Kości

Print This Post Print This Post

1.

Emma nie czuła lęku. Nie zda­wa­ła sobie spra­wy z po­wa­gi sy­tu­acji. Le­ża­ła na wozie, przy­kry­ta spar­cia­łą plan­de­ką. To Jack na­cią­gnął tę par­szy­wą szma­tę na sie­bie i ko­bie­tę. Emma sły­sza­ła strza­ły. Unio­sła rąbek płót­na: chcia­ła zo­ba­czyć, co wokół się dzie­je, mu­sia­ła za­czerp­nąć po­wie­trza. Jack dy­go­tał ze stra­chu i strasz­nie się pocił, cuch­nął. Nic dziw­ne­go: bodaj od ty­go­dnia nie przy­tra­fi­ła się spo­sob­ność do­ko­na­nia szcze­gó­ło­wych ablu­cji. Wei, Chiń­czyk, sie­dział spo­koj­nie na wozie, opar­ty ple­ca­mi o ko­zioł. Prze­żu­wał dłu­gie źdźbło ze­schnię­tej trawy, a ko­niu­szek kłosa le­wi­to­wał nad czub­kiem spłasz­czo­ne­go ki­no­la, jak ko­li­ber nad kie­li­chem cy­try­no­wej or­chi­dei. Wy­glą­dał tak, jakby go tutaj nie było albo jakby już nie żył, jakby zda­rze­nia do­ko­ła roz­gry­wa­ły się w innym wy­mia­rze, a on w tym wszyst­kim nie uczest­ni­czył. Minę miał taką, jak zwy­kle w opa­łach, jakby chciał wła­śnie po­wie­dzieć, że w gło­wie tkwi już go­to­wy plan, że sy­tu­acja bez wyj­ścia to mit. A strza­ły pa­da­ły gęsto. Kule rwały drza­zgi z desek wozu; uno­si­ły mgieł­ki si­we­go kurzu, tra­fia­jąc w wy­schnię­tą zie­mię. Emma przy­ło­ży­ła oko do szpa­ry po­mię­dzy li­stwa­mi. Ob­dar­ci jeźdź­cy cwa­ło­wa­li sze­ro­ką ty­ra­lie­rą, wy­ma­chu­jąc ka­ra­bi­na­mi i re­wol­we­ra­mi; ich kule świ­sta­ły nad głową. Żoł­nie­rze klę­cze­li, le­że­li przed ta­bo­rem, cho­wa­li się za ni­ski­mi wy­dma­mi i więk­szy­mi gła­za­mi, plu­jąc gę­stym ogniem w kie­run­ku na­past­ni­ków. Co jakiś czas, któ­ryś z żoł­nie­rzy jęk­nął, upu­ścił ka­ra­bin, nie oddał ko­lej­ne­go strza­łu. Par­ty­zan­ci wy­pa­da­li z sio­deł, a roz­kła­da­jąc sze­ro­ko ręce, le­cie­li ple­ca­mi w tył, wy­krę­ca­jąc fi­koł­ki na koń­skich za­dkach. Jed­nak­że śmierć, zbie­ra­ją­ca ob­fi­te żniwo, nie była w sta­nie po­wstrzy­mać sza­leń­cze­go im­pe­tu. W awan­gar­dzie szar­ży stra­ceń­ców pę­dził czar­ny jeź­dziec. Jego ka­pe­lusz, strą­co­ny pędem po­wie­trza, mo­co­wa­ny do brody luź­nym rze­mie­niem, ucze­pił się szyi i po­wie­wał gdzieś, hen, da­le­ko za ple­ca­mi sza­leń­ca. Burza si­wych wło­sów stro­szy­ła się na gło­wie, cze­sa­na po­dmu­chem wia­tru. Cho­ciaż dawno już padł pierw­szy sze­reg i za­stą­pił go nowy, który też padł, a potem ko­lej­ny, czar­ny jeź­dziec parł cią­gle do przo­du, jak za­cza­ro­wa­ny, jakby ołów go wcale nie wi­dział, jakby kule nie ro­bi­ły mu krzyw­dy. Już tylko stru­ga płyt­kiej, sze­ro­ko roz­la­nej rzecz­ki od­dzie­la­ła tabor od na­past­ni­ków. Wierz­cho­wiec czar­ne­go jeźdź­ca wy­tra­cił impet: brnął po­przez mętną breję, po brzuch za­nu­rzo­ny w wo­dzie. Po dru­giej stro­nie nie było już jed­nak ni­ko­go, zdol­ne­go unieść ka­ra­bin…

Jeden po­cisk utkwił w skrzyn­ce ze zbio­ra­mi. Nim na dobre roz­ga­da­ły się ka­ra­bi­ny, Jack zrzu­cił kilka pa­kun­ków: chciał zro­bić wię­cej miej­sca. Uznał, widać, że wóz bę­dzie teraz naj­bez­piecz­niej­szym schro­nie­niem. – Kre­tyn! – Emma prze­żu­wa­ła w ustach roz­ma­ite epi­te­ty, ska­cząc na zie­mię. Scho­wa­ła się za kufer i upar­cie tar­mo­si­ła mo­sięż­ne ucho, wcią­ga­jąc bagaż pod deski wozu. Durne prze­świad­cze­nie pod­po­wia­da­ło jej, że w ten spo­sób ukry­je skrzy­nię przed roz­bie­ga­nym wzro­kiem ga­lo­pu­ją­cych strzel­ców… jakby ktoś fak­tycz­nie ce­lo­wał, jakby razów nie roz­dzie­lał, we­dług swo­je­go wi­dzi­mi­się, ślepy jak kura los. I wtedy do­strze­gła ten ka­mień… ska­mie­li­nę… Zdmu­chi­wa­ła kurz, roz­gar­nia­ła pia­sek… Mi­zer­ne efek­ty: gros masy głazu skry­wa­ła ubita zie­mia. Emma wsu­nę­ła dłoń pod plan­de­kę. Z obrzy­dze­niem omi­nę­ła prze­po­co­ną skar­pe­tę Jacka, wy­ma­ca­ła chłod­ny trzo­nek ło­pa­ty. Osło­nię­ta od góry paką wozu, od dołu – skrzy­nią kufra, ko­pa­ła za­pa­mię­ta­le, roz­rzu­ca­jąc grudy ze­schnię­tej na­wierzch­ni.

– Grób sobie ko­piesz, młoda damo? – Chra­pli­wy ba­ry­ton za­dud­nił nad głową Emmy; ktoś pytał po an­giel­sku.

– Roz­ko­pu­ję, ra­czej. – Ko­bie­ta pod­nio­sła wzrok i rzu­ci­ła ło­pa­tę. Stał nad nią wła­śnie ten w czer­ni. Ka­pe­lusz spo­czy­wał już teraz na swoim miej­scu, ko­smy­ki si­wych wło­sów wy­pa­da­ły spod fan­ta­zyj­nie wy­wi­nię­te­go ronda. Do uszu Emmy do­biegł po­mruk hisz­pań­skich słów, do­by­ty z dzie­sią­tek gar­deł. – Co oni mówią?!

– Hm, ga­da­ją, że warto taką ślicz­not­kę ze­rżnąć, nim się za­rżnie.

– Wiem, co mówią! Znam hisz­pań­ski. Nie cho­dzi o zna­cze­nie słów… Jak mogą wy­ga­dy­wać takie nie­do­rzecz­no­ści?!

– Ooo, mamy re­wo­lu­cję… Teraz mor­du­je się ko­la­bo­ran­tów. Je­cha­li­ście w woj­sko­wej eskor­cie.

– Je­stem oby­wa­tel­ką Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Pan, zdaje się, też z tam­tej stro­ny Rio Gran­de…

– Taaa… Widzi pani… róż­nie tu na nas pa­trzą. Bu­dzi­my mie­sza­ne uczu­cia.

– Pan może chyba wszyst­ko wy­ja­śnić?

– Co…? Co wy­ja­śnić?

– Mam listy po­le­ca­ją­ce.

– Nooo… to tro­chę zmie­nia obraz sy­tu­acji. Bę­dzie pani uprzej­ma… – Ramię ob­le­czo­ne czar­nym rę­ka­wem po­wę­dro­wa­ło w kie­run­ku ko­bie­ty.

Emma się­gnę­ła do tyl­nej kie­sze­ni ba­weł­nia­nych por­tek. Cien­ka, płó­cien­na ko­szu­la opię­ła przy tym ge­ście i uwy­dat­ni­ła wzgór­ki ster­czą­cych pier­si. Ko­lej­na fala po­mru­ku po­pły­nę­ła w prze­strzeń. Jeden z po­wstań­ców szar­pał man­kiet czar­ne­go, coś wy­krzy­ki­wał, żywo ge­sty­ku­lo­wał. Stary sprze­czał się z nim po hisz­pań­sku. Emma bły­ska­wicz­nie wci­snę­ła pa­pie­ry w wy­cią­gnię­tą, ste­ra­ną ży­ciem dłoń. Męż­czy­zna roz­wi­nął zło­żo­ną na czte­ry kart­kę, po­za­gi­na­ną na ro­gach, nieco wy­mię­tą i po­pla­mio­ną. Bie­gał chwi­lę wzro­kiem po za­dru­ko­wa­nym pa­pie­rze, a gdy skoń­czył lek­tu­rę, zwró­cił się z ora­cją do ad­wer­sa­rza i jego to­wa­rzy­szy:

– Jose Pe­re­ira, puł­kow­ni­ku… głu­pim się uro­dzi­łeś i głu­pim cię po­grze­bią. Re­wo­lu­cję ro­bisz… Re­wo­lu­cja to nie tylko gwałt i roz­bój, re­wo­lu­cja to rów­nież po­li­ty­ka. I po­li­ty­ka jest tu nawet waż­niej­sza. Wy­grasz re­wo­lu­cję… i wró­cisz na pole. Villa i Za­pa­ta w sto­li­cy za­sią­dą. Villa albo Za­pa­ta bę­dzie pre­zy­den­tem. Ty je­steś kmio­tem i kmio­tem zo­sta­niesz. Puł­kow­ni­kiem cię tylko zro­bi­li, kiedy pierw­sze­go głup­ka wio­sko­we­go mia­nu­ją tu, pożal się Boże, ge­ne­ra­łem. Teka mi­ni­stra ci się marzy, co naj­mniej, a damę do­stoj­ną chcesz rzu­cić kun­dlom na po­je­ba­nie. Tak wiedz, że – w oso­bie rze­czo­nej ko­bie­ty – Prze­naj­święt­sza Pa­nien­ka w brud­ne łap­ska dar losu ci wkła­da. Otóż, wy­obraź sobie, iż sam pan rek­tor uczel­ni Yale, co po­świad­cza wła­sno­ręcz­nym pod­pi­sem czło­nek se­na­tu Sta­nów Zjed­no­czo­nych, cie­bie, se­nior Pe­re­ira, in­for­mu­je, że ta oto tutaj, Emma Wat­son, jest pra­cow­ni­kiem na­uko­wym, po­szu­ku­ją­cym sta­ro­żyt­no­ści, i prosi o udziel­nie jej wy­pra­wie nie­zbęd­nej, a moż­li­wej po­mo­cy. Co gały wy­ba­łu­szasz…? Pan rek­tor i pan se­na­tor in­for­mu­ją i pro­szą rząd Mek­sy­ku. Masz być mi­ni­strem, więc ty re­pre­zen­tu­jesz tu rząd. Wysil tro­chę za­kap­tu­rzo­ną mó­zgow­ni­cę! Wy­bie­gnij myślą poza mie­dzę pola… Jak zgwał­cisz i za­mor­du­jesz panią Wat­son, a wieść tę roz­gło­szą ja­skół­ki, prasa pod­nie­sie la­ment. To może spro­wa­dzić in­ter­wen­cję Sta­nów Zjed­no­czo­nych… i gówno z re­wo­lu­cji. Je­że­li po­mo­żesz tej pani, a ona od­naj­dzie war­to­ścio­we ar­te­fak­ty, prasa roz­pły­nie się w pe­anach nad za­cno­ścią słyn­ne­go Jose Pe­re­iry, puł­kow­ni­ka, a Villa nie bę­dzie miał wtedy wy­bo­ru – wrę­czy ci tekę mi­ni­stra i awans na ge­ne­ra­ła. No, może w od­wrot­nej ko­lej­no­ści. A, i po­wiem jesz­cze, bo warto to dodać, że takie sta­ro­żyt­no­ści by­wa­ją czę­sto, bar­dzo wy­so­ko ce­nio­ne…

2.

