Autor Wątek: SPRAWIEDLIWI I NIKCZEMNICY  (Przeczytany 9890 razy)

admin

  • Administrator
  • Newbie
  • *****
  • Wiadomości: 13
SPRAWIEDLIWI I NIKCZEMNICY
« dnia: Maj 19, 2014, 01:08:41 pm »
[html]

Autor: Sławomir Ambroziak


1.


Mój koń był rączy i nie ustępował w biegu. Spośród zgrai rozbójników – tylko dwóch miało równie śmigłe rumaki. Reszta została daleko w tyle; tylko ci dwaj deptali mi po piętach i nie mogłem zwiększyć dystansu. Cienka linia lasu na horyzoncie, na szczęście, pogrubiała się z każda chwilą. – Znikniemy w lesie; tyle nas będą widzieli – ryczałem w owłosione ucho wierzchowca. Dobyli pistoletów: to nie był dobry znak! Dystans się nie zwiększył; nie wzrósł ponad odległość strzału. Najpierw usłyszałem dwie palby, bezpośrednio jedna po drugiej, które zalały się w jeden przeciągły huk, zwielokrotniony echem odbitym od okolicznych pagórków. Potem – świst koło lewego ucha i takie plaśnięcie, jakby kto wiosłem łódź odepchnął od wody. Koń kwilił i stawał dęba… Pojąłem: trafiony w zad! Spadając do tyłu na ziemię, zdążyłem jeszcze wyszarpnąć pistolety z olstrów przy siodle. Raniony i uwolniony od ciężaru wierzchowiec pognał przed siebie, a jego pan szybko pozbierał się ziemi i już pędził w kierunku najbliższych drzewek. Nim wpadłem pomiędzy zarośla, odwróciłem się jeszcze i wymierzyłem… Prawą rękę, jak prawie wszyscy, miałem znacznie pewniejszą. Nim przebrzmiał huk wystrzału, pierwszy jeździec rozłożył ręce i wyleciał z siodła. Lewą ręką nie próbowałem nawet mierzyć; skierowałem lufę ku ciemnej masie i wypaliłem. Koń ukląkł na przednich nogach, a jeździec przeszybował nad jego łbem, witając się z ziemią niemal u moich stóp. Stanął jednak na nogach – nim sięgnął go szytych mojej szpady. Dobył swojej; skrzyżowaliśmy żelaza. Zdziwiło mnie: skąd u prostego bandolero tak znakomita kunsztowność fechtunku…? Wymiana sztychów trwała już czas jakiś, gdy (pewnie przez roztargnienie czy nieuwagę) dałem się nabrać się stary, głupi numer: rywal wykręcił młynka i wytrącił mi szpadę. Nie myślał dać pardonu i zaczekać, aż odszukam stal w trawie: pchnął z całym impetem… Klinga szukała trzewi, ale szybki unik biodrami w bok uchronił mnie od losu szlachtowanego warchlaka. Stal utkwiła w pniu drzewa, rosnącego tuż za mymi plecami. W pień weszła jak w masło – tak głęboko, że zbójca nie dawał jej rady wyciągnąć, chociaż – co miarkowałem po jego sylwetce – niechybnie, nie brakowało mu siły. Nie czekając na finał tych zmagań, odwróciłem się i pognałem czym prędzej w las, bo w zapasach z osiłkiem szanse swe marnie mierzyłem. Biegłem ile sił w nogach, mijając drzewa i przesadzając krzaki, ale wciąż czułem jego oddech na plecach. Przed nosem wyrosło mi jakieś wzniesienie; dałem susa w prawo, by je ominąć dokoła. Bandolero spryt większy tutaj pokazał: pognał na wprost. Gdy mijałem pagórek, on stał na jego szczycie, dobry łokieć powyżej mej głowy. Dał susa i spadł na mój kark, niczym jastrząb nurkujący za kretem. Tarzaliśmy się po mchach i igliwiu; raz na górze był jeden, raz drugi. Raptem poczułem, że ziemia ustępuje pod mymi plecami i lecę z impetem w dół – niby w piekielną czeluść. Swobodny lot zamienił nas miejscami, bo cięższe zawsze szybciej opada. Tak też to on pierwszy gruchnął o skałę, biorąc na swoje gnaty mój lżejszy upadek. Poderwałem się w mgnieniu oka, przyjmując bojową postawę, bez większej jednak potrzeby, bo łotrzyk leżał bez ducha. Wymacałem dłonią jakiś większy kamień. Z tak uzbrojoną, wzniesioną do góry prawicą podszedłem do przeciwnika i trąciłem go czubkiem buta, gotowy ulokować pocisk na jego czerepie, gdybym wyczuł chociażby najmniejsze drgnienie. Leżał zupełnie bez czucia. Najpierw ściągnąłem swój pasek i skrępowałem nim ręce zbója na plecach. Potem rozpiąłem jego i zacisnąłem na nogach. A wszystko to chyba w odruchu człowieczeństwa, bo nie miałem sumienia dobić go, tak po prostu, kamieniem. Teraz dopiero sprawdziłem – czy żyje? Żył…! Oddychał… w każdym bądź razie. Teraz dopiero ja odetchnąłem z ulgą, choć ulga okazał się wkrótce jeno złudną nadzieją… Przeniosłem oczy w górę, widząc nad głową aureolę niemal dokładnie okrągłego otworu, odciętego cienistą obwódką od lazuru słonecznego nieba. Badałem ściany czeluści, szukając w gładkiej skale jakich to bądź defektów – pęknięć, szczelin, występów – jakiegoś punktu chwytu dla ręki czy goleni.


- Wszystko to na nic… – posępny głos zadudnił w przepastnej czeluści, jak w studni.


Zdrętwiałem! Spojrzałem na spętanego bandolero… Nie dawał znaku życia; wciąż leżał nieprzytomny. Z głębi półcienia, ku kolistej sferze jasności kreślonej snopem wpadającego przez otwór światła, wyjrzała diaboliczna maska… Oblicze samego szatana! Przywarłem do zimnej skały mokrymi plecami…


2.


- Wszystko to na nic… – powtórzył gospodarz czeluści. – Wszystkiego próbowałem… Stąd nie ma, moje dziecię, wyjścia.


- Z kim mam przyjemność, drogi panie, jeśli łaska…? – dopiero pod dłuższej chwili odzyskałem głos. W pełnym świetle oblicze nie zdawało się już tak diaboliczne; było raczej zapuszczone, zmęczone i zmizerowane. Gęsty zarost i zbity kołtun włosów, poprzetykane pasmami siwizny i masy botanicznych szczątek (uwiędłych listków, zeschłych patyczków i wilgotnych mchów), okalały wychudłą twarz i dwa węgle lśniących, niczym w gorączce, wyłupiastych oczu, wpatrzonych w pustkę smutno i bez nadziei.


- Pierwej ty racz wyjawić, zuchu, po coś to bił i wiązał tego tu oto człeka…?


- To rozbójnik… Napadł mnie i powalił, pragnąc niechybnie ograbić, i bodaj tylko ta studnia ocaliła mi życie.


- Odroczyła wyrok, rzeknij raczej, moje dziecię!


- Bądź więc łaskaw oświecić mnie, drogi panie, co to za dziura i co w niej wy robicie…? – traciłem cierpliwość, miarkując z wolna dramat naszego położenia.


- To bardzo długa historia… Masz jakiś okruch, coś na ząb…? Kiszki marsza grają, bom nie tknął nijakiej strawy, od Bóg wie jakiego terminu…


- Wszystko koń poniósł; przy jukach ostało jadło. Ten tu coś może mieć – wskazałem głową na leżącego – bo opryszkowie zawsze coś naszą przy sobie…


Rozdarliśmy szaty na nieprzytomnym bandolero. Za pazuchą znaleźliśmy woreczek, zadzierzgnięty tasiemką przez szyję, a w nim: bułkę chleba, gomółkę sera i wąski spłachetek słoniny. Mieszkaniec studni rzucił się na to łapczywie. Gdy zaspokoił pierwszy głód, przyszło opamiętanie… Schował resztę do woreczka, z ziemi pozbierał starannie okruchy i raczył się każdym z nich, z wolna, jak marcepanem. Podszedł do ściany i, ku memu zaskoczeniu, począł ja lizać bordowym jęzorem…


- Wody tu chociaż nie brakuje… – wyrzekł, gdy tylko się oderwał od swej osobliwej praktyki. – Wilgoć się czuje w gnatach. Wilgoć przesącza się z gruntu i rosi ściany tej skały. Kolnij co nieco, a resztę uchowaj. Może czas jakiś pociągniemy na tym…; może przybieży ratunek… – woreczek z resztkami jadła przystawił do mojej piersi.


- Długo tak tu siedzicie, panie…? – spytałem, wtykając za pazuchę traktament.


- Długo…? Bóg raczy wiedzieć…! Dzień tu do dnia podobny a noc podobna do nocy…


- Jakeście się, panie, znaleźli w tej studni i skąd w tym lesie ta dziura…?


- Spocznij wygodnie, chłopcze… O… na tym kamieniu. Czasu mamy dostatek, czas umierania umilmy więc chociaż dysputą…


3.


