Zawsze byłeś przeklętym drabem, teraz żebrzesz o życie, ale jest za późno! – wydzierał się Sam. Ranny zerwał się w jakimś ataku konwulsji i rzucił na Comstocka, wytrącając z rąk topór i latarnię. Jego uścisk słabł jednak, Payne namacał w ciemności topór i podał Samowi; zimny obuch zatrzymał swój pęd na skroni oficera. Payne zapalał latarnię, Oliver dźgał raz przy razie nożem, Sam wielokrotnie repetował ciosy siekierą. Płomyk najpierw buchnął, potem na chwilę przygasł, w końcu rozżarzył się mdłym światłem, odsłaniając makabryczny obraz okrutnie poturbowanych ofiar i skrwawionych od stóp do głów oprawców. – Comstock, idziesz mnie zabić…? – z kajuty oficerskiej dobiegał głos Lumbarda. – Nie mam zamiaru – drwił Sam wisielczo, kropiąc przez drzwi z muszkietu. – Zraniłem któregoś? – dopytywał radośnie. – Postrzeliłeś mnie w twarz – wybełkotał Fisher. Comstock kopnął drzwi, wpadł do kabiny i zamierzył się bagnetem na stojącego najbliżej Lumbarda. Oficer przyjął cios godnie, na piersi, nie padł jednak, tylko schwycił wpół buntownika, a wtedy Fisher wyrwał mu z rak muszkiet i przystawił bagnetem do krtani. – Wszyscy są po moje stronie, ale jestem pewny, że przekonam ich, by darowali wam życie – blefował Sam. Fisher oddał broń, zbaraniał zupełnie, stał i patrzył odrętwiały, jak Comstock dźga bagnetem i dobija leżącego Lumbarda. – Ty musisz umrzeć. Pamiętasz, jak rzucałeś mną o pokład? Obiecałem, że będę miał twoją krew; i mam! – krzyknął Sam. – Więc nie ma nadziei – stropił się oficer. – Żadnej! – strzał z drugiego muszkietu rozsadził czaszę Fishera.


Ciała pomordowanych wrzucono do morza. I tylko Lumbard, czy ocucony chłodną bryzą poranka, czy nawiedzony złym duchem demona, nagle ożył… Spychany z pokładu, uchwycił się mocno nadburcia i ani myślał o zimnej kąpieli. – Comstock, przecież mi obiecałeś… – dramatycznym tonem napominał Sama, który właśnie miażdżył ciężkimi buciorami kurczowo zaciśnięte palce. Fale chwilowo pochłonęły ciało, potem jak korek wyrzuciły w górę; ręce rozpaczliwie mieszały wodzę; konający pływak ścigał niknącą za horyzontem łajbę. Wiele lat później, pewien ekskomunikowany misjonarz rozpowiadał po portowych tawernach, pomiędzy jedną kolejką rumu a drugą, o jakimś obłąkanym, brudnym, zarośniętym, obdartym, fatalnie pokancerowanym białym, żyjącym pośród tubylców na wyspie Fanning. Demony, widać, zgotowały tej duszy piekło na ziemi.


7.


„Globe” wziął kurs na wschód; mknął na spotkanie wyśnionego królestwa Comstocka. Zanim je jednak znalazł, jeszcze jedna dusza przepadła, przygarnięta przez bramy piekieł… Czarny kucharz, William Humphries, nabijał w tajemnicy pistolet, co okazało się znakomitym pretekstem do posądzenia go o zamach na życie Sama, zorganizowania parodii procesu sądowego (z ustalonym z góry orzeczeniem winy) i powieszenia wielkoluda na najwyższym maszcie.


Poranne mgły rozwiał podmuch łagodnego zefiru; oczom żeglarzy ukazał się bajkowy obraz atolu Mili – szmaragdowa laguna, zamknięta kołem siedemdziesięciu drobinek lądu. Cały dzień błąkał się Sam po największej z wysepek, kreśląc patykiem na piasku plan stolicy swojego królestwa – domy mieszkalne, budynki publiczne i… kościół. Zarządził budowę tratw i transport na ląd najcenniejszych dóbr „Globe” (olej wielorybi nie miał tutaj wartości): mundurów oficerskich i innej garderoby, lin, zapasowych żagli, gwoździ, belek, narzędzi, tytoniu, rumu, cukru, kawy, herbaty, czekolady, suszonych jabłek, ogórków i całych zapasów żywności; część miała służyć jemu i nowym osiedleńcom, część stanowić prezenty i zapłatę dla krajowców, z którymi pertraktował, których nęcił i których sobie zjednywał, co zresztą mocno niepokoiło kamratów z jego szajki. – Jasne! Otumani wyspiarzy, uderzy z nimi na statek, spali go, nas wymorduje, nie pozostawi świadków, jakiś czas pobawi się w króla, a potem powróci jako ten jeden cudownie ocalony z „Globe” – czy to szemrały pomruki wiatru, czy to im myśli biegały po głowach, czy słyszał też jeden od drugiego te wszystkie ponure złorzeczenia…? – Jeżeli nie poniechasz konszachtów z tubylcami, będziemy musieli coś zrobić! – tak brzmiało wiezione na wyspę posłanie Payne’a i Olivera. Sam stanowczo zażądał wyjaśnień; Payne odważnie nawiedził Comstocka w jego namiocie. Sprzeczali się długo i głośno; bez rezultatu. Rankiem Sam wykazał bohaterską postawę, zjawiając się nagle na statku. – Urwę łeb każdemu, który ma coś do mnie – ryczał, wymachując kapitańskim kordelasem Wortha. Nikt nie stanął w szranki. – Zamierzam was opuścić. Zajmijcie się teraz sobą sami – dodał, wyjmując i paląc na oczach załogi spisany wcześniej i obowiązujący dotąd „Kodeks Buntowników”. Wszystko to jednak nie uspokoiło Payne’a; skrzyknął Olivera i jeszcze dwóch drabów ze starej, hawajskiej paczki. Nocą podpłynęli do wyspy, a bladym świtem czaili się już w zaroślach z nabitymi muszkietami w dłoniach. – Nie strzelajcie! Nie chcę wam szkodzić…! – zdążył jeszcze wykrzyknąć Sam, nim cztery lufy plunęły morderczym ogniem. Payne dokończył konania: podskoczył i zatopił w czaszce Comstocka ostrze tej samej siekiery, która rozpłatała wcześniej głowę kapitana Wortha. Z bogactw wymarzonego królestwa Samowi pozostało tylko pięć stóp złotego piasku nad głową; no może jeszcze i berło – zdobny kordelas Wortha, z którym go pogrzebano. Jego sny, jego postać – to tylko narzędzia w rękach demonów. A te już odbierały resztę zapłaty…