Palce Emmy kle­iły się od mącz­nej papki. Ko­bie­ta le­pi­ła gir­lan­dy z ko­lo­ro­wych pa­pier­ków, a Con­chi­ta upi­na­ła je nad ra­ma­mi lu­ster w sali ba­lo­wej. Con­cha ba­wi­ła się przy tym jak dziec­ko. Emma też. Con­cha była wła­ści­wie dziec­kiem, bo skoń­czy­ła nie­daw­no pięt­na­ście lat, a Emmie ubyło kilka wio­sen przy tej ro­bo­cie. Ale wie­czor­na uro­czy­stość miała przy­po­mnieć wła­śnie o nie­ubła­ga­nym ob­ro­cie wska­zó­wek ze­ga­ra. Przed­sta­wio­ny czar­ne­mu do­ku­ment za­wie­rał do­kład­ne per­so­na­lia ko­bie­ty i by­stre oko sta­re­go bez­błęd­nie wy­chwy­ci­ło datę jej przyj­ścia na świat. Dziś ob­cho­dzi­ła trzy­dzie­ste uro­dzi­ny, o czym stary nie omiesz­kał uświa­do­mić Pe­re­iry i całej za­wszo­nej szaj­ki, na­zy­wa­ją­cej szum­nie samą sie­bie: par­ty­zan­ta­mi. To zna­ko­mi­ty pre­tekst do po­pi­ja­wy i po­tań­ców­ki, i nikt nie za­mie­rzał prze­pu­ścić po­dob­nej oka­zji. In­diań­skie ko­bie­ty od rana pich­ci­ły coś w kuch­ni, po­zo­sta­wia­jąc Emmie pro­blem przy­ozdo­bie­nia sali i de­le­gu­jąc do po­mo­cy Con­cep­tion.

Wła­śnie mijał trze­ci ty­dzień go­ści­ny-wię­zie­nia ekipy Emmy u Pe­re­iry. Puł­kow­nik urzą­dził ko­sza­ry w za­bu­do­wa­niach ha­cjen­dy don Ge­rva­sia. Prze­stron­ny dom go­spo­da­rza wy­zna­czył oczy­wi­ście na kwa­te­rę ofi­cer­ską, a że był aku­rat je­dy­nym ofi­ce­rem w skrzyk­nię­tym przez sie­bie od­dzia­le, roz­wa­lił się w wiel­kiej cha­łu­pie jak basza. No, nie można po­wie­dzieć, bo jeden pokój służ­bo­wy przy­dzie­lił sta­re­mu – czy to z sza­cun­ku, czy ze stra­chu – tego Emma nie była w sta­nie od­gad­nąć. W po­dob­nej służ­bów­ce ugosz­czo­no (uwię­zio­no) ko­bie­tę. Mięso ar­mat­nie roz­lo­ko­wa­no po staj­niach i ba­ra­kach. Jack i Wei dzie­li­li wspól­ny bar­łóg z sze­re­gow­ca­mi.

Va­qu­erów wcie­lo­no do­bro­wol­nie, jak­kol­wiek nie­sto­so­wa­nie i śmiesz­nie brzmia­ło­by to słowo, do po­wstań­czej armii. Służ­ba go­spo­da­rza, rów­nież do­bro­wol­nie, przy­stą­pi­ła do re­wo­lu­cji, czyli prze­szła pod ko­men­dę puł­kow­ni­ka. Wciąż pa­ra­ła się więc tą samą ro­bo­tą, tyle że teraz bez ja­kich­kol­wiek wi­do­ków i na­dziei na wy­na­gro­dze­nie, oczy­wi­ście!

Wszy­scy cze­ka­li na ko­niec za­wie­ru­chy i po­wrót don Ge­rva­sia. Wy­so­ko uro­dzo­ny ha­cjen­der nie opo­wie­dział się po ni­czy­jej stro­nie; wolał prze­cze­kać to wszyst­ko w go­ści­nie u moż­nych człon­ków rodu, w kra­inie swo­ich przod­ków, w sło­necz­nej An­da­lu­zji. W po­dróż za­brał żonę i dwój­kę pa­cho­ląt, i tylko ten, wy­łącz­nie ten in­wen­tarz. Roz­ma­ite pre­cjo­za i fi­li­gra­ny roz­pły­nę­ły się jak kam­fo­ra. Srebr­nej za­sta­wy i świecz­ni­ków puł­kow­nik nie ukrył w ku­frze, za­bro­nił ho­ło­cie tykać pod groź­bą kary śmier­ci, co­dzien­nie prze­li­czał i oglą­dał z każ­dej stro­ny. W ten spo­sób za­bi­jał wiele go­dzin nudy co­dzien­ne­go dnia, z punk­tem kul­mi­na­cyj­nym w po­sta­ci wy­staw­nej ko­la­cji.

Po­tra­wy ser­wo­wa­no ra­czej pro­ste: prze­wa­ża­ła ku­ku­ry­dza, fa­so­la i wo­ło­wi­na, do­pra­wio­na ostrą pa­pry­ką. Pierw­sze skrzyp­ce grały na­to­miast sre­bra: pół­mi­ski, ta­le­rze, noże, wi­del­ce i… kan­de­la­bry. Obec­ność pani Wat­son była obo­wiąz­ko­wa. Stary nie po­trze­bo­wał spe­cjal­ne­go za­pro­sze­nia. Pe­re­ira nie zno­sił pić sam, a lubił sobie gol­nąć. Pełna piw­ni­ca don Ge­rva­sia sku­tecz­nie od­strę­cza­ła wstrze­mięź­li­wych. Stary nigdy się nie roz­pę­dzał: dwie, trzy lamp­ki ma­la­gi dzia­ła­ły na niego na­sen­nie, jak twier­dził. Emma ko­cha­ła sło­dycz sher­ry; cały wie­czór są­czy­ła jeden kie­li­szek. Pe­re­ira za­pi­jał rum – raz sher­ry, raz ma­la­gą, około dzie­sią­tej miał już zwy­kle mocno w czu­bie.

Pod­ocho­co­ny al­ko­ho­lem sma­lił cho­lew­ki do Emmy. Sta­rał się być uprzej­my i de­li­kat­ny, a ko­bie­cie nawet schle­bia­ły umi­zgi puł­kow­ni­ka. Gdyby nie oko­licz­no­ści, w któ­rych się po­zna­li, i pro­sto­ta jego cham­skiej na­tu­ry, Emma mo­gła­by my­śleć o Jose, jak o przy­stoj­nym męż­czyź­nie. Prze­wa­ża­ła w nim krew hisz­pań­ska, a he­ba­no­wy, nie­go­lo­ny sys­te­ma­tycz­nie za­rost, ozda­biał twar­de rysy, uro­kiem pier­wot­nej siły. Z każ­dym dniem sta­wał się jed­nak bar­dziej na­tar­czy­wy. Emma wal­czy­ła z po­ku­są: ła­pa­ła się na tym, że ma ocho­tę ulec. Zwy­kle, bez resz­ty po­chła­nia­ła ją praca, spy­cha­ją­ca w naj­dal­szy kąt jaźni fi­zycz­ne po­trze­by. Przy­mu­so­wa bez­czyn­ność cu­ci­ła omdla­łe żądze. Jed­no­cze­śnie, nie­stru­dze­nie wa­ro­wał wro­dzo­ny prag­ma­tyzm. Nie czuła się pew­nie w obec­nej sy­tu­acji. Po­mi­mo chwi­lo­wej, po­zor­nej sta­bi­li­za­cji, od­no­si­ła wra­że­nie, że życie wciąż wisi na wło­sku. Nie mó­wiąc już o eg­zy­sten­cji Jacka i Chiń­czy­ka, i po­wo­dze­niu całej eks­pe­dy­cji. Ro­mans z puł­kow­ni­kiem mógł­by tutaj do­po­móc; rów­nie do­brze mógł wszyst­ko skom­pli­ko­wać. Powab mło­do­ści miała już dawno za sobą. Ow­szem, po­do­ba­ła się fa­ce­tom, ale jej fi­zjo­no­mia nie pa­so­wa­ła do okład­ki żur­na­la. Je­że­li Jose się nią znu­dzi, jak Mark… Mark zo­stał rek­to­rem, rzu­cił Emmę, wże­nił się w ban­kier­ską ro­dzi­nę. Jose też ją rzuci… ale na roz­dar­cie tym brud­nym by­dla­kom. Nie, nie… po­win­na trzy­mać dy­stans. Musi upar­cie grać swoją rolę: jest kimś bar­dzo waż­nym, z kim puł­kow­nik bez­względ­nie musi się li­czyć, a tak ważne oso­bi­sto­ści nie pie­przą się prze­cież byle gdzie, z byle kim. Na szczę­ście, za­wsze pod ręką był stary; ten wy­bor­nie ce­lo­wał w wy­czu­ciu sy­tu­acji.

– Późno! Za­sie­dzie­li­śmy się. Masz już dość, Pe­re­ira. Czas spać. O świ­cie musz­tra. Trze­ba prze­go­nić tę ha­ła­strę, bo ci się w pal­cach roz­ła­zi – za­wsze wy­pa­lał coś po­dob­ne­go, gdy się ro­bi­ło go­rą­co, gdy pod­chmie­lo­ny puł­kow­nik pró­bo­wał ob­ła­piać Emmę. Opla­tał ra­mie­niem talię Pe­re­iry, niby przy­jaź­nie, a rze­czy­wi­ście ho­lo­wał pi­ja­ka w kie­run­ku sy­pial­ni.

Chwi­le, które przy­cho­dzi­ły po ulu­la­niu puł­kow­ni­ka, osła­dza­ły gnu­śne go­dzi­ny nie­wo­li. Ko­bie­ta sia­da­ła na scho­dach, na ganku, a stary wy­no­sił roz­po­czę­tą bu­tel­kę i dwa krysz­ta­ło­we kie­lisz­ki. Emma li­czy­ła gwiaz­dy, spla­ta­ła srebr­ne nitki księ­ży­ca. Py­ta­ła… stary migał się jed­nak od zwie­rzeń.

Przy­był do Mek­sy­ku, by umrzeć jak męż­czy­zna: by polec w walce, nim lata i cho­ro­by za­wi­ną go w po­ściel. Nie kła­nia się kulom, te jed­nak upar­cie fru­wa­ją gdzieś bo­kiem, jakby szy­der­czo, zło­śli­wie. Pro­stacz­ko­wie okrzyk­nę­li go ku­lo­od­por­nym i uzna­li za wcie­le­nie ja­kie­goś az­tec­kie­go bożka. Wo­ła­ją na niego Stary Grin­go i boją się… jak jasna cho­le­ra. Mek­sy­kań­ski chło­pek pój­dzie z ma­cze­tą na ka­ra­bin ma­szy­no­wy, ale pad­nie na twarz przed czym­kol­wiek, co, w jego mnie­ma­niu, po­cho­dzi nie z tego świa­ta. Ciem­no­ta!

Tyle tyko udało się z niego wy­cią­gnąć. Stary nie chciał gadać, za to Emma traj­ko­ta­ła jak na­krę­co­na.