- Woda drążyła te skały przez lat tysiące; moc ci w tych górach grocisk i jaskiń. Brali je sobie dawni ludzie za pomieszkanie. A nawet i nie tak dawni… Jeszcze i dzisiaj chowają się po nich zbójcy. Gdy kraj ten najechali Maurowie, chrześcijanie zrobili z nich sobie kryjówki. Czego nie dała rady wykształcić natura, oni wykuli żelazem. Tu mamy cały labirynt lochów, tyle że wejście gdzieś zawalone lub przemyślnie ukryte. Takie studnie, jak ta, w której przychodzi nam dogorywać, drążyli dla dopływu powietrza. Tak też i stąd jest jakieś inne wyjście. Szukałem… Nie starczyło łuczywa… Po ciemku łacno się tu pogubić i zgnić gdzieś pod skalnym soplem. Po kolei jednak… – Skąd się tu wziąłem? – pytałeś. Jak się tutaj znalazłem? – po kolei więc, po klei…

Z marnego jestem rodu… Wołają mnie Jesus Martinez, co mówi już samo za siebie. Urodziłem się w bardzo odległej od tej okolicy, w majątku mojego pana, jako trzeci pomiot z matki, Marii Cnadelarii, i ojca, Martina Martineza. Mój pan, Don Lope de Guzman y Sotomayor, wiedzie się z zacnej i wielce majętnej rodziny. Jego praszczur wdał się onegdaj w jakieś miłosne perturbacje, zwaśnił z konkurentem do ręki nadobnej seniority, którego przeszył w pojedynku przez pierś. A że galant oddał ducha Bogu, przodek mojego pana umknął przed corregidorem do Nowej Hiszpanii. Tu szybko, dzięki szerokim wpływom i znacznym ekspensom, dochrapał się wysokich stanowisk i obszernych nadań. Jego bydło żarło trawę bodaj z połowy pastwisk Kalifornii. Martinezowie byli od pokoleń pastuchami na tych włościach. Pastuchem był mój ojciec, więc i mnie wyszkolił na dzielnego vaquero. A żem wykazywał dużo więcej zręczności i konceptu od innych, pan mój uczynił mnie nadzorcą pastuchów. A był to czas, gdy nasze stada trzebili Apacze a nasze strony nawiedzali Americanos. Ja jednak śniłem o większych honorach, o wielkich bogactwach… Americanos przynieśli wieść, że jeden z nich znalazł w tartaku, w potoku, złoto. Podobno wszyscy rzucali wszystko, jak stali, i gnali do tego wyśnionego eldorado. Też chciałem pognać za złotem, za górą złota, za którą dostałbym własną hacjendę i swoje byki. I tu, po raz pierwszy, okazałem niewdzięczność mojemu panu… Choć czas rodeo się zbliżał i szykowało się pracy bez miary, porzuciłem posadę, nie omieszkawszy dopomnieć się o zaległe uposażenie. Za te pieniądze wyekwipowałem na drogę swoją personę, jak na rasowego górnika przystało. Na złotych polach była nas siła chłopa – Mexicanos. Americanos i hołota z połowy Europy wadziła się z nami, bo zbieraliśmy najwięcej złota ze wszystkich. Nie każdy przybył tu jednak, by grzebać uczciwie w ziemi. Gdy zwoziliśmy z gór urobek, opadła nas taka szajka. Zaskoczyli nas w wąskim kanionie. Strzelali z góry, zza skał i krzaków, tak że nie było ich widać. Kompani padali martwi – jeden po drugim. Trafili pode mną konia, tak że ten stanął dęba i zwalił mnie z grzbietu. Jak już raz padłem, to nie dawałem znaku życia. Kiedy ucichły strzały i jęki, tamci zjechali po zboczu. Spędzili muły z jukami wypchanymi urobkiem i zniknęli za gardłem kanionu. Patrzyłem na to wszystko spod przymrożonych powiek. Jeden jeno ostał – najbardziej pazerny, widać, który jął trzepać wszystkim kieszenie. – Gadzina (!) – myślę – nie dosyć mu tego, co w jukach, to jeszcze się łasi na drobne. Czekałem: niechaj no jeno się zbliży… Złapałem gnidę za gardło i dobytym zza pasa nożem podciąłem pęcinę, jak to się robi szlachtowanym buhajom. Padł z razu, ni głosu nie wydał, bo place splatały mu grdykę. Zabrałem jego pistolet i przytrzymałem uścisk na gardle, co by pozbawić go ducha. Związałem go jego własnym pasem, jakieś to i ty uczynił tamtemu, przerzuciłem zewłok przez grzbiet jego konia, sam wskoczyłem na siodło i pognałem przeciwpołożnie do zbójców, w kierunku górniczej osady. Wróciła mu w drodze świadomość. – Doigrasz ty się, za swoje postępki, górnicze prawo jest srogie – gadam mu po hiszpańsku, bo po innemu nijak rozumiem. A ten, ku mojej konfuzji, płynną hiszpańszczyzną odpowiada: „na każdego przychodzi kryska”. Dowiozłem go do osady, opowiedziałem co i jak kamratom, ci sąd od ręki zebrali i śmierć przez powieszenie zasądzili, wyznaczając egzekucję na najbliższy poranek. Nogę mu tylko gałganem obwiązali, żeby się wcześniej na śmierć nie wykrwawił. Kiedy wieczorem kurzyłem przy ogniu cygaro, racząc kamratów szczegółami potyczki z desperados, przybiegł po mnie strażnik z błaganiem od skazanego, że ten chce się przede mną spowiadać. Stanąłem tedy w namiocie, gdzie ów był zatrzymany. Leżał na pryczy z płomienną twarzą i skrzącymi ślepiami – w gorączce, widać, co go od rany trawiła. Zasiadłem przy pryczy, na zydlu z sosnowej belki, a ten mi to taką historię przedstawił:


- W dalekim kraju, gdziem się narodził, w słonecznej Andaluzji, wielu wychodzi na zbójeckie szlaki. Ciężka bieda maluczkich i paradne bogactwo możnych – oto prawdziwa przyczyna. Rodziciele biedę klepali. a i ja w nędzy dożywałem wieku męskiego. Do żeniaczki było mi śpieszno, a i pastereczka jedna serce mi dała i rękę obiecała, lubo że, gdzie w niedostatku stadło domowe zakładać…? Tak też i ja poszedłem do zbójców. Zbójowałem już kilka miesięcy, wykazując się zawsze odwagą, ale przy tym rozwagą, przemysłem i przymiotem ducha, gdy herszt nasz umyślił pewien niefortunny napad. Kilku sprzeciwiało się temu pomysłowi, stając za moimi słowami: że to rzecz niepewna i wielce ryzykowna. Herszt ich jednak przekonał… i ruszyliśmy… Łupnia dostaliśmy strasznego, wielu w polu zostało, a i łupów żadnych nie uwieźliśmy ze sobą. Wszyscy marudzili pod nosem, a ja wprost gadałem o niesforności dowódcy. Chwyciliśmy za rapiery; do bójki doszło, w której bok przekułem hersztowi. Ponieśliśmy go w głąb jaskini, ziół nawarzyliśmy, ranę opatrzyliśmy, ale wszystko to na nic; niewiele mu życia zostało. Gorączkował, jako ja teraz, prosił kamratów o wybaczenie za niefortunny trafunek, mnie prosił o wybaczenie i na swe miejsce wyznaczył; potem kazał iść wszystkim precz, by w cztery ślepia z nowym dowódcą gadać. Rozdarł na piersi koszulę, zerwał jakąś mosiężną tubę, co ją miał na karku, na takim samym łańcuchu powieszoną, otworzył i wysunął jakiś rulon. Złożył to wszystko w me ręce i w takie odezwał się słowa:


- Tę kartę skreślono dawno, dawno temu, gdy jeszcze w tych górach harcował Ben Hafsun. I ponoć skreśliła go sama ręka onego, wielkiego Omara. Pokazuje grotę, w której ten przechrzczony pohaniec złożył wielkie skarby – plony wojaczek i rozbojów. Jakie były jej losy, jak przechodziła z rąk do rąk, tego nikt nie pamięta. W jej posiadaniu był swego czasu herszt zbójców, grasujących tutaj za czasów Złotej Armady. Bilskimi szlakami szły wtedy konwoje królewskiego złota z wybrzeża do stolicy, kupieckie karawany przypraw korzennych, a i ku wybrzeżu kupcy dążyli ze złotem po towar. Było, oj…, było co rabować. I rabowali! Na on czas zbójcy nie tknęli ni krztyny hafsunowego złota; przeciwnie – urządzili kryjówkę w grocie i mnożyli skarby, składając tam swoje łupy. Mi się dostało tę kartę od poprzedniego dowódcy, a było to tak…

Chociaż raz popróbował zarobić poczciwie na życie, a i nas do tego namówił. Jeden szlachcic gnał swoje stada do Sewilli na rzeź i porosił o pardon. Zapłacił naszemu hersztowi, byśmy, wespół z jego vaqueros, prowadzili byki przez góry i odganiali od stada innych bandoleros. Grosz był niezły i pewny, a do tego bez większego ryzyka; gnanie stada nie nowość, bo przecie prawie wszyscy wiedliśmy historię z pasterskiego rzemiosła i ileż to byków, koni czy mułów nakradliśmy lub przemyciliśmy przy dzisiejszej, zbójeckiej kondycji (…?) – czort jeden wie! Raz nam w tej drodze burza bydło rozgoniła i spędzaliśmy je potem po rozmaitych przesmykach, równinach i chaszczach. I nuże popisywać się jeden przez drugiego, jaki to z niego zuch… Szlacheckie pachołki chciały pokazać, że lepiej wojują z bydłem od nas – a my, że lepiej od nich robimy lancami. Zebraliśmy już cale stado i tylko jeden byk, największy i najjurniejszy, nijak się nie dał zagonić. Co kto do niego z piką – to ten do niego z rogami. Wszyscy poganiacze i nasi kamraci zrejterowali; ja tylko zostałem z dowódcą. Stanąłem naprzeciw buhaja, a gdy ten ruszył na mnie, dałem koniowi ostrogę, obróciłem bokiem, oparłem pikę o kark i zatrzymałem bydlę na miejscu. Siły do tego ogromnej potrzeba, by byk, pchając karkiem pikę, nie wysadził cię z siodła. Widziałem, że nie w smak to memu hersztowi, co chciał być we wszystkim najlepszy. Stanął, jak ja, naprzeciw byka. Buhaj zaszarżował, dowódca dał koniowi ostrogę, ale że ten, widać, mniej zwinny od mojego, spóźnił się nieco z obrotem, tak że róg utkwił w bebechach i to tak nieszczęśliwie, że przeszył i przykuł do boku konia, jak jaką wielką szpilą, goleń nieszczęśliwego pikadora. Razem ich rzucił nade łbem, a gdy powalił na ziemię, okrutnie się pastwił nad jednym i drugim: bódł i tratował. Lance mieliśmy tępe – nie do szlachtowania, a do ganiania bydła – więc z konia nie mogłem im pomóc. Skoczyłem przeto na ziemię, dobyłem rapier i płaszcz ściągnąłem z ramienia. Płaszczem kręciłem młynka przed nosem bestii, aby odwrócić uwagę, a rapier już szykowałem do pchnięcia. Trafiłem celnie: padł od pierwszego sztychu. Podbiegłem do dowódcy; jeszcze dychał. Wtedy dał mi ten rulon i z cicha, słabnącym głosem, wyszeptał jego historię. Mówił, że dotąd złota nie szukał, że trzymał to na swą rentę, jak już zdrowie i wiek nie dozwolą zbójować. Zresztą, bał się, jak przyznał, chodzić za tym złotem, bo ponoć było przeklęte, a pieczę nad nim trzymały potępione dusze obwieszonych bandoleros i cygańskie czarownice z Sierra Morena, łakome męskich ciał i ludzkiego mięsa. Właśnie się zbierał, by wyjawić, jak sam posiadł tę karty, ale już to duch z niego uleciał, głosu pozbawiając i zamykając oczy.