Poczciwy sternik, Gilbert Smith, wraz z zagubionym Georgem i czwórką młodych marynarzy, uprowadził „Globe” i – pomimo braku żywności, rąk do pracy, map nawigacyjnych, zapasowego takielunku i ożaglowania – przepłynął siedem i pół tysiąca mil morskich, wprowadzając szczęśliwie statek, po czterech miesiącach żeglugi, do portu Valparaiso. Nie mieli podobnego szczęścia pozostawieni na Mili łotrzykowie…; wszystkich wyrżnęli wyspiarze. No, prawie wszystkich, bo i nie wszyscy byli łotrami… Kolegów George’a, Willa i Toma, najpierw usynowiły dwie tubylcze rodziny, a potem zabrał do domu jakiś amerykański wielorybnik, którego dziwnym trafem zagnały w te strony południowe wiatry. Demony grały uczciwie: w piekielną otchłań zabrały tylko nikczemne dusze, żądane od starej jako zapłata za życie małego Metacometa.



ambroziak

  • Gość
Odp: DUCHY WAMPANOAGÓW
« Odpowiedź #1 dnia: Maj 31, 2014, 09:03:05 am »
To autentyczna historia! Wszystko to wydarzyło się naprawdę; ja tylko nadałem faktom formę fabularną.

zibi

  • Gość
Odp: DUCHY WAMPANOAGÓW
« Odpowiedź #2 dnia: Wrzesień 13, 2014, 08:46:54 am »
Gdzieś o tym rzeczywiście czytałem. Interesuję się marynistyką. To była głośna sprawa. Ładnie to ubrałeś w fabułkę. Gratulacje!


ambroziak

  • Gość
Odp: DUCHY WAMPANOAGÓW
« Odpowiedź #3 dnia: Wrzesień 15, 2014, 09:09:26 am »
Jak już pisałem: to autentyczna historia. Cieszę się, że fabułka Ci pasowała.


zygfryd

  • Gość
Odp: DUCHY WAMPANOAGÓW
« Odpowiedź #4 dnia: Listopad 03, 2014, 07:05:34 am »
Nie jestem fanem Gwiezdnych Wojen. Nie przepadam ogólnie za space opera. Ale Han solo wydawał mi się zawsze najciekawszą postacią w tej serii. Podobało mi się Twoje spojrzenie na tę postać. Ten seks w jego wykonaniu - nie znaliśmy go z tej strony. Cale to trochę banalne, ale rozumiem, że pod konkurs pisane i z założenia  rozrywkowe. Podobało mi się. 

zygfryd

  • Gość
Odp: DUCHY WAMPANOAGÓW
« Odpowiedź #5 dnia: Listopad 03, 2014, 07:07:22 am »
W mordę! Pokręciło mi się. Ten komentarz miał iść do Genezy Zagłady. Zaraz go tam przeniosę.

ambroziak

  • Gość
Odp: DUCHY WAMPANOAGÓW
« Odpowiedź #6 dnia: Listopad 04, 2014, 07:40:39 am »
Drobiazg. Zdarza się. Ale "Duchy" też polecam, bo - w moim odczuciu - udane opowiadanko.

zygfryd

  • Gość
Odp: DUCHY WAMPANOAGÓW
« Odpowiedź #7 dnia: Listopad 05, 2014, 07:03:23 am »
Więc przeczytałem. Trochę inaczej napisane, ale też z mojej bajki. Super! Podobało mi się.

ambroziak

  • Gość
Odp: DUCHY WAMPANOAGÓW
« Odpowiedź #8 dnia: Listopad 05, 2014, 06:57:21 pm »
Starałem się, jak mogłem. Generalnie zafascynowała mnie to historia.

xyz111

  • Gość
Odp: DUCHY WAMPANOAGÓW
« Odpowiedź #9 dnia: Listopad 09, 2014, 09:31:03 am »
To opowiadanie też jest dobre. Poczytam inne, jak czas pozwoli.

ambroziak

  • Gość
Odp: DUCHY WAMPANOAGÓW
« Odpowiedź #10 dnia: Listopad 09, 2014, 11:13:12 pm »
Jeżeli się podobało, to super! Zapraszam oczywiście do lektury całej zawartości strony.