Licz­ne ro­dzeń­stwo, śmierć ojca, nie­do­la matki, bieda. Dwu­na­sto­go­dzin­ny dzień pracy w fa­bry­ce kon­serw, na przed­mie­ściach Oakland. Spo­tka­nia w kółku mło­dych so­cja­li­stów, Jack, ich szcze­nię­ce uczu­cia i pierw­sze unie­sie­nia. Usia­na prze­szko­da­mi droga do Yale. Fa­scy­na­cja zna­le­zi­ska­mi ska­mie­nie­lin di­no­zau­rów. – Wojna o kości. Ga­ze­ty hu­cza­ły! Słyn­na spra­wa… – stary wtrą­cił w jeden z dłuż­szych mo­no­lo­gów Emmy. Ro­mans ze star­szym o dobre dzie­sięć lat wy­kła­dow­cą. Jej dy­plom, awans uko­cha­ne­go, po­rzu­ce­nie, roz­pacz. Po­mysł na eska­pa­dę po Mek­sy­ku. Tu­tej­sze for­ma­cje są bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ne i bez wąt­pie­nia skry­wa­ją kości smo­ków.

Stary nie mówił o sobie, ale był wdzięcz­nym uczest­ni­kiem kon­wer­sa­cji. Znał życie, wie­dział, co zna­czy roz­pacz, po­rzu­ce­nie, od­trą­ce­nie. Ni­cze­go się nie spo­dzie­wał. Nie roz­dra­py­wał ran, tylko goił je po­czu­ciem dy­stan­su i cie­płem słowa. A słowa nio­sły magię, dźwi­ga­ły po­ezję.

– Kiedy ktoś coś po­rzu­ca, znaj­du­je to inny. Od­trą­co­ny za­ta­cza się jak pi­ja­ny, a pi­ja­ny czuje wła­dzę nad duszą, z czego bie­rze się wła­śnie ra­dość upo­je­nia. Hi­ste­ryk śmie­je się w roz­pa­czy, ja śmie­ję się z roz­pa­czy. Śmiać się czy roz­pa­czać: jedno i to samo. – Takie i po­dob­ne mak­sy­my pły­nę­ły z ust Grin­go, dźwię­ki pie­ści­ły ucho ko­bie­ty, wy­stu­ku­jąc mo­no­ton­ny rytm wa­go­nów na luź­nym pod­kła­dzie ko­le­jo­wym.

Kie­li­szek wina i po­ezja słów dzia­ła­ły po­dob­nie do na­parst­ka lau­da­num: od­pły­wał nie­po­kój i ból, duszę prze­sy­cał bło­go­stan. Emma skła­da­ła głowę na pier­si sta­re­go, jego szorst­ka dłoń czo­chra­ła piesz­czo­tli­wie burzę kasz­ta­no­wych loków. Pierw­sza wo­al­ka zwiew­ne­go snu tu­li­ła serce ko­bie­ty. Czuła w pół­śnie, pół­ja­wie, jak Grin­go bie­rze ją na ręce, unosi nad­zwy­czaj lekko, jakby zu­peł­nie nic nie wa­ży­ła, nie­zwy­kle de­li­kat­nie skła­da słod­ki bagaż na won­nym sien­ni­ku sier­mięż­ne­go łóżka. Raz, nim usły­sza­ła od­da­la­ją­ce się kroki, ob­ję­ła sta­re­go za szyję. Pró­bo­wa­ła za­cho­wać przy sobie jego cie­pło, pra­gnę­ła po­czuć je w sobie. W tej chwi­li była naj­bli­żej po­zna­nia praw­dy: ko­bie­ca żądza roz­kwi­ta naj­buj­niej na ko­bier­cu mę­skiej oso­bo­wo­ści.

– Nic ci nie mogę dać. Nie mam przy­szło­ści – wy­szep­tał Grin­go, wy­śli­zgu­jąc się spod ra­mie­nia Emmy, ni­czym Hydra z uści­sku Her­ku­le­sa.

Con­cha usta­wi­ła ta­bo­ret na se­kre­ta­rzy­ku i wspi­na­ła się po tej pi­ra­mid­ce, wie­sza­jąc ko­lej­ne gir­lan­dy. Ze­ska­ki­wa­ła z dwóch schod­ków i spa­da­ła lekko na pod­ło­gę, wy­krę­ca­jąc za każ­dym razem ra­do­sny pi­ru­ecik. Przy każ­dym ob­ro­cie przy­krót­ka spód­nicz­ka uno­si­ła się w górę i za­wi­sa­ła na mo­ment w po­wie­trzu. Mek­sy­kań­ska chłop­ka nie znała i nie uży­wa­ła bie­li­zny. Gład­ka, opię­ta na pupie skóra od­bi­ja­ła sło­necz­ne re­flek­sy, wpa­da­ją­ce do sali przez szybę wy­so­kie­go okna. Bose, wil­got­ne stóp­ki od­ci­ska­ły na gład­kiej po­li­tu­rze blatu ma­to­we tropy, zwiew­ne efe­me­ry­dy, ży­ją­ce kilka se­kund i gi­ną­ce w ete­rze go­rą­ce­go po­wie­trza, niby ślady igra­szek do­mo­wych dusz­ków. Emma dzie­li­ła uwagę po­mię­dzy pre­cy­zyj­ne ruchy po­skle­ja­nych pal­ców, a ob­ser­wa­cję nie­win­nych figli na­iw­nej istot­ki. Pró­bo­wa­ła od­rzu­cić na­tręt­ną myśl: na­sto­lat­ki ko­kie­tu­ją in­tu­icyj­nie.

Ko­bie­ta za­ży­wa­ła ką­pie­li zwy­kle o za­cho­dzie słoń­ca, przed ry­tu­al­ną ko­la­cją u Pe­re­iry, gdy wspo­mnie­nie o wan­nie go­rą­cej wody, w rześ­kim chło­dzie wie­czo­ru, nie przy­pra­wia­ło o mdło­ści. Con­cha usłu­gi­wa­ła przy to­a­le­cie, szo­ru­jąc plecy Emmy na­my­dlo­ną gąbką. Pil­nie stu­dio­wa­ła kształ­ty doj­rza­łe­go ciała.

– Chcia­ła­bym mieć takie duże cycki.

– Więk­sze cycki to więk­szy kło­pot. Twoje są chyba w sam raz… – po­dzie­li­ła się do­świad­cze­niem i spo­strze­że­niem Emma, po­chwy­ci­ła rąbek bia­łej ko­szul­ki i ener­gicz­nie po­cią­gnę­ła w górę. – Mó­wi­łam… aku­rat: jędr­ne i słod­kie jak doj­rza­łe po­ma­rańcz­ki. Fan­ta­stycz­nie zdo­bią zja­wi­sko urody, fi­gur­kę in­diań­skiej księż­nicz­ki. Fuj…! Ale się po­cisz! Upał. Wska­kuj, bru­da­sku… Razem się po­plusz­cze­my.

3.

At­mos­fe­rę po­łu­dnio­wej fie­sty Emma po­zna­ła w dzie­ciń­stwie, w Ka­li­for­nii. Teraz było po­dob­nie: or­kie­stra, tańce, ko­lo­ro­we stro­je, ugi­na­ją­ce się stoły, pły­ną­cy rzeką al­ko­hol; nocne niebo ugwieź­dzi­ły nawet race i sztucz­ne ognie. A wszyst­ko to na jej cześć. Re­gio­nal­ny, wie­lo­barw­ny ubiór przy­dał zja­wi­sko­wej uro­dzie małej Con­cep­tion jesz­cze więk­sze­go bla­sku. Mro­wi­ły ko­niusz­ki pal­ców, mię­śnie łydek drża­ły jak w fe­brze: dzi­siej­szej nocy Emma spę­dzi­ła wię­cej czasu na par­kie­cie, niż pod­czas ostat­niej, no­wo­rocz­nej po­tań­ców­ki w sto­do­le sta­re­go O’Kelly. Kro­pel­ki potu skrzy­ły się na wy­so­kim czole. Zdro­wy ru­mie­niec kra­sił blade lico, ma­sko­wał ró­żo­wym tu­szem mro­wi­sko wszę­do­byl­skich pie­gów.

Wpraw­dzie dzi­siej­sza noc była szcze­gól­nie uro­czy­sta, a Pe­re­ira sta­rał się trzy­mać jak naj­dłu­żej fason, po­wtó­rzył się sce­na­riusz każ­dej wie­czor­nej ko­la­cji. Puł­kow­nik znowu wypił za dużo i w pew­nym mo­men­cie ogło­sił, że wszyst­kie tańce z Emmą re­zer­wu­je dla sie­bie. Kilka razy wy­strze­lił z re­wol­we­ru w sufit, na wiwat, ścią­ga­jąc na głowy gości śnie­ży­cę wa­pien­ne­go pyłu. Roz­ka­zał grać same tanga, a ten go­rą­cy ta­niec, w jego wy­ko­na­niu, na­bie­rał szcze­gól­nie ero­tycz­ne­go pod­tek­stu. Stary, jak zwy­kle, ra­to­wał Emmę z opre­sji:

– Od­bi­ja­ny! – huk­nął w ucho Pe­re­iry, ode­pchną bez­ce­re­mo­nial­nie opoja i chwy­cił ko­bie­tę w ob­ję­cia.

Po kilku ob­ro­tach prze­ka­zał roz­krę­co­ną kukłę w ręce Jacka, a sam po­drep­tał w kie­run­ku awan­tu­ru­ją­ce­go się gło­śno, pró­bu­ją­ce­go prze­krzy­czeć or­kie­strę puł­kow­ni­ka. Emma wi­dzia­ła kątem oka, jak obej­mu­je go i ho­lu­je utar­tym spo­so­bem, a gdy po­wró­cił po chwi­li, wy­rwa­ła się z objęć pierw­szej mi­ło­ści i padła sta­re­mu w ra­mio­na. Ero­tycz­ny cha­rak­ter tanga ko­re­spon­do­wał z jej ak­tu­al­nym na­stro­jem. Gdy opla­ta­ła ko­la­na­mi udo part­ne­ra, a swoje wci­ska­ła w szew jego roz­por­ka, czuła, że ta bli­skość nie jest sta­re­mu zu­peł­nie obo­jęt­na. Pew­ność nie­za­prze­czal­ne­go faktu rosła, w miarę pęcz­nie­nia za­war­to­ści no­gaw­ki. Była da­le­ka od za­że­no­wa­nia, dzi­wi­ło ją tylko, że u sta­re­go fa­ce­ta po­ja­wia się… taki słusz­ny roz­miar. Choć gesty nie wy­ma­ga­ły słów, Grin­go po­czuł po­trze­bę wer­ba­li­za­cji:

– Robi się nie­bez­piecz­nie.

– Nasza za­ży­łość już chyba dawno prze­kro­czy­ła gra­ni­cę bez­pie­czeń­stwa. – Głos Emmy pie­ścił cie­płym wes­tchnie­niem; ko­kie­to­wa­ły zie­lo­ne oczy, igra­jąc pół fi­glar­nym, pół na­mięt­nym spoj­rze­niem.

– Byłem krzyw­dzo­ny i krzyw­dzi­łem. Stary czło­wiek musi zdać ra­chu­nek. Teraz mam bi­lans ze­ro­wy. Nie chcę już wię­cej ranić…

– Za­dasz naj­głęb­szą ranę, je­że­li zo­sta­wisz tej nocy!

– Ta noc może być ostat­nią w moim życiu.

– I w moim… Nigdy nie mamy pew­no­ści. Nikt nie zna swo­je­go jutra.

– Praw­do­po­do­bień­stwo się liczy.

– Praw­do­po­do­bień­stwo jest za­wsze takie samo.

– Fi­lo­zo­fia.

– Ty je­steś spe­cja­li­stą od fi­lo­zo­fii.

– Ty je­steś spe­cja­list­ką od kości. Ko­lek­cjo­nu­jesz sta­ro­cie.

– Ten smok w roz­por­ku… ska­mie­li­na!