- Ale wtedy i mego dowódcę śmierć zabrała do piekieł. Teraz ja byłem najwyższym hersztem, nie to jednak radowało mą duszę. Dzierżąc rulon z kartą za pazuchą, ani myślałem dalej zbójować. Nie wyszedłem przecie na gościniec z miłości do rabunku; grosza chciałem jeno przyzwoitego uciułać, by złożyć go u nadobnych stópek mej slicznej pastereczki. Teraz mogłem obsypać ją wszelakim zbytkiem i najwyższym splendorem. Udałem przed kamratami, że sam się na przeszpiegi wyprawiam, by w oczy nie rzucać się większą gromadą i by zasadzkę pewną, wielce intratną, zgotować, a po prawdzie pojechałem najbliższego miasta, ułożyć się z tutejszym corregidorem. Za obiecaną wolność, zobowiązałem się całą moją szajkę w pułapkę przywabić. Tak też i powróciłem do swoich, wyłożyłem im cały to, niby misterny, plan napadu, który w rzeczywistości okazał się planem wykurzenia ich z gór i oddania katu. Gdy już się tak zgrabnie policzyłem z moimi kamratami, sam ruszyłem do groty wedle szlaku skreślonego na karcie, za nic sobie mając powieści o potępionych wisielcach i ludojadach-czarownicach. Miarkując mylność tutejszych grocisk i jaskiń, w mocnego sznura konopnego wiele zwojów się opatrzyłem. Na miejscu, na karcie zakreślonym czerwonym krzyżem, znalazłem głęboką studnię, niemal niewidoczną, zarośniętą powojnym pnączem i zasypaną opadłym listowiem. Zwoje sznura powiązałem w długa linę, której jeden koniec przytwierdziłem do drzewa, drugi splatając dookoła pasa. Po tym sznurze, z latarnia w jednej dłoni, opuściłem się na dół. Krążyłem labiryntem, co raz to popuszczając liny. Niektóre wierzeje były ciężkie, a niektóre przejścia częściowo osypane gruzem. Jakoś sobie z tym wszystkim poradziłem i na koniec dotarłem do wielkiej komnaty, niemal po sam sufit wypełnionej skarbami – w złotych i srebrnych monetach, drogich kamieniach i rozmaitych kosztownościach. Nie mailem sposobu, by unieść ten skarb w całości, nie miałem też zresztą takiego zamiaru. Napchałem na sztywno kieszenie i płócienny woreczek, zostawiając resztę – niby taki depozyt bankowy, z którego miałbym w przyszłości brać tyle, ile i kiedy potrzeba. Szybko wygrzebałem się z dziury, wskoczyłem na siodło i pognałem, co koń wyskoczy, do rodzinnej wioski. Jak znalazłem bogactwo – to szczęście zgubiłem: rodzice pomarli, bo zabrała ich jakaś zaraza, a moja pastereczka dała rękę innemu – znużona, widać, zbyt długim wyczekiwaniem. Do tego ziemia zaczęła palić mi się pod stopami, bo kamraci wykpili się ponoć okupem, wymknęli spod ręki kata i szukali mnie teraz dla pomsty. Omijając gościńce, przemykałem się nocami w kierunku Kadyksu. Gdy w mieście stanąłem, odszukałem znajomego łotrzyka, com to z nim nie raz jeden intratne transakcje prowadził, by zmienić me stare złoto w dzisiejszą, papierową monetę. Obejrzał aktywa; ocenił, że to jakieś stare monety, że pewnie z jakiejś znanej kolekcji kradzione, że towar gorący, konieczny do natychmiastowego przetopienia i wart jedynie połowy wagi kruszcu, bo druga połowa należna za jego fatygi. Nie miałem się chęci ni czasu targować, bo najbliższy statek do Kalifornii, gdzie – o czym wszystkie gazety i słupy wieściły – odkryto właśnie bogate żyły złota, odpływał za kilka godzin, a i mściwi kamraci (o czym sam mój łotrzyk mnie uwiadomił) już rozpytywali o swego herszta po mieście i już mi po pietach dreptali. Pieniędzy z fatalnej transakcji starczyło ledwie na przejazd i kilka tygodni (przy tamtych cenach) skromnego utrzymania w San Francisco. Podobni takim jak ja, zwąchają się jednak zawsze i wszędzie, a co dopiero w tak usposobionym do występku siedlisku diabła, jakim nam się jawi dzisiejsze San Francisco. Zawiązaliśmy tedy tę szajkę i grasowaliśmy, z niemałym powodzeniem, po złotych minach. Szczęście jednak, widzę to teraz wyraźnie, na dobre wzięło ze mną rozbrat i rano zadyndam na sznurze. Wiedz tedy, że w juku przy siodle, gdy rozkulbaczysz mojego rumaka, znajdziesz ów rulon i kartę. Na twoje ręce ją kładę, boś tym mnie do bram piekieł doprowadził, jako i ja dostałem ją od swego dowódcy, któregom pchnął w uścisk kostuchy.


- Dźwignąłem się z zydla i pobiegłem czym prędzej rozkulbaczyć konia. Rano szubienicznik dyndał już na gałęzi. Mając taki skarb w rękach, ani myślałem grzebać dalej za złotem. Cały dzień w błocie po kolana – a ledwie na żarcie starczało. Jak tylko kto znalazł większą bryłkę w górach – w dolinie, w karczmie, z kamratami przepił. Trudno się wzbogacić kopaniem złota. A teraz jeszcze mi i to ukradli, com w pocie czoła wyorał spod ziemi. – Jak jednak wyekspediować się z Kalifornii do Andaluzji, zostając bez grosza przy duszy…? – wytężałem mózgownicę. – Jak zwołam jakąś spółkę dla szukania skarbu, to mi jeszcze mapę ukradną, a może i wyprawią na tamten świat. Ze znajomych mi ludzi, tylko jeden jest godny zaufania i odpowiednio majętny: mój pan. Czas powrócić, ukorzyć się przed nim i błagać o przebaczenie – koncypowałem, że lepszej rady nie znajdę.

Don Lope, o dziwo, podjął mnie serdecznie i wystawnie, z radością w sercu i bez urazy, niby syna marnotrawnego. Jak wyrzekł: wiedział, że długo bez jego osoby, ranczy i trzody nie dam rady zdzierżyć. Po zachodzie słońca, po sutej wieczerzy, opowiedziałem mu o moich przygodach, o starej karcie i wielkim skarbie, o losach poprzednich jej strażników. Słuchał z wielką uwagą, ciekawością i ukontentowaniem. Wsparł potem szpiczastą brodę na kościstej dłoni, a nozdrza orlego kinola – to się nadymały, to więdły. Oddychał miarowo, bez słowa, tak samo zawsze, gdy nad czymś głęboko koncypował. Trwało to siła czasu. Wszczął jednak na nowo dyskurs, mówiąc dobitnie i basowo, wolno wszelako cedząc każde słowo, jakby już gwarząc – ciągle jeszcze dumał:


- Kraju mych przodków nie widziałem od lat sztubackich, gdym nauki odbierał na sławetnym Uniwersytecie Sewilli. Z wielkim afektem i ukontentowaniem obaczę go znowu, bom tam masę rzewnych i krotochwilnych obrazów zostawił. A skoro powiadasz, że ekspensa poniesione na tę eskapadę zwrócą się jeszcze z godziwą nawiązką, nie mamy nad czym dłużej deliberować: jedziemy!


- I tak też pojechaliśmy… Przybyliśmy do kraju przodków mego pana, a i moich po części, zapewne. Don Lope wyrzekł się znaczniejszej liczby służby, mnie jeno zostawiając za towarzysza i lokaja, aby zanadto nie rzucać się w oczy przybyciem możnej osoby. W Kadyksie nakazał aprowizować mi naszą wyprawę i ruszyliśmy ku Sierra Morena. Niektóre noce pędziliśmy w przydrożnych austeriach, niektóre, jak u nas przy bydle, przy ogniu i gołym niebie. I jednej właśnie takiej nocy, kiedy Don Lope spał smacznie pod pledem z gwiazd, wtóry raz okazałem niewdzięczność mojemu panu… Zwinąłem część ekwipunku, zabrałem konia i… (co najważniejsze) mapę, i sam puściłem się na szukanie skarbów. Znalazłem tę dziurę, zsunąłem się w jej czeluść po linie, nim jednak dobrnąłem do połowy urwiska, sznur puścił… a ja się znalazłem na dnie.


4.


Zamilkł Jesus Martinez, a studnię wypełniła grobowa cisza, przerywana raz po raz podmuchem wiatru w gałęziach drzew bądź kwileniem zgubionej ptaszyny, gdzieś hen wysoko, ponad naszymi głowami.


- Kara to niechybna na waszmości, za tak haniebne oszukanie swojego chlebodawcy – wyrwałem się z takim oto morałem.


- Kara, ni chybi, kara…! Alem ciekaw, drogi chłopcze, coś ty nabroił i co cię skarało więzieniem w tej studni…? Szczerość za szczerość – opowiadaj! Czasu mamy dostatek…


- O, moja historia ni taka długa, nie tak ciekawa, nie warto o tym gadać – chciałem się jakoś wykpić.


- Długa nie długa, ciekawa nie ciekawa, pozwólże mi to ocenić. Wyłożyłem ci kawę na

ławę… Winieneś mi rewanż! Nie migaj się! Opowiadaj…!


Widząc, że napiera i że się z tego nie wykręcę, postanowiłem spławić natręta w kilku oględnych słowach:


- Co z pewnością da waści pocieszenie: i mi brakuje korzeni w jakimś możnym rodzie…; zwą mnie Joachim Lamela. Też jestem pasterzem i też dzieciństwo swe wiodłem przy bydle. Właściciel przemieszkiwał w wielkim mieście, a ranczą kierował nadzorca. W letnie miesiące właściciel powracał jednak z rodziną na ranczę, dla zażycia wywczasu. Jednego roku, gdym był już podrosłym dziecięciem, a grzecznym w obyciu i gładkim na licu, żona właściciela zabrała mnie do miasta, do swojej służby, za lokajczyka. Zaraz też jakiejś innej damie z towarzystwa wpadłem w oko, więc porosiła tamtą: czy by mnie jej nie oddała? Oddała… i tak zaczęła się moja wędrówka od kondycji do kondycji, od jednych możnych państwa do drugich. Ostatni mój pan, stary i schorowany, pomarł, a że był samotny a jam go w dniach jego ostatnich pilnie pielęgnował, zapisał mi niezłą sumkę. Szybko z banku grosz gotowy podjąłem, bo już się dalsza rodzina o schedę kłócić poczęła i testament miała podważać. Kupiłem dobrego konia i na powrót w rodzinne strony się wyprawiłem, by za schedę po starym ziemi i bydła kupić i może jaką ganaderię sobie wyposażyć. Kiedym przez okolicę tę jechał, stado mię zbójów opadło, a ja konia ostrogą ubodłem, ratunek pokładając w jego chyżych nogach. Dwóch tylko nadążyło; jednego kropnąłem z pistoletu. Konia pode mną ranili; zwalił mnie z grzbietu i poniósł w jukach pieniądze. Z drugim się zwarłem żelazem, a żem nie dawał mu rady, dałem drapaka w las. Tu mię dopadł i brał na zapasy, dokąd się ziemia pod nami nie rozwarła i nie wchłonęła w tę dziurę.


Gdy kończyłem ostatnie słowa, coś upadło pomiędzy nas z głuchym tąpnięciem; gruby zwój długiego sznura. Jak na komendę spojrzeliśmy w górę; jakaś ciemna sylwetka oderwała się właśnie od skraju czeluści i sunęła ostrożnie ku wątpiom otchłani.


- Baczność!!! – szepnął sycząco Jesus i wypchnął mnie poza krąg światła, wciskając w rękę długi, myśliwski nóż. – Lubo to wybawienie, lubo śmierć po nas kroczy. Tanio nie sprzedamy skóry – sam również usunął się cień, a nim pochłonęła go ciemność, zdążyłem jeszcze zobaczyć, jak poprawia pas z kaburami, skrywającymi dwa wielkie colty.


5.


Gdzieś tak w połowie dystansu, sylwetka oderwała się raptem od ściany i runęła z impetem w duł.


- Cono carajo – szpetne przekleństwo, odbite tysięcznym echem, zahuczało w ciszy czeluści.


- Don Lope…?! – ni to krzyk radości, ni zdziwienia, wyrwał się z piersi vaquero.


- A, tu cię mam, hultaju…! Zresztą, gdzie miałem się ciebie spodziewać…? Ładnie to tak, nicponiu, szwabić swojego pana i dobroczyńcę?! – przybysz łajał niegodziwego pastucha, zbierając się właśnie z ziemi i otrzepując z mchów odzież.


- Aaale…, aaale…, mój panie, jakimś przemysłem tu trafił…?


- Bo to cię nie znam, łotrze…? Bo nie wiem, co możesz przeskrobać…? Kazałem skopiować tę kartę jeszcze w Ameryce, a teraz ją wożę… o, tu: za pazuchą – klepnął się dłonią po piersi. – A ty, co… Jeszcze siedzisz w jaskini; skarbu żeś jeszcze nie uwiózł…?


- Czary, mój panie…! Złe moce lubo źli ludzie… Potępieni wisielcy albo żarłoczne cyganichy… Nie wiem kto, ale sznury ktoś rwie. Jako i wam, tak i mi, panie, coś linę przecięło. Nijak stąd wyleźć nie podobna.


Don Lope ujął sznur z ziemi i długo wpatrywał się w jego postrzępiony kraniec. Na koniec zamachną się postronkiem i tłukł nim, raz po raz, dziobatą gębę pastucha. A krzyczał przy tym:


- Wisielcy, cyganichy…! Nicpoń, łajdak, dureń…! Konopne liny kazałem kupić, nie jakieś sparciałe postronki. Ileś na ekwipunku oszczędził…? Połowę schowałeś do kieszeni…?! Patelnia cienka jak bibuła, że zanim jajko doszło, dno się już przepaliło. Czajnik para rozsadziła, a pod pledem wymarzłem, bo bardziej do prześcieradła, niżeli do koca podobny. Widzisz, młodzieńcze (te słowa skierował do mnie), jaka szuja: po skarby jedzie, a na miedziaki okrada. Ale, ale…! Z kim mam przyjemność, jeśli łaska…?


- Jestem postacią zupełnie przypadkową, która trafiła tu niefortunnym zrządzeniem losu, senior. Z tym oto bandolero się borykałem (skinąłem głową na walający się w cieniu zewłok), co mię dla rabunku obskoczył, i razem runęliśmy w tę studnię. Nic nie mam wspólnego z pana pastuchem i całym szukaniem skarbu – skłoniłem się lekko, dłoń przyciskając do piersi.


- To i dobrze, mój chłopcze, to dobrze; wchodząc bowiem z tym łotrem do spółki, ani skarbu byś pewnie nie widział, ani rozgrzeszenia na spowiedzi nie dostał.


- Senior Don Lope, myśl mnie właśnie olśniła…! – zbity postronkiem, ale nie zbity z pantałyku, Jesus wydał się promienieć radością. – Jest nas trzech… Trzech silnych i zdrowych chłopa… Ułożymy na dnie stertę kamieni a potem wjedzie jeden na drugiego; zrobimy piramidę, jak w cyrku. Jeden stanie na górze i zorganizuje pomoc jaką; sznury w grubsze liny powiąże, czy jakoś tak, i jakoś z tego wybrniemy. Skarby schowamy w worki i w tobołki z odzienia, a potem linami wywindujemy w górę. I wolni będziemy, i bogaci!


- Nie koncypuj, draniu, że grosz choć z tego dostaniesz – Don Lope wiercił wilcze spojrzenie w chytre oczka pastucha.


- Panie mój, dobrodzieju, toż ty masz wszystko, czego jedno dusza zapragnie. Tak też chcesz zabrać wszystko dla siebie, by więcej mieć jeszcze, a biednego Jesusa z niczym i jego nędzą ostawić…?


- A czy ci kiedy u mnie czego brakowało…?! Biedeś klepał…?! Nie w tym rzecz zresztą, by kogo z czego ograbiać… To całkiem inna sprawa! Nie dla siebie potrzebuję tych skarbów, jeno dla dobra publicznego.


- Dla jakiego dobra, panie, jakiego publicznego…? Czy wam ten upadek, senior, czasem pod sufitem czego nie uszkodził…?!


- Ej, hultaju, miarkuj słowa…, miarkuj słowa!!! Rozumiem, żeś rozżalony, więc wybaczam. Wcześniej ci tego nie mówiłem, bom nie chciał odebrać ci zapału bądź utracić twojego towarzystwa. Ale są pewne sprawy, które muszę zakończyć, pewne długi, które muszę uregulować, zanim zamknę oczy. Mamy chyba trochę czasu, więc spocznijcie, proszę, drodzy przyjaciele, a zaraz wam to wszystko wyjawię:


6.


- W sztubackich latach, co wiadome memu pachołkowi i towarzyszowi, Jesusowi, odbierałem nauki na prześwietnym Uniwersytecie Sewilli. Pośród ciżby żaków był jeden syn możnego pana wielce sławionej ganaderii, szkolącej najlepsze byki do walki. Od razu się z nim zwąchałem, jako że swój ciągnie zawsze do swego. Mnie, wychowanego w polu syna wielkich pustkowi, mierziło wielkie miasto ze swym przepychem i swymi pokusami. Lubo tak samo – mojego przyjaciela. Przeto też każdą kanikułę, każdy czas wolny od zajęć żakowskich, pędziliśmy w wiejskim majątku jego rodziciela, ganiając za trzodą, niby zwyczajni pasterze. Los chciał, że jednej nocy, pod naszą obecność na wywczasie, szajka złodziejska wyprowadziła kilka najlepszych byków. Były to te buhaje, które w najbliższą niedzielę miały brać udział w jakiejś wystawnej corridzie. Ojciec mojego przyjaciela zrazu domniemywał, że to sprawka konkurenta, który przegrał kontrakt na byki do tego widowiska. Na miejscu sformował oddział vaqueros celem pościgu, a w takiej eskapadzie nie mogło zabraknąć przecież i nas – młokosów z gorącymi głowami. Kluczyli, mylili ślady, aleśmy ich szybko dopadli. Mogli zastrzelić te byki i próbować umknąć pogoni. Hiszpan jednak już taki, co leży w jego naturze, że prędzej sam karku nastawi – czy to w otwartej walce z buhajem, czy w pojedynku z drugim człowiekiem – niźli bezbronne bydle podstępem zaszlachtuje. Tak też i tamci zawrócili konie ku nam i najeżyli swe piki. Dwie kawalkady ruszyły przeciwko sobie. Starcie poprzedziła palba z pistoletów, ale bez większej szkody: vaqueros znają bowiem sztukę uniku za grzbiet koński, która pozwala uchybić kuli. Jeden bodaj po ich stronie runął na ziemię, a jeden nasz pastuch zachwiał się w siodle. A przypomnę, że wtedy pistolety strzelały jeszcze jeno jeden raz. Starły się szyki najeżone lancami… Ja, wprawiony od pacholęcia w szermierce na kopie, utrafiłem mojego przeciwnika w samiutką grdykę i pozbawiłem życia na miejscu. On niezgorzej celował, tyle że zdążyłem wykonać unik tyłem w bok, tak że jego lanca otarła się tylko o piersi. Szczęściem, nawlokłem przed jazdą kaftan z bydlęcej skóry, a ten złagodził dotkliwość obrażeń. Roznieśliśmy szajkę i odbiliśmy byki bez większej dla siebie szkody, choć kilku naszych pastuchów, w tym ja, odniosło niegroźne rany. Od razu po powrocie zawezwano medyka, a ten opatrzył mi ranę i zaaplikował uczone mikstury, i kazał kłaść się do łóżka, bo wprawdzie rana nie groziła życiu, to jednak mocno ważyła na zdrowiu. W pościeli spędziłem prawie miesiąc, a w całej niedoli doglądała mnie córka nadzorcy pasterzy, służąca na on czas przy domu. Gładkiego była lica i wcale powabnej sylwetki, a i ja uchodziłem za wielce przystojnego kawalera. Dwa młode serca, dwa młode ciała…: nie muszę chyba waszmościom w szczegółach tego wykładać…