Grin­go robił to per­fek­cyj­nie. Emma czuła ru­ty­nę i do­świad­cze­nie. Kto mówił, że sta­rzy fa­ce­ci cuch­ną grzy­bem i capem? Nie­któ­rzy może tak, ale nie Grin­go: świe­ży pot, ku­bań­ski tytoń, drogi ko­niak – za­pach praw­dzi­we­go męż­czy­zny. Twar­de jak zadek ogie­ra mię­śnie ob­na­ża­ły przy każ­dym ruchu szcze­gó­ły ana­to­mii ciała. Czas oszczę­dził sta­re­mu upo­ko­rze­nia. Twar­dość z roz­por­ka nie mię­kła, a za­da­wa­ła tak głę­bo­kie i pre­cy­zyj­ne kłu­cia, że Emma mu­sia­ła tłu­mić przed­wcze­sny pa­rok­syzm roz­ko­szy. Z sali ba­lo­wej do­bie­ga­ły tony me­lo­dii, akom­pa­nio­wał im we­so­ły, dzie­cię­cy śmiech Con­chi­ty, a oni ta­rza­li się w stró­żów­ce, w je­dwab­nej po­ście­li don Ge­rva­sia. Emma do­cho­dzi­ła kil­ku­krot­nie. Za każ­dym razem, gdy fala na­mięt­no­ści się­ga­ła szczy­tu roz­ko­szy, oczom wez­bra­nej żądzy jawił się na­tręt­ny kon­ter­fekt: dwie okrą­głe, ape­tycz­ne po­ma­rańcz­ki Con­chi­ty.

Emma uchy­li­ła po­wie­ki, ale nie zmie­ni­ła po­zy­cji ciała. Obu­dzi­ła ją krzą­ta­ni­na Grin­go. Stary wcią­gnął spodnie, prze­rzu­cił przez ramię ko­szu­lę, pod­szedł do se­kre­ta­rzy­ka i prze­glą­dał le­żą­ce na bla­cie książ­ki. Le­d­wie omiótł wzro­kiem tytuł – od­kła­dał tomik na miej­sce. Jeden pie­ścił w dło­niach nieco dłu­żej. Emma prze­cią­gnę­ła się z głę­bo­kim wes­tchnie­niem. Do­szła do wnio­sku, że nad­szedł już czas, by za­ma­ni­fe­sto­wać po­wrót do życia:

– Czy­ta­łeś…?

– A ty…?

– Jaki to autor?

– Am­bro­se Bier­ce.

– Aaa, to… Nie! Nie zdą­ży­łam. Nie mogę się tutaj sku­pić. Czy­ta­łam jedno opo­wia­da­nie tego au­to­ra w ja­kiejś po­po­łu­dniów­ce. Nie pa­mię­tam, o co cho­dzi­ło, ale po­do­ba­ło mi się. Zo­ba­czy­łam tomik na wy­sta­wie księ­gar­ni. Ku­pi­łam. Do­rzu­ci­łam do po­dróż­nej bi­blio­tecz­ki.

– Prze­czy­tasz?

– Na pewno!

– Prze­czy­taj.

– Dobre? Czy­ta­łeś?

– Znam tego au­to­ra.

– Co czy­tu­jesz?

– Różne rze­czy.

– Teraz coś czy­tasz?

– Za­bra­łem ze sobą Don Ki­cho­ta. Ce­rvan­tes. Znasz?

– Każdy zna, prze­cież.

– Wcze­śniej tego nie czy­ta­łem. Zbie­ra­łem się kilka razy, ale jakoś tak… Ta książ­ka to ostat­ni ra­chu­nek, który muszę wy­rów­nać ze świa­tem.

Stary wcią­gnął na grzbiet ko­szu­lę, otwo­rzył wiel­kie skrzy­dło bal­ko­no­we­go okna i wy­szedł na ganek. Wszech­obec­na Con­chi­ta, wzo­rem le­śne­go elfa, bie­ga­ła od rana tam i sam, ra­do­śnie, wokół bo­ga­te­go do­mo­stwa nie­daw­ne­go go­spo­da­rza. Wę­giel­ki czar­nych ocząt sy­pa­ły fi­glar­ne ogni­ki. Kosa kru­czych wło­sów fa­lo­wa­ła zwin­nie przy każ­dym ruchu, jakby pro­wa­dzo­na ręką wpraw­ne­go żni­wia­rza. Dziew­czę prze­fru­nę­ło przez ganek, a stary piesz­czo­tli­wie klep­nął roz­bry­ka­ny ty­łe­czek.

– Kawy nam przy­nieś, a mi­giem!

– Roz­kaz, se­nior Grin­go! – Wy­dat­ne, kar­mi­no­we wargi roz­je­cha­ły się w sze­ro­kim uśmie­chu, pe­reł­ki bia­łych zębów za­iskrzy­ły w świe­tle pran­ka.

Emma okry­ła na­gość po­włó­czy­stym szla­fro­kiem, cia­sno prze­wią­zu­jąc talię je­dwab­ną wstę­gą. Dzba­nu­szek aro­ma­tycz­ne­go na­pa­ru, usta­wio­ny na srebr­nej tacy w to­wa­rzy­stwie wy­szu­ka­nej za­sta­wy, pa­ro­wał na ra­ta­no­wym sto­li­ku. Stary stał w po­ło­wie ni­skich scho­dów, za­chły­stu­jąc się dymem czar­ne­go cy­ga­ra. Emma prze­kro­czy­ła kilka stop­ni, Grin­go objął ją lewym ra­mie­niem, przy­cią­gnął do sie­bie, dło­nią pra­wej ręki wska­zał od­le­gły punkt, wy­pa­trzo­ny na linii da­le­kie­go ho­ry­zon­tu.

– Nie mogę ci wiele dać. Mam jed­nak coś dla cie­bie… Wi­dzisz tę mgieł­kę na nie­bo­skło­nie?

– Aha…

– Roz­ma­za­ny ho­ry­zont… Po­wie­trze pląsa. Tutaj, o tej porze, jak okiem się­gnąć, tylko spa­lo­na trawa. Cza­sa­mi tań­czą­ce po­wie­trze ro­śnie, a wtedy bu­du­je mi­ra­że. Gdy jed­nak jest takie wą­skie, nie­wie­le szer­sze od kre­ski, można nim ry­so­wać wspo­mnie­nia. Tam, hen, za nie­bo­skło­nem, tę­sk­ni kra­ina dzie­ciń­stwa. Szma­rag­do­we ko­bier­ce łąk pną się ku pla­ty­no­wym szczy­tom dum­nej Kor­dy­lie­ry. Krysz­ta­ło­we po­to­ki spa­da­ją z gór, ha­ftu­jąc srebr­ną przę­dzą tur­ku­so­we dy­wa­ny. Wieża ziemi, nie­śmier­tel­na se­kwo­ja, strze­la tak wy­so­ko w nie­ska­la­ny błę­kit nieba, że uwite na jej wierz­choł­ku gniaz­do, zda się, sie­dzi po­środ­ku kom­na­ty sa­me­go Wszech­mo­gą­ce­go. Sa­mot­ny wę­dro­wiec, prze­mie­rza­ją­cy tę zie­mię, skry­je się cza­sem w cie­niu po­tęż­ne­go orła, który, roz­po­starł­szy sze­ro­ko skrzy­dła i groź­nie na­stro­szyw­szy pióra, że­glu­je ma­je­sta­tycz­nie po la­zu­ro­wej toni. Żagle króla prze­stwo­rzy błą­ka­ją się cza­sem i tutaj; wtedy mu­stru­jesz ducha na pod­nieb­ny szku­ner i szy­bu­jesz, dając się po­nieść wi­chrom tę­sk­no­ty ku temu, co prze­mi­nę­ło, co przy­pa­dło w udzia­le szcze­nię­cej bez­tro­sce, co po­grze­ba­ne pod pyłem mkną­ce­go bez przy­stan­ku czasu.

– Na­ma­lo­wa­łeś obraz… Na­ma­lo­wa­łeś sło­wem… Dla mnie…? Uro­cze! To naj­pięk­niej­sza rzecz, jaką do­sta­łam w życiu. Je­steś poetą?

– Byłem… Byłem żoł­nie­rzem. Ot, coś nie­raz zagra tak w duszy… Wi­dzia­łem cię wcze­śniej.

– Słu­cham…

– Wi­dzia­łem przez lor­net­kę. Grze­ba­łaś w ziemi, nad rzeką. Pew­nie szu­ka­łaś smo­czych kości… Chiń­czyk sie­dział na wozie, opar­ty o ko­zioł, Jack leżał na pace, opa­tu­lo­ny plan­de­ką.

– I…

– Szaj­ka ko­nio­kra­dów prze­pra­wia­ła tabun przez rzekę. Po­gna­łem za nimi. Strze­la­li­śmy do sie­bie. Nie wi­dzia­łaś tego?

– Ach, tak… coś sobie przy­po­mi­nam. Wiesz, tu lu­dzie czę­sto strze­la­ją. Cią­gle się kłócą, coś sobie krad­ną na­wza­jem. Naj­lep­szy spo­sób to uda­wać, że nic się nie widzi, nie sły­szy. Sta­ram się nie wty­kać nosa w nie swoje spra­wy.

– Słusz­nie!

– I co…? Od­bi­łeś konie?

– Gdzie tam… Z dużo ich było. Kilku po­wa­li­łem, ale obe­rwa­łem. Lekko… ale wpa­dłem do wody. Nim się wy­grze­ba­łem na brzeg, po ko­niach i ko­nio­kra­dach smród tylko zo­stał.

– Po jaką cho­le­rę to zro­bi­łeś?!

– Don­ki­szo­te­ria.

– Mo­głeś zgi­nąć!

– Chcia­łem zgi­nać. Przy­by­łem tutaj, by umrzeć. Nadal chcę zgi­nąć. Chyba… chyba chcę. Tak mi się wy­da­je. Teraz to już sam nie wiem.

Pe­re­ira zdrzem­nął się rap­tem ze dwie go­dzi­ny, a że bal się już wła­ści­wie skoń­czył i wszy­scy roz­sy­pa­li się po kwa­te­rach, po­szedł do czwo­ra­ków, by pić z kom­pa­na­mi, ćmić ha­wań­skie cy­ga­ra, rżnąć w kości do bia­łe­go rana, ob­ła­piać grube ku­char­ki. Z tru­dem utrzy­mu­jąc pion, so­lid­nie wsta­wio­ny, wra­cał do wy­twor­nej sy­pial­ni. Wia­dro al­ko­ho­lu nie uko­iło bólu serca, nie spra­ło plamy na ho­no­rze. Prze­czu­wał, co wy­da­rzy­ło się tej nocy, a w po­dej­rze­niach utwier­dza­ły go nie­wy­bred­ne do­cin­ki kum­pli. Ame­ry­kań­ska suka gziła się ze sta­rym capem, to pewne! Jose Pe­re­ira, puł­kow­nik, sie­dzi w czar­nej dupie, oczy­wi­ste! Teraz go­łą­becz­ki raczą się ka­wu­sią na ta­ra­sie, słod­kie! Dosyć…!

– Mamy sobie coś do wy­ja­śnie­nia, Grin­go!

– Za­mie­rzasz gadać tutaj, czy wej­dzie­my do środ­ka?

– Do środ­ka…

Pe­re­ira rzu­cił się na Grin­go, gdy tylko za­trza­snął za sobą drzwi sy­pial­ni. Wiej­ski osi­łek miał zde­cy­do­wa­ną prze­wa­gę fi­zycz­ną. Wiek od­ci­snął pięt­no na zdol­no­ściach bo­jo­wych sta­re­go żoł­nie­rza. Jed­nak al­ko­hol wy­rów­ny­wał szan­se. Grin­go zręcz­nie uni­kał nie­zdar­nej pię­ści. Chwy­cił wpół na­past­ni­ka, uniósł… i trzep­nął o par­kiet. Prawe ramię za­plótł wokół grdy­ki, lewym nad­garst­kiem za­klesz­czył sta­lo­we ima­dło. Raz do­ci­skał, raz lu­zo­wał mor­der­cze ob­cę­gi, dając prze­ciw­ni­ko­wi od­czuć, że dzier­ży wła­dzę ab­so­lut­ną. Uspo­ko­ił od­dech. Ci­chym gło­sem, ale zde­cy­do­wa­nym tonem, ce­dził w ucho bez­wład­ne­go Pe­re­iry:

– O babę się sprze­czasz, za­gro­do­wy burku… Wy­lu­zuj! Wszyst­ko to twoja wina.