Ostatni był to rok mojej nauki w Sewilli. I mimo tego, że, Bóg jeden wie, czegom naobiecywał nadobnej pastereczce, nie pojawiłem się więcej na ganaderii; po odebraniu dyplomu odpłynąłem od razu do Kalifornii, zapominając zupełnie o przelotnym afekcie. Zresztą, przy moim urodzeniu i mojej kondycji, mezalians z córką prostego vaquero nie wchodził przecież w rachubę. Po kilku miesiącach otrzymałem list od hiszpańskiego przyjaciela, który powrócił po odebraniu nauk na ojcowiznę. Jak mi donosił: córka pasterza powiła bliźniaki – chłopczyka i dziewczynkę. I chociaż nigdy nikomu nie wyjawiała imienia sprawcy brzemienia, to jednak i tak każdy się domyślał, że dwójka ta – to niczyj inny, jak tylko mój przychówek. Na koniec zapytywał: czy zamierzam w tej sprawie jakie kroki poczynić? Taktycznie koncypowałem nabrać wody w usta, tym bardziej, że zbliżał się właśnie dzień ślubu z moją obecną małżonką, pochodzącą – o czym dobrze uświadomiony jest Jesus – z wielce szlachetnego i majętnego rodu. Nic nie odpisałem, a i mój respondent więcej już nie pisał.

Lata mijały, a moja ślubna nie obdarzyła mnie dotąd potomstwem. Wchodząc w wiek poważny, straciłem wszelką nadzieję. A jako że czas leczy rany, wyznałem małżonce stare swe grzechy. Rozumiała; że młodość, porywczość, że stare czasy, a i sama ubolewała nad swoim jałowym łonem. Razem doszliśmy do tego, że warto odszukać pacholęta i usynowić, aby fortuna nie została bez prawych spadkobierców. Korespondencję uszykowałem do przyjaciela z Hiszpanii, co i jak w niej wykładając, i prosząc, by mi pasterkę i nasz przychówek odszukał. Po kilku miesiącach zwrotny list przyszedł; wieści nie były krzepiące… Przyjaciel donosił, że matka, nie mogąc zdzierżyć kpin i przykrości od sąsiadów, wyniosła się z dziećmi gdzieś w inne strony. Jej ojciec, znany mi nadzorca pastuchów i wdowiec, zginął był wcześniej pod racicami byka. Tam, za wdówkę się podając, poślubiła właściciela jakiegoś drobnego gospodarstwa. Wkrótce poroniła jednak i pomarła w połogu, ostawiając moją dwójkę półsierotami. Ojczym ich, po uszy zakochany pono w odumartej małżonce, rozpił się i w karczmie czas pędził niemal cały. Tam go też niedługo zadźgali podczas jakiejś bójki. Sieroty wziął do siebie sąsiad, który miał też znaczną liczbę własnego przychówku. Dziewczynka była układna i zgodna; chętna do psot z przybranymi siostrami i pracy przy domu i przy gospodarstwie. Za to chłopak – istny nicpoń! Ciągle się waśnił i borykał z przybranymi braćmi, tak że gospodarz musiał dać go do domu sierot. Przyjaciel odwiedził ów dom, aby wywiedzieć się o dalsze losy chłopaka. Bród, smród, głód i dryl jak w wojskowych koszarach… Szczeniak czmychnął z tego przybytku przed laty; nikt go więcej nie widział i nic więcej o nim nie słyszał. Dziewczyna też opuściła gościnnych sąsiadów, gdy tylko nieco podrosła; uciekła w tajemnicy do miasta i ślad po niej zaginął.

Cała ta sprawa ciążyła na mym sumieniu, gdy zjawił się Jesus ze swymi skarbami. Już dawno obmyślałem, by – w pokucie za grzechy zaniedbania – przyzwoity dom sierot w Hiszpanii wystawić i utrzymać. Majątku mi nie zbywa, ale nie jest on też i taki wielki, by podnieść podobną tej inwestycję. Tym bardziej, że ostanie ciężkie czasy dla naszego kraju znacząco nadszarpnęły też stan mojego posiadania. Nie trwało więc długo, gdy przemyślałem, że skarb jesusowy pozwoli sfinansować owe szczytne mrzonki, które sprowadziły mnie na koniec do tej czarnej dziury.


Spod cienia mokrej skały dobiegło nas coś, jakby westchnienie. Potem dało się wyczuć ruch, jakby ktoś przewracał się z boku na bok.


- O, chyba nasz bandolero do siebie dochodzi… – rzuciłem w kierunku towarzyszy niedoli.


- Oj, zmysły wróciły już dawno temu – odezwał się zbójnik, uznany za umarłego. – Słyszałem wszystkie rozmowy. Leżałem wszakże czas tak długi, niby bez ducha, bo nie wiedziałem, czy nie zechcecie mnie dobić. Powstrzymajcie jednak swoje zapędy, mości panowie. Pozbawienie was mojej przytomności, pozbawi też cennych informacji, jakie mógłbym przekazać w sprawie jednego z pacholąt Don Lope. Nim podejmiecie decyzję, co do dalszego mego losu, wysłuchajcie wprzódy, co mam do powiedzenia:


7.


- Też się chowałem w domu sierot, pod imieniem Juan, i też stamtąd uciekłem. Waszmości przyjaciel, Don Lope, słusznie prawił: bród, smród, głód i dyscyplina. Zbierałem więcej plag dziennie, niźli zjadałem okruchów chleba. Trzy dni bez wiktu biegłem, o samej jeno wodzie ze strumieni. Na koniec przygarnęli mnie pasterze. Akurat jeden pomarł, bo wilk go pogryzł i wdała się gangrena, tak że nowi kamraci przedstawili mnie właścicielowi pastwiska, a ten zgodził się na moje zatrudnienie. Podrastałem wśród nich, wprawiając się w pasterskim rzemiośle, które nawet przypadło mi do gustu. Gdy raz pogoniliśmy byki na jatkę w Sewilli, spotkała mnie przygoda, która odmieniła bieg mego żywota. Jakaś młoda, gładkolica gosposia wracała z rzeźni z polędwicą dla swego pana. Tak mi się spodobała, że długo wiodłem za nią wzrokiem, a gdy zniknęła za rogiem, pobiegłem – wzroku nie mogąc od zjawiska oderwać – spory kawałek za nią. Patrzę, a tu w zaułku dwóch wyrostków ją obskoczyło i nuże siłować się z nią, by wyrwać koszyk z mięsiwem. A trzeba waszmościom wiedzieć, że w dzień jatek przybiega po Mięsną Bramę cała hołota miasta, by zebrać jakieś ochłapy. Dopadłem ich i stłukłem pasterskim kosturem, chociaż każdy mi groził rzeźnickim kozikiem. Gdy się rozbiegli, zaproponowałem z galanterią damie, że ją pod same drzwi domostwa podprowadzę, by się jej jaka inna zła przygoda jej nie przytrafiła. Wsparła się z ukontentowaniem na mym ramieniu i wkrótce byliśmy pod domem. Zabawiałem ją jeszcze chwilę rozmową, ale wtedy starsza gosposia drzwi otworzyła i krzyknęła, że pan pyta: co ta za kawalera Mercedes (tak brzmiało jej imię) prowadzi? Dziewczyna wyszczebiotała szybko o niecnym napadzie i mojej postawie, a stara pobiegła na górę. Za chwile wróciła, drzwi rozwarła szeroko, niskim ukłonem i szerokim gestem reki zaprosiła do środka, witając mię tymi słowy: „pan kazał ugościć kawalera sutym kawałem pieczeni i garncem najprzedniejszego wina”. Gdym się posilał w kuchni, służbowe pomieszczenia odwiedził sam pan i zwrócił się prosto do mnie… Uwiadomił mnie, że właśnie pognał precz swojego lokajczyka, bo leniwy był i złodziejowaty, i właśnie szuka zucha, takiego jak ja, na jego zastępstwo. A że i wynagrodzenie uczciwe obiecał, długo się nie głowiłem: pobiegłem tylko rozmówić się z kamratami i zaraz wróciłem na służbę.

Pan mój, Don Alfonso de Mendoza y Spinola, był fircykiem i nie lada galantem. Choć już dobrze w męskich latach, bronił się zawzięcie przed złożeniem ślubów małżeńskich. Swatano go ciągle z damami z zacnych domów; on wszelako rogi wolał przyprawiać lubo uganiać się za komediantkami. Obowiązków u Don Alfonso nie miałem zbyt wiele; najwięcej czasu zajmowały nam zapasy szermiercze, bo pan mój, z racji upodobania do amorów, ciągle się pojedynkował, siłą czego wciąż musiał wprawiać rękę. Dla mnie z tego pożytek był taki, że przynajmniej sam wprawiłem się tęgo fechtunku. O ducha też pan mój dbał – i swego, i mego. Kazał sobie czytać wieczorami romanse awanturnicze, także te litery, które – po zakonnych edukacjach w sierocińcu – ledwie com rozpoznać potrafił, teraz składały mi się w głowie, w całe, całkiem paradne zdania. Raz jednak Don Alfonso przestrzelił: przyprawił rogi jakiejś bardzo wysoko postawionej personie. Gdy tamten się o wszystkim dowiedział, spoliczkował mojego pana, żądając satysfakcji. Ot, też mi nowina: pojedynek…! Do tego Don Alfonso przywykły. Pierwszyzną był jednak sposób, o czym mój pan nie wiedział, w jaki rozgrywa się takie sprawy w najwyższych kręgach. Taki typ ani zamierza krzyżować żelaza. Owszem, stawia się na umówionym miejscu w kompanii sekundantów, ale w tym już głowa jego pachołków, aby przeciwnik tu nigdy nie dotarł. Najlepiej, jak przepada na amen, bo wtedy tamten chwali się, że pola dotrzymał i honor ocalił, a galant stchórzył i zrejterował, kryjąc się gdzieś za granicą i twarz tracąc przed światem. Gdy jechałem więc rankiem z moim panem, bo miał mnie za sekundanta, opadła nas zgraja bodaj dziesięciu zbirów. Rachunek trudny: po pięciu na jednego. Szermowaliśmy długo, oganiając się też lewakami od ciosów z boku (jakże praktyczne są te sztylety w lewej ręce…), aleśmy ich w końcu wszystkich położyli trupem. Oprócz kilku zadrapań, jam większej nie poniósł szkody. Pierwej koncypowałem, że i pan mój cały, bo stał całkiem prosto i dziarską miał minę. Dostrzegłem jeno, że prawy łokieć jakoś mocniej do boku przywiera. Powiedział z galanterią, że chyba musimy odłożyć dzisiejszy pojedynek, prosząc rywala o inny termin, bo trochę słabo się czuje. Wsiedliśmy na konie i wracaliśmy do miasta. Don Alfonso wyraźnie słabował po drodze. Widziałem, jak spod przyciśniętego do boku łokcia krew czarna wypływa i kapie po końskim boku. Pocieszałem, by się nie martwił, że to pewnie draśnięcie i że jak tylko dotrzemy do domu, pognam w te pędy po medyka. On za się prawił, bym nie medyka wołał, jeno rejenta, bo mu tą dziurą życie ulatuje a chce mi spisać jakąś ładną sumkę, za moją wierną służbę i mężną postawę. Pod domem krzyknąłem służbie, że pan ranny. Mercedes wyprawiłem po medyka, a starą po rejenta. Gdym jednak Don Alfonso po schodach targał i w jego pościeli układał, zmiarkowałem, że biedak nieżywy. Nie deliberując długo, za gobelin po klucz od sekretarzyka sięgnąłem, szufladę otworzyłem i wyczyściłem ją ze srebrnej i złotej monety, pieniędzy papierowych i kosztowności. Do kuchni jeszcze padłem, srebrną zastawę w obrus zawinąłem i krótki bilecik na serwecie skreśliłem; że kilka trupów padło, więc muszę uciekać. Serce przebite strzałą jeszcze domalowałem, które podpisałem: „dla Mercedes”, dziewczyna bowiem, bez wielkiej wzajemności wszelako, na zabój się we mnie durzyła. A że koń stał jeszcze w kulbace, skoczyłem i pomknąłem przed siebie. Sumienie mi zbytnio nie doskwierało i nie uważałem siebie za łotra… Gdyby rejent na czas dotarł, większy by mi pewnie pan mój zapis zostawił; teraz i tak wszystko zagarną prawi spadkobiercy, i tak już dosyć bogaci.

Ni celu, ni terminu nie znalem swojej podróży. Jechałem po prostu przed siebie, koncypując, co by tu zrobić z pieniędzmi i własną osobą. Dotarłem gdzieś w bliską tej okolicę i tu mnie gdzieś zbójcy napadli. Sześciu ich było. Dałem bydlęciu ostrogę, w ucieczce szukając zbawienia. Obróciłem głowę i zobaczyłem, ze mierzą do mnie w pędzie z pistoletów. Położyłem się nisko w siodle i palbę z dwunastu strzałów posłyszałem. Z razu wykoncypowałem, że każdy miał po dwa pistolety. Kule świstały nad głową, lubo poszły bokiem, bez szkody dla konia i całej mej własnej fizjonomii. Proch mi więc już ich nie groził. Teraz ja dobyłem pistoletu (w strzelectwie pan mój też mnie wprawiał), zmierzyłem z obrotu w galopie i położyłem pod pierwszym konia. Inne wierzchowce potykały się o powalone bydlę, tak żem powstrzymał ich w pędzie, a sam zawróciłem konia. Jak pięciu powaliłem kilka dni temu, to i sześciu dam dzisiaj radę; ot, głowa gorąca i młodzieńcza fantazja…! Szermowałem dzielnie, oganiając się z boku lewakiem, tak że rady mi dać nie mogli, a i kilku krwią już bluzgało od drobniejszych zadrapań i okaleczeń. W końcu ten, co na herszta wyglądał, kazał innym odstąpić, a i sam opuścił żelazo. Orzekł, że chwat ze mnie nie lada i że wielkim by było dla niego honorem, gdyby mnie nie naprzeciw sobie, ale w swojej hultajskiej kompanii obaczył. A żem nie miał akurat – ani intratniejszej kondycji, ani ogólnie lepszego nic do roboty – ostałem pomiędzy zbójami i lat już ładnych kilka harcuję po tych gościńcach.


- Czy żeś się z moim pacholęciem w domu sierot chował…?! Czy żeś go kiedy potem obaczył…?! – Don Lope słuchał z wielką uwagą, ale na koniec stracił cierpliwość.


- I żem się chował, i widział z nim wiele razy.


- Gadajże, waszmość, przeto…!


- Jeżeli ów młodzieniec, którego mam na myśli, jest w rzeczy samej waszym synem, senior, to wy musicie mieć za lewym uchem znamię w kształcie łezki, a w kolorze kawy z odrobiną mleka.


- Mam ci ja takie znamię… A skąd ci o nim wiadomo, hultaju…?!


- Bóg takim samym znakiem pomazał potomstwo jednego możnego pana; tak pewna matka prawiła. Rozpal na powrót latarnię, mości panie, i podjedź do mego barłogu.


Don Lope wyjął z kieszeni zapałki, rozjarzył knot lampy drżącymi rękami, skoczył w kierunku ciemnego kąta… a my dreptaliśmy w ślad za nim…


8.


Juan oddawał z cierpliwością i wyrozumieniem swoje uwolnione z więzów, obolałe członki torturze ojcowskich uścisków i pieszczot niedźwiedzich. Za uchem bandolero znaleźliśmy takie samo znamię, jakie zdobiło potylicę szanownego Don Lope. Odtąd stało się na wyraz jasnym, że ten oto młodzieniec – to zagubiony dziedzic fortuny de Guzman. Ojciec przepraszał za lata obojętności, nie mogąc sobie wybaczyć, że, jak się wyraził: „przez swoją głupotę, mało ciała i ducha syna nie oddał diabłu”. I mnie, i Jesusowi, udzieliła się również ojcowska radość. Jesus podniósł od razu praktyczny aspekt takiego stanu rzeczy: „co czterech, to nie trzech, więc teraz bez problemu już dołu ze skarbem ujdziemy”. Radość więc była podwójna: i ze szczęśliwego spotkania, i z cudownego ocalenia. Gdy przebrzmiał pierwszy afekt, cień smutku spadł znowu na lico Don Lope…


- Wszystko to bardzo piękne, a byłoby jeszcze piękniejsze, gdybym i swoją córkę, a twoją siostrę, Juan, odnalazł lub zwiedział się choć czegokolwiek o jej złym, bądź to dobrym losie…


- Zdaje mi się, senior, że ja coś mogę tu pomóc, skoro mowa o kobiecie z kawową łezką za uchem… – uznałem, że czas najwyższy, by wtrącić swoje trzy grosze do rodzinnej dysputy.


- W rzeczy samej, zadziwiasz mnie młodzieńcze; czy słyszałeś coś kiedy o takiej dziewczynie…? – Don Lope pilnie nastawił ucha.


- Przedstawiłem dosyć oględnie swoje przypadki Jesusowi, gdy jeszcze sami (no, i z waszym ocalonym a niby nieprzytomnym synem, oczywiście) siedzieliśmy w tej studni. Opowieść moja nie była jednak – ani sumiennie wyczerpująca, ani też całkiem prawdziwa. Teraz mam pewność, że w zacnej kompanii przebywam, więc mogą rzec wszystko, jak na spowiedzi; tym bardziej, że historia ta wiąże się, jak mniemam, dziwnym złożeniem rzeczy, z szukaną przez was, senior, dziewczyną:


9.