– Puść, cho­le­ra! Udu­sisz… – char­czał upo­ko­rzo­ny puł­kow­nik.

– Bę­dzie spo­kój?

– Jasne…

– Przy­się­gasz?

– Przy­się­gam.

– Na źre­ni­ce Prze­naj­święt­szej Pa­nien­ki z Gu­ada­lu­pe?

– Przy­się­gam!

Grin­go wstał, otrze­pał nie­dba­le spodnie i po­pra­wił wy­cią­gnię­tą zza paska ko­szu­lę. Pe­re­ira dźwi­gnął się z tru­dem, zro­bił kilka kro­ków w po­chy­lo­nej po­sta­wie i klap­nął cięż­ko w głę­bo­kie sie­dzi­sko naj­bliż­sze­go fo­te­la. Stary uchy­lił skrzy­dło barku, od­mie­rzył dwie so­lid­ne por­cje ko­nia­ku, nie­mal do po­ło­wy na­peł­nia­jąc krysz­ta­ło­we kie­li­chy. Wyjął z he­ba­no­wej skrzy­necz­ki i wci­snął w zęby dwa grube cy­ga­ra. Prze­cią­gnął łepek dłu­giej za­pał­ki po po­li­tu­rze blatu; roz­ża­rzył końce czar­nych, zro­lo­wa­nych liści. Jeden kie­lich we­pchnął w rękę, jeden rulon w usta puł­kow­ni­ka. Prze­cha­dzał się po kom­na­cie, raz sma­ku­jąc bu­kiet kosz­tow­ne­go trun­ku, raz aro­mat wy­kwint­ne­go ty­to­niu.

– Wszyst­ko to twoja wina, Jose Pe­re­ira. Ona pro­si­ła, ja mó­wi­łem: daj babie kilku chło­pa, eskor­tę, i wy­gnaj w góry. Dawno by jej tutaj nie było. Chce grze­bać w ziemi… Niech grze­bie! Twier­dzi, że leżą tam smo­cze kości, że wcze­śniej zba­da­ła teren. Amo­rów ci się za­chcia­ło! Mało tu ku­cha­rek… Ona nie dla cie­bie. Nie dla ta­kie­go, jakim cię tutaj znaj­du­je. To ważna pani. Jej zna­le­zi­sko zrobi z cie­bie mi­ni­stra. Ja będę do­bi­jał się pew­nie do bram raju. Sta­niesz się KIMŚ. O, wtedy… wtedy mo­żesz się sta­rać.

4.

Upał obez­wład­niał. Konie stą­pa­ły le­ni­wie po spę­ka­nej ziemi. Ko­py­ta uno­si­ły do­kucz­li­we dro­bi­ny kurzu i pyłki ze­schnię­tych ro­ślin. Brnę­li w mil­cze­niu: tem­pe­ra­tu­ra tłam­si­ła dow­cip, at­mos­fe­ra wię­zi­ła słowa w ustach. Mil­czał nawet ga­da­tli­wy z na­tu­ry Jack. Emma przy­glą­da­ła się za­du­ma­nej, ogo­rza­łej twa­rzy męż­czy­zny. Pró­bo­wa­ła wnik­nąć w śro­dek jego głowy. Za­sta­na­wia­ło ją, co sądzi o jej ro­man­sie ze Sta­rym Grin­go? Czy myśli cza­sem o niej, jak o ko­bie­cie? Stara mi­łość po­dob­no nie rdze­wie­je… Ona nie za­po­mnia­ła, ale już dawno prze­sta­ła po­strze­gać Jacka jako po­strze­lo­ne­go, uro­cze­go szcze­nia­ka, z nie­dba­le za­rzu­co­ną na bok, sło­mia­ną grzyw­ką, cha­bro­wy­mi ocza­mi, kwa­dra­to­wą szczę­ką i wą­ski­mi, za­wzię­ty­mi usta­mi, które po­tra­fią cu­dow­nie ca­ło­wać. Am­bit­ny dzie­ciak wy­rwał się z brud­nych przed­mieść Oakland, po­szedł w jej ślady, a ona po­ma­ga­ła w nauce, w ka­rie­rze na­uko­wej. Pro­jekt był wpraw­dzie au­tor­stwa Emmy, ale to Jack zor­ga­ni­zo­wał fun­dusz na ich ba­da­nia te­re­no­we. Skąd wy­trza­snął pie­nią­dze? Nigdy nie spy­ta­ła. Nie chcia­ła wie­dzieć, nie wni­ka­ła w szcze­gó­ły. Jack przy­pro­wa­dził Weia, dwo­ru­jąc, że fun­da­men­ty uda­nej wy­pra­wy bu­du­je wy­kwint­na kuch­nia. Chiń­czyk wspa­nia­le go­to­wał, praw­da! Po­tra­fił upich­cić coś z ni­cze­go. Snuł się zwy­kle za wozem, zbie­ra­jąc ja­kieś zioła, a potem ciął to wszyst­ko skła­da­nym nożem i wrzu­cał do bocz­ku z fa­so­lą.

Wei przy­rzą­dził ostat­nie śnia­da­nie przed wy­jaz­dem z ha­cjen­dy; oszczę­dził ku­char­kom wcze­snej po­bud­ki. Brzask le­d­wie ró­żo­wił wąski pasek nieba nad ho­ry­zon­tem, że­gna­ła ich tylko roz­czo­chra­na Con­cha. Stary uści­skał ją po oj­cow­sku, ale po­kle­pał po tyłku, po męsku. Cho­ciaż tabor ru­szył, dziew­czy­na cią­gle tu­li­ła obie dło­nie Emmy. Usta przy­lgnę­ły do ust: splo­tły się cie­płe, wil­got­ne wargi, po ciele Emmy prze­mknę­ły roz­kosz­ne mrów­ki. Wszyst­ko to wy­da­wa­ło się takie spon­ta­nicz­ne, nie­win­ne, a jed­nak tro­szecz­kę nie­sto­sow­ne. Szczę­ście, że nikt ich nie wi­dział! Emma pierw­sza prze­cię­ła su­peł­ki warg i ję­zy­ków, przy­tu­li­ła dziew­czy­nę, prze­cze­sa­ła pal­ca­mi smo­li­ste włosy, czule uca­ło­wa­ła roz­pa­lo­ne czoło.

– Wrócę! Wrócę po cie­bie, Con­cha.

– Ob­ja­dę czuj­ki. – Stary ścią­gnął wodze, ob­ró­cił konia w miej­scu i ubódł bydlę ostro­gą.

Pe­re­ira ob­da­ro­wał eks­pe­dy­cję czwór­ką par­ty­zan­tów i… bło­go­sła­wień­stwem. Pro­wian­tu na szczę­ście nie ską­pił; Wei miał pełne ręce ro­bo­ty. Grin­go zgło­sił się na ochot­ni­ka: zgo­dził się na pią­te­go człon­ka eskor­ty. Puł­kow­nik nawet nie pró­bo­wał ukryć za­do­wo­le­nia. Miał po dziur­ki w nosie pa­no­sze­nia się upier­dli­we­go sta­ru­cha, wy­nie­sio­ne­go przez ciem­ny lud na oł­ta­rze. Dokąd czy­ści­li pół­noc z fe­de­ral­nych, stary był nawet przy­dat­ny; teraz przy­spa­rzał kło­po­tów. Pe­re­ira orzekł, że eks­pe­dy­cja nie po­trze­bu­je sil­niej­szej eskor­ty: fe­de­ral­nych dziś nie uświad­czysz, de­spe­ra­dos to teraz par­ti­sa­nos, a Apa­cze już nie mor­du­ją – pod­kra­da­ją krowy ran­cze­rom. Wię­cej ludzi nie da, bo za­mie­rza prze­dzie­rać się na po­łu­dnie, gdzie wo­ju­ją Villa i Za­pa­ta. Stary nie ma­ru­dził, stwier­dził je­dy­nie, że nie­waż­na ilość, liczy się ja­kość żoł­nie­rzy. Po­pro­sił, aby miej­sce mło­de­go Paco zajął Macho, in­diań­ski tro­pi­ciel.

Stary po­dzie­lił się z Emmą su­ro­wą opi­nią: „Ten kraj jest wciąż nie­bez­piecz­ny”. Nie zwa­żał na wła­sną osobę; bał się o życie ko­bie­ty, jej to­wa­rzy­szy i po­wo­dze­nie eks­pe­dy­cji. Usta­wił więc Macho w awan­gar­dzie, Ra­mi­re­za w arier­gar­dzie, a sam ze sta­rym de­spe­ra­do, Mo­ra­le­sem, oraz roz­trop­nym chłop­kiem, San­che­zem, pil­no­wał Emmy i wozu.

– Mo­ra­les, Mo­ra­les…! – krzy­czał Grin­go, osa­dza­jąc cwa­łu­ją­ce­go konia. – Ra­mi­rez znik­nął!

– Gdzie…?

– Gdzie?! Gdzie?! W dupie! My­śla­łem, że ty mi po­wiesz. Pew­nie zde­zer­te­ro­wał, szma­ciarz jeden…

– Eee, Ra­mi­rez… Gdzież­by… A, do baby może mu pilno. Kilka mil stąd jest małe pu­eblo. Pew­nie na dupki po­je­chał. Na chwi­lę… Na wie­czór bę­dzie z po­wro­tem.

– Prze­ja­dę się ka­wa­łek jego śla­dem. Jak znaj­dę w wio­sce, to ścią­gnę z dupy i na ko­pach przy­go­nię. Jak uciekł, na naj­bliż­szej ga­łę­zi po­wie­szę. Puść przo­dem San­che­za: niech zo­ba­czy, co tam u Macho, na szpi­cy.

– Stać! – ko­men­dę wy­po­wie­dzia­no gło­śno, jed­nak nie­zbyt zde­cy­do­wa­nym tonem. Wy­krzy­ku­ją­cy ofi­cer wy­glą­dał na zmie­sza­ne­go. – Kogo tu dia­bli niosą, że wprost za­py­tam, za prze­pro­sze­niem ja­śnie wiel­moż­nej pani.

– Z ja­śnie wiel­moż­ną to prze­sa­dzi­li­ście, ka­pi­ta­nie. Pan po­zwo­li, ofi­ce­rze… Emma Wat­son, pa­le­on­to­log. O, a tutaj… peł­no­moc­nic­twa mojej uczel­ni i po­le­ce­nie se­na­tu Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

– Pa­pie­ry, pa­pie­ry, pa­pie­ry. – Ka­pi­tan chwy­cił wy­mię­ty do­ku­ment i prze­biegł nie­spo­koj­nym wzro­kiem. – Aaa, do czor­ta! Mało to mamy wła­snych pro­ble­mów… Tu widzę do­dat­ko­we. Pani wy­ba­czy… nie będę w sta­nie do­po­móc. Za­pę­dzi­łem się z moim pa­tro­lem da­le­ko na pół­noc. Go­ni­łem Apa­czów. W dro­dze po­wrot­nej prze­trze­bi­li nas i roz­pro­szy­li re­be­lian­ci, a teraz pró­bu­ję spro­wa­dzić te reszt­ki na po­łu­dnie. Mało mam ludzi, widać… Dwóch jesz­cze zde­zer­te­ro­wa­ło dzi­siej­szej nocy. Nie po dro­dze nam, że tak po­wiem.

– O, pro­szę nie za­przą­tać sobie głowy, panie ofi­ce­rze. Mam przy boku trzech tę­gich zu­chów: ko­le­gę z uczel­ni, chiń­skie­go ku­cha­rza i… o, tego tutaj… dziel­ne­go va­qu­ero – Emma wy­śpie­wy­wa­ła cie­płe słowa przy­ja­znym tonem, cza­ru­jąc służ­bi­stę nie­win­nym uśmie­chem; Mo­ra­les skrył się głę­bo­ko w cie­niu roz­ło­ży­ste­go som­bre­ra.

– O, ku­uur­wa… – Stary Grin­go rzad­ko prze­kli­nał, teraz nie szu­kał przy­zwo­ite­go od­po­wied­ni­ka; omi­nął z pra­wej ska­li­sty pa­gó­rek, wy­je­chał wprost na żoł­nie­rzy.

– Grin­go Viejo, Grin­go Viejo… – Po­mię­dzy mun­du­ra­mi prze­ta­czał się zło­wro­gi po­mruk.

Po­pu­lar­ność bywa kło­po­tli­wa. Sze­re­gow­cy po­ka­zy­wa­li pal­ca­mi, się­ga­li do kabur, uno­si­li ka­ra­bi­ny, skła­da­jąc się do strza­łu: nie zo­sta­wi­li sta­re­mu wy­bo­ru. Obie dło­nie opa­dły na rę­ko­je­ści dwóch wy­słu­żo­nych re­ming­to­nów. Każdy po­cisk uno­sił śmierć w oło­wia­nym sio­dle. Jack wci­snął Emmę na samo dno wozu. Wei, zgrab­nym tri­kiem pal­ców, uzbro­ił swój dziw­ny scy­zo­ryk, a sprę­ży­stym ru­chem nad­garst­ka wpro­wa­dził na­rzę­dzie w ruch, prze­ci­na­jąc tcha­wi­cę żoł­nie­rza, sie­dzą­ce­go na koniu, naj­bli­żej kozła woź­ni­cy. Mo­ra­le­so­wi bra­ko­wa­ło pre­cy­zji, strze­lał jed­nak nie­zwy­kle szyb­ko z win­che­ste­ra, zdo­by­te­go oneg­daj na ja­kimś straż­ni­ku Tek­sa­su, co na­bie­ra­ło – w po­dob­nej sy­tu­acji i przy nie­wiel­kiej od­le­gło­ści – wagi ar­gu­men­tu ko­ron­ne­go. Sze­reg mun­du­rów runął. Na dru­gim pla­nie uka­zał się woj­sko­wy fur­gon. Woź­ni­ca pró­bo­wał okieł­znać spło­szo­ne konie, a żoł­nierz uzbro­ić i wy­ce­lo­wać ka­ra­bin ma­szy­no­wy. Gdyby się udało… Nie zdą­żył… Wią­zan­ka lasek dy­na­mi­tu, opa­trzo­na sy­czą­cym, kró­ciut­kim lon­tem, od­bi­ła się od jego pier­si i za­gu­bi­ła gdzieś po­mię­dzy skrzyn­ka­mi, na samym dnie fur­go­nu; tym razem Mo­ra­les ce­lo­wał z nie­zwy­kłą dla sie­bie pre­cy­zją. Żoł­nierz pod­jął wpraw­dzie próbę go­rącz­ko­we­go po­szu­ki­wa­nia, ale… Po­wie­trze roz­darł huk po­tęż­nej eks­plo­zji. Po­fru­nę­ły w górę czap­ki i ka­pe­lu­sze, wszyst­kie konie sta­nę­ły dęba, zie­mia drża­ła i fa­lo­wa­ła pod ko­py­ta­mi, echo dobrą mi­nu­tę pa­pu­go­wa­ło dud­nią­ce dźwię­ki.

– Macho ślep­nie na stare lata, czy co? Kil­ku­na­stu chło­pa z fur­go­nem nie widzi… Skur­wiel! Gdzie on się wła­ści­wie po­dzie­wa? – Grin­go klął i sar­kał, strze­pu­jąc ka­pe­lu­szem pył z sze­ro­kich czap­sów.

– Po­sła­łem do niego San­che… wedle rozka… se­nior Grin­go. Potem wpa­dli­śmy pro­sto na fe­de­ral… Nie było żadne… ostrze­że… – Mo­ra­les tłu­ma­czył się gęsto, choć mówił nie­wy­raź­nie, splu­wa­jąc po każ­dym za­da­niu; usta miał pełne pia­chu.

– Ha­aalo! Czy któ­ryś z sza­now­nych panów bę­dzie tak uprzej­my i ze­chce pomóc ko­bie­cie? – wo­ła­ła Emma, mo­cu­jąc się z ja­kimś gła­zem.

– Co to? – Stary uca­pił drugi ko­niec po­dłu­go­wa­tej skał­ki.

– Wy­glą­da na ska­mie­li­nę wiel­kiej kości udo­wej.

– Co z tym?

– Na pakę.

– Tutaj to le­ża­ło?

– Gnat się walał, nie widać za to szcząt­ków ludzi i wozu. Czy to cię nie za­sta­na­wia?

– Dy­na­mit wpadł mię­dzy skrzyn­ki z amu­ni­cją. Wiel­kie bum… i wszyst­ko zmie­ni­ło się w pył.

– Ani drzazg, ani okuć? A ka­ra­bin ma­szy­no­wy… Też w pył się roz­sy­pał?!

– Jakaś pod­po­wiedź…

– Przejdź się ka­wa­łek w tamtą stro­nę… i zer­k­nij pod nogi. Tylko ostroż­nie!

5.

Emma pu­ści­ła linę, gdy po­czu­ła uścisk dłoni sta­re­go na bio­drach. Grotę roz­ja­śnia­ło kilka la­ta­rek elek­trycz­nych pa­ten­tu Mi­sel­la. Ko­bie­ta uru­cho­mi­ła swój re­flek­to­rek. Snop świa­tła wy­ło­wił ster­tę desek, prze­sy­co­nych krwią, po­prze­ty­ka­nych strzę­pa­mi ludz­kich i zwie­rzę­cych szczą­tek. Spo­mię­dzy drzazg wy­glą­da­ła lufa ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go. Emma po­wstrzy­ma­ła od­ruch wy­miot­ny. Omia­ta­ła żół­tym krę­giem pod­ło­że i ścia­ny, pró­bu­jąc przejść nad nie­daw­ną tra­ge­dią do po­rząd­ku dzien­ne­go i przed­sta­wić się sam­com w bla­sku to­tal­ne­go pro­fe­sjo­na­li­zmu. Wstęp­ne oglę­dzi­ny przy­nio­sły obie­cu­ją­ce re­zul­ta­ty; ko­bie­ta przy­ję­ła dumną po­sta­wę, zro­bi­ła mądrą minę i prze­mó­wi­ła do współ­to­wa­rzy­szy:

– Eks­plo­zja do­ko­na­ła wy­ło­mu w skale, od­sła­nia­jąc wej­ście do ja­ski­ni. Osady geo­lo­gicz­ne utwier­dza­ją mnie w prze­ko­na­niu, że znaj­dzie­my tutaj coś cie­ka­we­go. Zresz­tą, kość udowa di­no­zau­ra nie spa­dła prze­cież z nieba. Zna­czy się… spa­dła, lecz po­de­rwa­ła ją wcze­śniej eks­plo­zja.

Lina, ich winda do dna groty, drgnę­ła, po czym bły­ska­wicz­nie po­wę­dro­wa­ła w górę.

– Wei, co ty tam pa­ja­cu­jesz?! Po jaką cho­le­rę za­bie­rasz linę? – wy­krzyk­nął stary, przy­ci­ska­jąc do ust zło­żo­ne w tubę dło­nie.

– Nie­spo­dzian­ka, se­nior Grin­go…! – W owal­nym ob­ry­sie otwo­ru, na tle błę­kit­ne­go nieba, uka­zał się kon­tur głowy, uwień­czo­nej sze­ro­ko­skrzy­dłym ka­pe­lu­szem. – To ja, Jose Pe­re­ira, puł­kow­nik. Wra­ca­jąc z chło­pa­ka­mi na po­łu­dnie, od­bi­łem ka­wa­łek na za­chód, po wa­szych śla­dach. Brawo! Dobra ro­bo­ta: mówię o tych po­dziu­ra­wio­nych fe­de­ral­nych. Stary Grin­go w naj­lep­szej for­mie.

– Skończ z tymi pier­do­ła­mi, Pe­re­ira. – Stary się nie­cier­pli­wił. – To ty mi zdją­łeś Macho i Ra­mi­re­za?

– Na oczy ich nie wie­dzia­łem! Też mi się jeden za­wie­ru­szył. De­zer­te­ru­ją, psie­sy­ny. Pew­nie mają już dosyć wojny…

– Do rze­czy! Kie licho cię tu przy­gna­ło? Czego sobie win­szu­jesz?

– Czego…? Ga­da­ją, że Grin­go Viejo ku­lo­od­por­ny. Chcia­łem zo­ba­czyć, jak z gło­dem i pra­gnie­niem sobie po­ra­dzi.

– Pie­przysz jak po­tłu­czo­ny!

– Za kilka dni ina­czej po­ga­dasz. Mamy mnó­stwo czasu. Chyba tu stanę obo­zem… Panna Wat­son, ze spę­ka­ny­mi usta­mi, bę­dzie bła­gać o kro­plę wody, ofe­ru­jąc w za­mian swe wdzię­ki. Stary pa­lu­chy po­ob­gry­za, albo… Wła­śnie…! Cie­ka­we, czy Grin­go Viejo od­por­ny na kule z wła­sne­go re­ming­to­na?

– Dobra… zo­ba­czy­my, komu pierw­sze­mu się znu­dzi. Wy­puść choć Jacka i Mo­ra­le­sa.

– Mło­kos to chyba były przy­du­pas panny Wat­son… Mo­ra­les mo­dlił­by się do Grin­go Viejo, gdyby go w ramy opra­wić. Wszy­scy­ście warci sie­bie na­wza­jem. Gnij­cie więc razem… na dole.

– Znaj­dę cię nawet w pie­kle, Pe­re­ira, a jak tam zdy­bię, za­mie­nię dupę w wy­ko­pa­li­sko.

– Do zo­ba­cze­nia w pie­kle, Grin­go! Jak już za­stu­kasz do bramy, prze­każ dia­bli­kom ukło­ny od se­nio­ra Pe­re­iry, puł­kow­ni­ka, i po­wiedz… – Jose nie skoń­czył zda­nia, ostat­niej ora­cji za­sra­ne­go życia.

Bez­wład­ne ciało gruch­nę­ło o dno groty, wzbi­ja­jąc tonę miał­kie­go pyłu.

– Sam im to po­wiedz – mruk­nął stary, gdy tylko opadł kurz; z ple­ców Pe­re­iry wy­sta­wał trzo­nek noża.

Pył wolno osia­dał, a na górze wrza­ło. Po­zo­sta­wio­ny na cza­tach Wei, gdy tylko do­strzegł od­dział Pe­re­iry, ulot­nił się jak kam­fo­ra. Pod­słu­chi­wał, pod­glą­dał, ukry­ty za naj­bliż­szym wy­stę­pem skal­nym. Gdy już bez­błęd­nie oce­nił sy­tu­ację a w gło­wie uło­żył mor­der­czy plan, spadł na po­wstań­ców ni­czym bicz boży. Z nie­by­wa­łą pręd­ko­ścią ude­rzał i kopał, ci­skał ma­leń­kie no­ży­ki i śmier­cio­no­śne gwiazd­ki. Z chi­rur­gicz­ną pre­cy­zją, uży­wa­jąc zwin­nych nad­garst­ków, mon­to­wał ja­kieś za­pa­śni­cze dźwi­gnie, ła­miąc koń­czy­ny i karki. Uwi­nął się tak szyb­ko, że żaden z prze­ciw­ni­ków nie zdą­żył wy­strze­lić, a tylko z nie­licz­nych gar­deł po­pły­nął przed­śmiert­ny okrzyk.