- Lata pachole i wczesną młodość pędziłem na małej ranczy. Rafael – to imię na chrzcie mi dano. Kilkoro nas było przychówku, więc trzeba było rodzicielom pomagać: i przy robocie w obejściu, i przy pasieniu trzody. Razu pewnego możny pan z okolicy wielkie rodeo wystawiał, dla przeliczenia i znakowania bydląt, i wydzielania sztuk rzeźnych. Zjechali na tę okoliczność jego świetni goście, co by za bydłem z pachołkami poganiać i pomocować się z bykami, wyznaczonymi pierwej na rzeź. Jeden taki pan na rączym koniu daleko pastuchów odsadził i zagnał się za narowistym bykiem, aż hen na nasze łąki. Ja akurat straż przy naszym bydle przed wilkami trzymałem, co to się ostatnimi czasy w okolicy nad umiar rozpleniły. Zapędził byka w jedno urwisko, co to z niego niejakiego wyjścia nie było, a wtedy bydlę zrobiło w tył zwrot i, dla ratowania życia, ruszyło szarżą na swego oprawcę. Pan ów lancę nastroszył, ale zwrot niemrawo wykonał, tak że róg wypruł rumakowi bebechy. Pan zwalił się z koniam i plecami do ściany przywarł, żadnego ratunku przed bycza szarżą dla siebie nie widząc. Byk go już prawie sięgał rogami, gdy mi się dołek pod jego łopatką na celowniku pojawił. Palnąłem ze starego karabinu wojskowego, com go dla obrony przed wilczym plemieniem woził. Buhaj padł, ryjąc rogami ziemię, na łokieć ledwie od swej niedoszłej ofiary. Pan po upadku poturbowanym był trochę, a bardziej chyba jeszcze wystraszonym. Poradziłem gościnę w naszej chałupie, dla opatrzenia zadrapań i ogarnięcia odzieży. Pan przystał snadnie, więc powiodłem gościa do domu. Matka opatrzyła rany, a gdy łatała przyodziewek, pan się posilał strawą i suto zapijał winem, płynąc w stokrotnych podziękach za ratunek życia i wielce serdeczną gościnę. A że się do spodu ululał – nie było mowy, by wracał. Położyliśmy go w gościnnej izbie – biednej, acz schludnej. Rano się zbudził, nie myślał jednak wracać do swoich. Nuże nam w gospodarce pomagać, jak jaki wiejski prostaczek. Zapytał: czy byśmy mu u siebie wywczasu nie udzielili, kiedy za każdy dzień zapłaci, jak w dobrym madryckim hotelu? Ojciec orzekł, że bez pieniędzy gościć go możem, bo honor to niebywały dla całej familii. Brata mego posłał więc tylko za umyślnego do naszego możnego sąsiada, ze skreślonym biletem, że wszystko u niego w porządku, że tutaj popasa dni kilka i żeby się nie martwili. Gadał nam, że piórem zgrabnie włada i różne historie spisuje, a że pisać tuszy o życiu ludu prostego, tak też to życie, jak i obyczaj ludowy, od środka rozpoznać myśli.

Miał zostać dni kilka, a miesiąc z okładem przesiedział. Pomagał nam snadnie w obejściu, do bydła z nami wyjeżdżał i za wilkami ganiał. Jako swojego zbawiciela, mnie sobie najbardziej upatrywał. Fechtunku mię uczył, specjalnie na ten cel przyciętymi laskami leszczyny. O barwach życia wielkiego miasta prawił. Po ksiązki umyślnego do się posłał i wieczorami poezję kazał czytać, egzaminując, czym pilnie w gminnej szkółce nauki odbierał. A żem nie tylko czytał płynnie i zgrabnie litery stawiał, ale i sonet nieraz jaki z pamięci recytował, orzekł, żem wielce zdolne pacholę i szkoda takiego zucha ostawić na, jak to ujął, „bydlęcym łajnie”. Gdy mu list doręczono, że jakoweś jego interesa dłuższej nie zdzierżą zwłoki, żegnał nas ze łzami w oczach, a mi bilet wizytowy wcisnął do kieszeni z takimi słowy, że – gdybym kiedy w mieście miarkował stanąć – mam ko koniecznie, a i bez nijakich ceregieli, nawiedzić. Kiedy już zniknął za zakrętem gościńca, bilet wyjąłem i odczytałem: „Don Inocencio de Guadalmedina y Origoyen” – stało tam napisane.

Następne miesiące w robocie się opuszczałem, nie myśląc o niczym innym, jak jeno o mych zdolnościach i życiu wielkiego miasta. Nocy jednej w końcu w tobołek potrzebne manatki spakowałem, kilka oszczędzonych miedziaków w kieszeń wrzuciłem, wyprowadziłem ze stajni najlichszego muła i do miasta się wyprawiłem, list jeno rodzicielom ostawiając, kończący się tymi słowy: „szkoda moich talentów, by zgniły w bydlęcym łajnie”. Kiedy stanąłem w Sewilli, muła odsprzedałem, co, razem z kilkom przywiezionymi miedziakami, starczyło na kilka dni gościny w nędznej austerii. Nie chciałem tak z marszu, taki gołodupiec, od razu z prośbą o protekcję do pana możnego stukać. Koncypowałem, że pierwej kondycję jakowąś pozyskam, grosza odłożę, na jaką uczelnię się dobiję i wtedy dopiero, jako żak pilny, wielkiego pana nawiedzę. Grosz szybko znikał, a ja już na jadło w austerii nie miałem. Chodziłem tedy od straganu do straganu, pytając, czy by za ochłap lichy roboty jakiej nie było. Jedni grzecznie odmawiali, że i im też nie zbywa; inni łajali, wzywali i jeszcze nieraz zgniłym ogórkiem rzucili lubo kopniakiem przegnali. Dotarłem wreszcie do mięsnych jatek: większość rzeźników przegoniła, jeden wszakże, otyły jegomość w sile wieku, zagadał, że właśnie pachołka był stracił i przydałby się za niego kto inny w terminy. Zapytał: czy znam się co nieco na mięsie? Nuż wcisnął do ręki, wskazując wiszącą na haku półtuszę. Całem życie przecie na ojcowiźnie to robił: raz dwa sprawiłem się z tuszą, rozbierając mięso na zgrabne i akuratne kawałki. A że rzeźnikowi robota moja wielce się spodobała – od tego dnia znalazłem u niego zatrudnienie.

Gdyby kto pomyślał, że robota w mięsnej jatce jest fraszką, grubo by się omylił. Nie to nawet, że ciężka, że tusze trzeba zarzucać i dźwigać kosze z mięsiwem; gorsze, że w ciągłym strachu przed łotrzykami z rzeźnickiej szajki. W dni kilka później oświecił mię terminator ze sąsiedniego straganu, jakim to sposobem mój majster pachołka był stracił… Otóż, rzeźnicy spod Mięsnej Bramy, co się ubojem zganianych z okolicznych ranczy na rzeź byków parają, trzymają w całym mieście złodziejską szajkę, co się znowu rajfurzeniem mięsnych straganów trudni, tak że każdy kupiec musi się im od swojej jatki opłacać. Majster mój pono z zapłatą się ociągał i innych kupców do rokoszu przeciwko szajce buntował, to mu gdzieś terminatora wyprowadzili i nikt go odtąd nie widział. Teraz już grzecznie płaci; sam się i innych nie buntuje. Rzeźnicy z Mięsnej Bramy to zgraja najgorszego autoramentu hultajstwa; ludek nikczemny i popędliwy. Okradają właścicieli bydła, mimo że ci im suto płacą, na najlepsze kąski, które ich pachołkowie noszą utrzymankom i dziwkom, i strażnikom miejskim, by w interesach szajki nie wadzili. W dzień jatki waśnią się z właścicielami bydła, kupcami ze straganów, samymi sobą i całą miejską hołotą, co ciągnie tu po ochłapy, tak że ubój bez trupa czy kilku poturbowanych – to jeno szczęście od Boga. Haracze zawsze sam herszt ich pobierał, zwalisty jegomość o łysej glacy, co to się na tę okoliczność pomiędzy straganami razem ze swym psem pasterskim przechadzał – wielkim bydlęciem rasy alano. Jakoż to, o dziwo, ten oto szubrawiec, a z nim i jego Cerber (tak pies ów się wabił), poczuli do mnie jakąś wielką słabość. Choć innym by dłoń z połową łokcia odgryzło, bydlę głaskać się łaskawie dawało i podsuwane ochłapy łapczywie zżerało. Pan jego natomiast, Manuel, co majstra mego wciąż łajał, popychał i wydrwiwał, dla mnie miał zawsze szeroki uśmiech i jakie galante słowo (choć uśmiech szpetny, bo zęby popsute, a słowo prostackie, bo nie znał dwornego języka). Majster mi tłumaczył, iż to za tą przyczyną, że lico moje nad wyraz gładkie a sylwetka nad miarę ponętna, a tamten to sodomita i samcołożnik. Gdy raz zbereźnik przydreptał po haracz, a szturchał przy tym i lżył sromotnie mojego majstra, jako że z natury porywczy jestem, nie wytrzymałem: zaszedłem draba od tyłu i takiego kopniaka w tyłek zasadziłem, że czub buta przepadł pomiędzy pośladkami po obcas. Skoczył mnie gonić, ale gdzie tam… Jak taki ospały niedźwiedź miałby drapnąć zwinnego zajączka, kicającego pomiędzy straganami…? Cerbera tedy spuścił z łańcucha, by ten zatrzymał lub rozszarpał. Gdy tylko zniknęliśmy za rogiem, bydlak mię dopadł – i owszem – myśląc wszakże, że to zabawa, nuże skakać i ślimaczyć mi lico jęzorem. Nijak jednak nie zbiła ta cała przygoda Manuela z pantałyku. Teraz jeszcze częściej do straganu przychodził (tak mu się bowiem, widać, pieszczota z butem w tyłku spodobała) i cisnął mojego majstra, by mnie mu oddał w terminy. Gdy majster ostatni raz odmówił, drab skierował się do mnie i w takie ozwał się słowa: „słuchaj no, smarkaczu, i tak przyjdę po ciebie, i tak cię zabiorę do siebie, na Mięsną Bramę, i tak mi się nigdzie nie schowasz, nie myśl nawet sobie”. Miarkując, że nie krotochwili i że się pętla zaciska, nie chcąc też mnożyć kłopotów poczciwemu rzeźnikowi, koncypowałem, że pora przyszła najwyższa, by mego dłużnika o protekcję prosić…