– Czy­sto, panie Jacku – wy­krzyk­nął w cze­luść Chiń­czyk, wy­chy­la­jąc głowę poza kra­wędź otwo­ru.

– Dobra ro­bo­ta, Wei! Spi­sa­łeś się na medal. Sza­cu­nek… – od­po­wie­dział Jack, a w jego gło­sie po­brzmie­wa­ła duma. – Czu­waj dalej na górze, a my się tu tro­chę po­krę­ci­my. Zaj­rzy­my głę­biej… To jakiś la­bi­rynt: ja­ski­nia cią­gnie się spory ka­wa­łek pod zie­mią

– Nie strze­lał? Po­za­bi­jał? Sam jeden… Wszyst­kich…! – za­zwy­czaj bez­na­mięt­ny Grin­go nie krył wy­ra­zów po­dzi­wu i zdu­mie­nia.

– Eee, to takie sztucz­ki chiń­skich ku­cha­rzy… czy chiń­skich bok­se­rów. Eee, jeden czort! Mó­wi­łem Emmie, że się przy­da. Sły­sza­łem, że mie­sza spraw­nie nie tylko w kotle, ale i w ludz­kich wnętrz­no­ściach.

– Wi­dzi­cie to…?! – Emma piała z za­chwy­tu. Klę­cza­ła; w pra­wej dłoni dzier­ży­ła la­tar­kę, lewą strze­py­wa­ła pył z tego, co wy­ła­wia­ło z ciem­no­ści mdłe świa­tło. – Matko! Kom­plet­ny szkie­let di­no­zau­ra. O, i jesz­cze jeden! O, i tam…! O…! A tu…! To jaja! Jezu! Je­ste­śmy w ja­ski­ni smoka. Dawno, dawno temu, nim wszyst­ko po­chło­nę­ła zie­mia, było tu gniaz­do di­no­zau­ra. Nie­by­wa­łe! Fan­ta­stycz­ne! Bo­ooże dro­oogi!

– Pięk­nie! Bar­dzo pięk­nie! By­ło­by jesz­cze pięk­niej, gdyby nie śmier­dzia­ło. Ile czasu gnije taki di­no­zaur, taka kupa mięsa? – Stary na­cią­gnął na nos ob­wią­za­ną wokół szyi chu­s­tę, jakby chro­nił płuca przed pyłem ste­po­wym, wznie­sio­nym ko­py­ta­mi setki cwa­łu­ją­cych mu­stan­gów.

– To ska­mie­li­ny: spe­try­fi­ko­wa­ne smoki, a wła­ści­wie ich szcząt­ki kost­ne. Epokę di­no­zau­rów od­dzie­la­ją od na­szej mi­lio­ny lat. Ma­te­ria or­ga­nicz­na już dawno ule­gła pro­ce­so­wi roz­kła­du. Te gnaty nie mogą śmier­dzieć.

– Nie mogą, a śmier­dzą. Cie­ka­we…

– Może to coś in­ne­go śmier­dzi… Nie­waż­ne! Póź­niej się w tym roz­pa­trzy­my. Wra­ca­my na górę, po sprzęt. Wszyst­kie­go stąd nie wy­nie­sie­my. Zresz­tą, nie ma ta­kiej po­trze­by. Kilka ma­łych gna­tów wy­ko­pie­my, resz­tę sta­no­wisk ozna­czy­my. Skom­ple­tu­ję do­ku­men­ta­cję fo­to­gra­ficz­ną; w ku­frze mam apa­rat, za­bra­łam też lampę bły­sko­wą.

– Przy­wlo­kę tutaj swój tyłek, tylko pod jed­nym wa­run­kiem…

– Tak…

– Je­że­li obie­casz, że za­bie­rzesz też ten fla­ko­nik pa­ry­skich won­no­ści, który wi­dzia­łem w twoim po­ko­ju, na eta­żer­ce.

– Mó­wisz o tych…? – Emma roz­chy­li­ła de­kolt, ze­rwa­ła chu­s­tę z nosa sta­re­go, ob­ję­ła dłoń­mi jego głowę i przy­cią­gnę­ła twarz ku słod­kiej bruź­dzie, roz­dzie­la­ją­cej pół­na­gie pier­si.

– Do­kład­nie… Dość tych głup­ste­wek. Nie je­ste­śmy sami. – Grin­go wy­szarp­nął głowę z piesz­czo­tli­we­go uści­sku, ze­rwa­ną chu­s­tę osa­dził na daw­nym miej­scu. – Dobra, wra­ca­my. Mo­ra­les, pro­wa­dzisz. Mo­ra­les… Mo­ra­les…! – Par­ty­zant mil­czał jak grób, sta­re­mu od­po­wia­da­ło echo. – Gdzie­żeś się po­dział, do dia­bła?!

– Ten też ci zde­zer­te­ro­wał? Re­wo­lu­cyj­na dys­cy­pli­na… Gra­tu­la­cje! – Emma, roz­anie­lo­na nie­daw­nym zna­le­zi­skiem, nie oszczę­dzi­ła sta­re­mu drwi­ny.

– Ślady krwi…

– Eee, wy­klu­czo­ne. Krew roz­sy­pa­ła się w pył mi­lio­ny lat temu.

– Świe­że ślady krwi. – Stary po­su­wał się wolno: stą­pał nie­zwy­kle ostroż­nie, świe­cąc la­tar­ką pod nogi. – Pro­wa­dzą do tego wy­ło­mu… O, tutaj jest ja­kieś wgłę­bie­nie…

Nie­bie­skie oczy Emmy, zanim się skry­ły za szczel­ny­mi ko­ta­ra­mi pie­go­wa­tych po­wiek, do­strze­gły kilka roz­cią­gnię­tych na ska­li­stym pod­ło­żu syl­we­tek. Żół­ta­wa po­świa­ta re­flek­to­ra wy­ło­wi­ła ich na­puch­nię­te, ciem­no­fio­le­to­we maski. Prze­ni­kli­wy odór wdarł się przez noz­drza, do środ­ka mózgu ko­bie­ty, gdzie zda­wał się wier­cić i wierz­gać. Nie po­wstrzy­ma­ła tor­sji: chlu­snę­ła ko­lo­ro­wa fon­tan­na. Pierw­szy z brze­gu leżał Mo­ra­les; twarz bie­li­ła się jak ko­mu­ni­kant.

– Mo­ra­les, trzy­maj się, chło­pie! – Stary kle­pał po­wstań­ca po pysku, a wi­dząc ozna­ki życia, pró­bo­wał prze­ło­żyć omdla­łe ramię przez kark i dźwi­gnąć bez­wład­ne ciało.

– Hom­bre-mo­squ­ito, hom­bre-mo­squ­ito – dwu­krot­nie wy­krztu­sił par­ty­zant, krze­sząc ostat­nie wes­tchnie­nie życia.

– Zo­staw! Bez sensu… Nie ma w nim kro­pli krwi – Emma par­ska­ła przez przy­ci­śnię­tą do ust chust­kę, ście­ra­jąc nią reszt­ki wy­mio­cin.

– Mamy więc de­zer­te­rów w kom­ple­cie – wes­tchnął stary, a ko­bie­cie wy­da­ło się, że brzmi to jakoś nie­sto­sow­nie no­stal­gicz­nie.

– Spo­cznie­cie więc w za­cnej kom­pa­nii – te słowa wy­po­wie­dział Jack, mie­rząc z re­wol­we­ru w pierś sta­re­go i kie­ru­jąc w jego oczy snop świa­tła la­tar­ki. – Bę­dzie pan uprzej­my, se­nior Grin­go, wy­cią­gnąć wolno splu­wy, uj­mu­jąc rę­ko­je­ści dwoma pa­lusz­ka­mi lewej ręki, i rzu­cić je na zie­mię, w moim kie­run­ku. Radzę za­nie­chać przy tym wsze­la­kiej ekwi­li­bry­sty­ki, zmie­rza­ją­cej do za­pre­zen­to­wa­nia nam pań­skich słyn­nych po­pi­sów strze­lec­kich.

Koń­cząc ostat­nią kwe­stię, Jack wy­ce­lo­wał re­flek­tor pro­sto w syl­wet­kę Emmy. Prze­ra­że­nie w sze­ro­ko otwar­tych oczach, ostra stal przy­kle­jo­na do ak­sa­mi­tu ła­bę­dziej szyi, sko­śne oczy ły­pią­ce re­flek­sa­mi bia­łek gdzieś zza ple­ców dy­go­czą­cej ko­bie­ty: cała ta dra­ma­tycz­na scena, żyw­cem wy­rwa­na karta z po­wie­ści Zane Greya, krzy­cza­ła niemo, do­bit­nie ape­lu­jąc do roz­sąd­ku. Stary wy­peł­nił roz­kaz skru­pu­lat­nie. Na słowa skar­gi od­wa­żył się w chwi­li, gdy oba re­ming­to­ny le­ża­ły u stóp Jacka:

– Co to za bła­ze­na­da, do ja­snej cho­le­ry?! Dla­cze­go ten żółty gar­ko­tłuk ostrzy swój kozik na grdy­ce Emmy? O co wam cho­dzi, do­brzy lu­dzie?

– O kości… O kości smoka. Taaak… teraz, droga Emmo, mogę wy­krzy­czeć ci w twarz całą, gorz­ką jak pio­łun praw­dę. Nigdy cię nie ko­cha­łem! Chcę, by to do cie­bie do­tar­ło, nim za­mkniesz oczy na za­wsze. Ca­ło­wa­łem, wzdy­cha­łem… praw­da! Taka dobra, by­stra, mądra, am­bit­na panna Wat­son… Pła­ci­łem piesz­czo­tą za ko­re­pe­ty­cje, tyle! No­ca­mi rżną­łem małą Su Lynch. Pa­mię­tasz Su…? Była śnia­da i nie miała ani jed­ne­go piega. Piegi, piegi, piegi… obrzy­dli­wość! Nigdy nie mo­głem się do nich przy­zwy­cza­ić. Pa­mię­tasz pew­nie też pana Lee: mi­łe­go, sko­śno­okie­go sta­rusz­ka, który trząsł całą chiń­ską dziel­ni­cą. To jemu no­si­łem ustrze­lo­ne z procy koty. Żółci cenią ich mięso i futra. Ten pro­ce­der po­zwo­lił prze­żyć, gdy wy­la­li z fa­bry­ki kon­serw. Stre­ści­łaś mi plan eks­pe­dy­cji, a ja po­my­śla­łem o panu Lee. Prze­je­cha­łem się na Za­chod­nie Wy­brze­że. Efek­tem de­le­ga­cji był ta­jem­ni­czy ka­pi­tał. Stary Chiń­czyk ma łeb do in­te­re­sów! Teraz jest moim wspól­ni­kiem. Dzie­li­my się zy­skiem pół na pół, po od­li­cze­niu wstęp­nych kosz­tów, oczy­wi­ście. A zysk za­po­wia­da się astro­no­micz­ny. Wiesz, ile płacą Chiń­czy­cy za gram sprosz­ko­wa­nej kości smoka…? Nie wiesz… Ja też nie wiem do­kład­nie, ale po­dob­no… bar­dzo… bar­dzo dużo. Wie­rzą, że pro­szek ze smo­czych kości od­mła­dza. Tu leżą tony su­row­ca. Je­stem bo­ga­ty, Emmo. Ja je­stem mi­lio­ne­rem, a ty je­steś tru­pem. Stary się na­pa­to­czył, więc pój­dzie do pie­kła przy oka­zji. Dla­cze­go i tobie nie pro­po­nu­ję spół­ki…? To chyba jasne… Panna Wat­son przed­kła­da ka­rie­rę ponad złoto ca­łe­go świa­ta. To po pierw­sze! A po dru­gie: do­dat­ko­wy wspól­nik, mniej do­la­rów w kie­sze­ni. Dla­te­go teraz pan Wei, któ­re­go to­wa­rzy­stwo za­wdzię­cza­my skraj­nie scep­tycz­ne­mu na­sta­wie­niu pana Lee do spół­ek z bia­ły­mi ludź­mi, za­głę­bi swój orien­tal­ny scy­zo­ryk w tcha­wi­cy panny Wat­son. A w tym samym cza­sie… ja wy­pró­bu­ję ku­lo­od­por­ność Sta­re­go Grin­go. Finał, ukło­ny, okla­ski!