Znalazłem adres z biletu i stanąłem przed drzwiami. Pociągnąłem za sznurek od dzwonka, a gdy się lokaj w uchylonych drzwiach pokazał, wręczyłem mu bilet i dumny wyrecytowałem komunikat: „bądź łaskaw obwieścić Don Inocencio, dobry człowieku, że akuratnie, w terminach tych, mości Rafael do miasta zjechał”. Długo i podejrzliwie mierzył mój lichy przyodziewek, w końcu jednak, rad nie rad, poczłapał z biletem na górę, drzwi wcześniej zatrzaskując przed nosem. Tumult na schodach posłyszałem i drzwi wnet stanęły otworem, rozwarte ręką samego gospodarza, zapraszającego szerokim gestem we swoje, jak to ujął przewrotnie, „najniższe progi”. W przestronnym, bogatym i mile chłodnym holu wyściskał i wycałował. Za rękę złapał i, nie bacząc na konwenanse i etykietę, przed oblicza swych rodzicieli zaprowadził. W wielkim afekcie wykrzykiwał, że to ten dzielny młodzian, którego winni po rekach całować, bo tylko dzięki jego wprawnej ręce, zimnej krwi i celnemu oku widzą jeszcze swoją latorośl wśród żywych. Ja oczywiście studziłem rozpaloną głowę, tłumaczyłem, że syn chyba nazbyt wyolbrzymia moje skromne zasługi, dworowałem, żem sługa uniżony wielmożnego państwa i tym podobne duby smalone, co oni za skromność poczytali i wielce życzliwego nabrali do mnie usposobienia. Państwo kazali kąpiel (siła duchoty musiałem wnieść, widać, ze sobą) i poczęstunek gotować, a Don Inocencio zabrał mnie na czas ten do gabinetu. Gdy zostaliśmy już sami, opowiedziałem mu wszystko, ze szczegółami, co się zdarzyło od naszego rozstania. Wysłuchał, a kiedy tylko skończyłem, z szerokim uśmiechem snadnie zawyrokował, że ma już na to lekarstwo: trza mu akurat sekretarza, co by jego gryzmoły na czysto kaligrafował, tak też na służbę, z godziwym uposażeniem, od zaraz mnie bierze.

Kondycja u mego pana, nie ma co gadać, niezmiernie wyborną była. Niemniej, jak to w życiu bywa, po kilku miesiącach zaczęły się mnożyć szczególne przypadki i rozmaite kłopoty… Pan pałał do mnie wielkim afektem, który mu snadnie odwzajemniałem. Afekt ów niektórym osobliwym lubo nienaturalnym się jawił, a złe języki zaniosły plotki do uszu starszych państwa. Raz posłyszałem przypadkiem, jak rodziciele doradzają latorośli odprawienie gładkiego sekretarzyka (tak mnie bodaj pani domu przezwała), o czym Don Inocencio słyszeć nawet nie chciał, krzycząc, że sam pierwej ojcowiznę zostawi. Na dodatek do tego wszystkiego, bez pamięci zadurzyła się we mnie siostra mojego pana, a jedyna córka moich starszych państwa, Beatriz, nazbyt wielkim względami przy stole darząc i rając nocne schadzki. A jakby jeszcze i tego było mało, Manuel mię za pomocą nosa Cerbera wytropił i rozgadywał po mieście, że nawet z domu Guadalmedinów wyprowadzi. Wiedziałem, że starsi państwo szykują memu panu jakąś partię z bardzo zacnego domu. Póki co: młodzi wymieniali tylko kurtuazyjne wizyty i krótką korespondencję. Do moich obowiązków należała między innymi ekspedycja codziennej poczty. Pewnego dnia, podniósłszy z biurka pana stertę jego listów, pomaszerowałem z nimi, jak zwykle, na pocztę. Rzuciło mi się w oczy, że jeden ostał się (pewnie przez nieuwagę) nie opieczętowany. Wróciłem po pieczęć, a gdym już lak ogrzewał nad świecą, zwróciłem uwagę na adres. Bilet był adresowany niedoszłej żonie mojego pana. Nie mogąc pokonać ciekawości, która ponoć prostą drogą do piekieł wiedzie, wyjąłem kartkę i pogrążyłem się w lekturze. Całej treści dokładnie nie spamiętałem, więc nie będę cytował, powiem tyle, że pan mój, w odpowiedzi na poprzedni list pięknej damy, zapewniał ją o swojej gorącej miłości i obiecywał, że – jak tylko zgodzi się pójść z nim do ołtarza – on, jak to ona wcześniej żądała, zaraz doprawi gładkiego sekretarzyka. I tego wszystkiego już było za wiele: spakowałem potrzebne rzeczy, schowałem uciułane z uposażeni


ambroziak

  • Gość
Odp: SPRAWIEDLIWI I NIKCZEMNICY
« Odpowiedź #1 dnia: Maj 31, 2014, 09:01:09 am »
Inspiracją dla tej opowieści była tzw. stara nowela hiszpańska - gatunek literacki, dzisiaj już niemal całkowicie zapomniany, a fascynujący i porywający. Do tych tradycji nawiązuje też często w swoich powieściach Arturo Perez-Reverte.

jola

  • Gość
Odp: SPRAWIEDLIWI I NIKCZEMNICY
« Odpowiedź #2 dnia: Październik 09, 2014, 08:29:57 am »
Też przeczytałam wszystkie opowiadania, jak koleżanka Ola. Przeczytałam też wszystkie komentarze. (Niewiele ich, jak do tej pory. Daj Boże więcej!) "Koralowa Polana" była świetna, ale "Sprawiedliwi..." biją ją na głowę. Podziwiam za finezję w konstrukcji fabuły, rozwoju i końcowym spięciu wszystkich wątków. Kawał dobrej roboty! Wyłapałam kilka usterek (np. w zapisach dialogów), ale nie będę się czepiać. Całość mnie zafascynowała, a to głównie z tego powodu, że klimat opowiadania przeniósł mnie żywcem na karty mojej ukochanej książki - "Rękopisu znalezionego w Saragossie." 

ambroziak

  • Gość
Odp: SPRAWIEDLIWI I NIKCZEMNICY
« Odpowiedź #3 dnia: Październik 10, 2014, 03:47:58 pm »
I ja przepadam za "Rękopisem..." To opowiadanie, jak już pisałem, jest właśnie pokłosiem mojej fascynacji starą literaturą hiszpańską. Potocki utrzymał swoje dzieło w podobnym klimacie. Ciszę się, że moglem sprawić Ci przyjemność, Jolu. A opowiadanko przejrzę w wolnej chwili raz jeszcze i postaram się usunąć usterki. Pozdrawiam!

ola

  • Gość
Odp: SPRAWIEDLIWI I NIKCZEMNICY
« Odpowiedź #4 dnia: Październik 19, 2014, 09:20:36 am »
Jeszcze raz powróciłam do tego opowiadania. Zmotywowała mnie do tego koleżanka Jola. Przyznam szczerze, że pierwszy raz nie  czytałam dość pilnie i nawet przerwałam czytanie w którymś momencie. Chyba kotlety przypalały mi się na patelni. Teraz usiadłam specjalnie tylko do Nikczemników. Nadal uważam, że Koralowa Polana bardziej mnie wzięła. Ale podziwiam za kunszt. To raczej taka mini powieść. Dokładnie utrzymana w klimacie starej literatury iberyjskie. Nawet stylizowany język. Gratuluję autorowi. 

ambroziak

  • Gość
Odp: SPRAWIEDLIWI I NIKCZEMNICY
« Odpowiedź #5 dnia: Październik 20, 2014, 08:39:48 am »
Och, dziękuję Olu za czas poświęcony lekturze. Mam nadzieję, że kotlety się nie spaliły, że zupa nie była za słona, że Twój Szanowny Małżonek nie wpadnie tutaj z kilkoma obelżywymi zdaniami. (Mam nadzieję, że nie przegiąłem z tymi koszarowymi żarcikami?) Serdecznie dziękuję za komentarz i bardzo mile słowa uznania!

ola

  • Gość
Odp: SPRAWIEDLIWI I NIKCZEMNICY
« Odpowiedź #6 dnia: Październik 23, 2014, 08:43:42 am »
Dowcip, rzeczywiście, koszarowy, ale wszystko w ramach przyzwoitości. Mąż tutaj nie wpadnie, bez obawy, bo zapracowany i nie podczytuje nigdy mojej internetowej aktywności. Obelżywych słów też nie używa.

Pozdrawiam

ambroziak

  • Gość
Odp: SPRAWIEDLIWI I NIKCZEMNICY
« Odpowiedź #7 dnia: Październik 23, 2014, 04:43:59 pm »
Olu, proszę pozdrowić męża. Złoty facet! 

jola

  • Gość
Odp: SPRAWIEDLIWI I NIKCZEMNICY
« Odpowiedź #8 dnia: Październik 25, 2014, 04:39:50 pm »
Jeżeli pozwolisz, droga Olu, będę się upierała, że to opowiadanie jest najlepsze (jak do tej pory). Może Pan Sławek jeszcze nas czymś uraczy?

ambroziak

  • Gość
Odp: SPRAWIEDLIWI I NIKCZEMNICY
« Odpowiedź #9 dnia: Październik 26, 2014, 07:42:05 am »
O, uraczy, uraczy. Po to głównie założyłem tę stronę, by wrzucać na nią moje opowiadanka. Szanowne Panie też namawiam do publikowania.

 

ola

  • Gość
Odp: SPRAWIEDLIWI I NIKCZEMNICY
« Odpowiedź #10 dnia: Październik 27, 2014, 07:11:39 am »
Mówią, że o gustach się nie dyskutuje. Masz dobry gust, Jolu, skoro podobają Ci się opowiadania Ambroziaka. Które lepsze, a które gorsze, to co innego, bo to sprawa gustu, a i autor raz wykaże lepszą wenę, raz gorszą. Też czekam na kolejne opowiadania.
Pozdrawiam

ambroziak

  • Gość
Odp: SPRAWIEDLIWI I NIKCZEMNICY
« Odpowiedź #11 dnia: Październik 27, 2014, 05:36:53 pm »
Jeszcze w tym tygodniu coś się nowego ukaże. Jest też całkiem świeże opowiadanko - "Geneza zagłady".