Po­wie­trze roz­darł urwa­ny świst, przy­po­mi­na­ją­cy kwi­le­nie ata­ku­ją­ce­go so­ko­ła. Emma padła w ob­ję­cia sta­re­go. Ciem­ność skry­wa­ła więk­szą część niszy, jed­nak do­ko­ła czuło się ruch, sły­sza­ło od­głos sza­mo­ta­ni­ny. Kręgi dwóch lamp, Jacka i Grin­go, śmi­ga­ły po ska­la­nych na­wi­sach. Rap­tem zbie­gły się w jeden punkt: wy­ce­lo­wa­ły we wła­ści­we miej­sce… Wei wi­siał bez­wład­nie w ob­ję­ciach ja­kie­goś zwie­rzę­cia, po­kro­jem przy­po­mi­na­ją­ce­go gada. Mon­strum za­ci­ska­ło szczę­ki na gar­dle nie­szczę­śni­ka, a po­wta­rza­ją­ce się od­gło­sy ssa­nia i prze­ły­ka­nia nie­omyl­nie za­wia­da­mia­ły, że wcią­ga kok­tajl z chiń­skiej po­so­ki. Kiedy zje­ży­ło grzbiet, długi rząd ro­go­wych tarcz przy­po­mniał Emmie wi­ze­run­ki smo­ków, ja­ki­mi ilu­stro­wa­no ksią­żecz­ki z baj­ka­mi dla dzie­ci. Sko­ło­wa­ny Jack stał z re­wol­we­rem w wy­cią­gnię­tej dłoni: nie był w sta­nie pod­jąć de­cy­zji, w którą stro­nę po­słać śmier­cio­no­śny ła­du­nek. Emma wci­snę­ła w dłoń sta­re­go ma­leń­kie­go sharp­sa, wy­ma­ca­ne­go na samym dnie prze­past­nej kie­sze­ni ba­weł­nia­nych por­tek. Jack wi­dząc, że po­chło­nię­ta kon­sump­cją ga­dzi­na chwi­lo­wo nie przed­sta­wia sobą więk­sze­go za­gro­że­nia, zde­cy­do­wał się osta­tecz­nie i wy­mie­rzył w kie­run­ku Emmy. Stary bły­ska­wicz­nie za­mie­nił się miej­sca­mi z ko­bie­tą, osła­nia­jąc ją wła­snym cia­łem. Oba strza­ły padły jed­no­cze­śnie. Jack przy­kuc­nął, cicho jęk­nął, padł na twarz z sze­ro­ko roz­ło­żo­ny­mi ra­mio­na­mi, jakby pró­bo­wał objąć w pasie starą Ma­teń­kę Zie­mię. Trzy po­zo­sta­łe kule ulo­ko­wał Grin­go w ciele ma­łe­go po­two­ra.

6.

Świe­ża krew wsią­ka­ła na­tych­miast w wy­schnię­ty grunt, zna­cząc spę­ka­ną zie­mię bor­do­wy­mi pla­ma­mi. Trop był do­kład­nie wi­docz­ny nawet z per­spek­ty­wy koń­skie­go grzbie­tu. Pły­nę­li ła­god­nym kłu­sem, bez więk­sze­go po­spie­chu; ranne zwie­rzę, choć bie­gło bar­dzo szyb­ko, nie mogło się prze­cież za­nad­to od­da­lić.

– Kim… czym jest hom­bre-mo­squ­ito? – Emma, z wro­dzo­ną gra­cją, szy­bo­wa­ła w sio­dle, a szcze­gól­nie roz­kosz­nie fa­lo­wa­ły jej ob­fi­te pier­si, wzbu­dza­ne mo­no­ton­nym ru­chem.

– Fi­gu­rą z bajek miej­sco­wej ciem­no­ty. Jedni opi­su­ją go jako ma­łe­go smoka, inni widzą w nim zło­śli­we­go kra­sna­la. Przy­le­pia­ją mu pa­skud­ną ety­kie­tę… krwio­pij­cy. Prze­waż­nie ata­ku­je bydło, nie gar­dzi też ludz­ką juchą.

– A wiesz… to nawet by się zga­dza­ło… Tam, w ja­ski­ni, w tym świe­tle, gdy się stro­szył, przy­po­mi­nał mi smocz­ka z ksią­żecz­ki dla dzie­ci. Gdy wy­pa­dli­śmy za nim wyj­ściem po­mię­dzy ska­ła­mi, a on biegł tak szyb­ciut­ko na kró­ciut­kich nóż­kach i tak śmiesz­nie ko­ły­sał się w bio­drach, wglą­dał jak prze­bra­ny ka­rze­łek, czmy­cha­ją­cy z cyrku przed gnie­wem dy­rek­to­ra.

– Masz więc swo­je­go smoka… ży­we­go! Zna­czy się… jesz­cze ży­we­go.

– Grin­go, to fan­ta­stycz­ne! To jest moż­li­we… Po­słu­chaj… Je­że­li wie­rzyć Dar­wi­no­wi: zwie­rzę zmie­nia przez wieki po­stać, przy­sto­so­wu­jąc się do śro­do­wi­ska. Śro­do­wi­sko di­no­zau­rów już nie ist­nie­je. Może jakiś ga­tu­nek prze­trwał mi­lio­ny lat, skar­lał i przy­sto­so­wał się do życia w na­szym świe­cie…

– Wsko­czył do rzeki.

– Co?

– Pró­bu­je prze­pły­nąć na drugą stro­nę. – Stary po­ka­zał pal­cem żół­to­zie­lo­ny obiekt, wal­czą­cy z rwą­cym nur­tem. – W gó­rach mu­sia­ło padać: rzeka wez­bra­ła. Zła­pię two­je­go smoka. – Grin­go za­chwiał się w sio­dle i o mało nie runął na zie­mię; obie dło­nie za­ci­snął kon­wul­syj­nie na łęku.

– Źle się czu­jesz?! – Ser­cem Emmy tar­gnął nie­po­kój.

– Obe­rwa­łem. Jack nawet cel­nie strze­lał.

– Jezu!

– Nic, nic… dro­biazg. Kula prze­szła na wylot. Nie zła­ma­ła kości, nie uszko­dzi­ła żad­ne­go or­ga­nu. Szczę­ście! Nawet spe­cjal­nie nie krwa­wię. Tro­chę pali w środ­ku.

– Dałam się na­brać: byłam pewna, że je­steś ku­lo­od­por­ny.

– No, ale mamy ko­lej­ne do­świad­cze­nie: je­stem ku­lo­prze­źro­czy­sty. Dobra… idę po smoka.

– Grin­go, to wa­riac­two! W dupie ze smo­kiem! Czego żeś się uparł…?

– Don­ki­szo­te­ria.

– Co?!

– Stro­na sto trzy­dzie­sta druga, pierw­sza li­nij­ka od góry. – Stary grze­bał przez chwi­lę w wy­pcha­nym juku, wy­cią­gnął jakiś opa­sły tom i pod­su­nął pod nos za­sko­czo­nej ko­bie­cie.

Emma otwo­rzy­ła książ­kę w miej­scu za­zna­czo­nym za­kład­ką i po­bie­gła wzro­kiem ku za­da­nym wer­se­tom: „…raz nad brze­giem rzeki, zo­ba­czyw­szy wy­cho­dzą­ce­go z niej ogni­ste­go smoka, sko­czył doń i tak sil­nie ści­snął go rę­ko­ma za gar­dło, że smok, nie mogąc od­dy­chać, za­nu­rzył się na dno, a ry­cerz ani pu­ścił swej zdo­by­czy i po­szedł z nim na dno”. Gdy Emma unio­sła oczy znad po­żół­kłych kar­tek, koń sta­re­go, z jeźdź­cem na grzbie­cie, wal­czył już ze spie­nio­nym od­mę­tem, po brzuch za­nu­rzo­ny w wo­dzie.

Ko­bie­ta pod­nio­sła wa­la­ją­cą się na brze­gu książ­kę i wy­cią­gnę­ła roz­dzie­la­ją­cą karty za­kład­kę. Ktoś przy­spo­so­bił do funk­cji za­kład­ki bilet wi­zy­to­wy. Woda roz­my­ła druk, ale per­so­na­lia wła­ści­cie­la były jesz­cze wi­docz­ne. „Am­bro­se Gwi­nett Bier­ce” – prze­czy­ta­ła i po­my­śla­ła, że to pew­nie ten facet, który gapił się przez lor­net­kę, nim sko­czył w nurt za ko­nio­kra­da­mi. Strze­la­li. Od­waż­ny! Sze­ryf albo straż­nik Tek­sa­su… Rzeka utu­li­ła. Szu­kał kło­po­tów, zna­lazł śmierć. Ona wo­la­ła uda­wać, że ni­cze­go nie widzi. Nie wtyka nosa w cudze spra­wy; dosyć ma wła­snych pro­ble­mów… Jeden muł z za­przę­gu oku­lał. Grze­chot­nik mo­ka­sy­no­wy urą­bał Chiń­czy­ka, gdy ten zbie­rał zioła na za­pra­wę do wódki. Wy­zio­nął ducha cicho i spo­koj­nie, bez słowa skar­gi, sie­dząc na wozie w ulu­bio­nej po­zy­cji: ze źdźbłem trawy w zę­bach, opar­ty ple­ca­mi o ko­zioł. Mul­nik się upił z roz­pa­czy i spał na pace – urżnął­by się z ra­do­ści, gdyby było się z czego ra­do­wać, a gdyby nie było się czym mar­twić, uchlał­by się i tak, dla za­sa­dy, bo był po pro­stu pi­ja­kiem – a ona sama ko­pa­ła ten pie­przo­ny dół; nie rzuci prze­cież żółt­ka sępom na po­żar­cie. Na wozie grze­ją się skrzyn­ki te­qu­ili, do gra­ni­cy jesz­cze kil­ka­dzie­siąt mil, a w jej ob­skur­nej spe­lu­nie, w par­szy­wym Lo­ne­so­me Dove, w ze­szłym ty­go­dniu wy­schła ostat­nia kro­pla whi­sky.

*****

W li­sto­pa­dzie 1913 roku przy­by­wa do tar­ga­ne­go re­wo­lu­cją Mek­sy­ku Am­bro­se Bier­ce, ame­ry­kań­ski dzien­ni­karz, no­we­li­sta, afo­ry­sta, scep­tyk i mi­zan­trop. Roz­go­ry­czo­ny nie­po­wo­dze­nia­mi ży­cio­wy­mi, gnę­bio­ny po­stę­pu­ją­cą cho­ro­bą, marzy o śmier­ci god­nej praw­dzi­we­go męż­czy­zny. Dal­sze losy pi­sa­rza skry­wa mgła ta­jem­ni­cy, oży­wia li­te­rac­ka fik­cja.

Armia Sta­nów Zjed­no­czo­nych in­ter­we­niu­je pod­czas re­wo­lu­cji w Mek­sy­ku, w 1916 roku, w od­po­wie­dzi na przy­gra­nicz­ne akty ter­ro­ru, do­ko­na­ne przez woj­ska Pan­cho Villi.

W 1987 roku pu­er­to­ry­kań­ski komik, Si­lve­rio Perez, na­da­je prze­śmiew­cze imię chu­pa­ca­bra (wy­sy­sacz kóz) – czło­wie­ko­wi-ko­ma­ro­wi (hom­bre-mo­squ­ito) – ta­jem­ni­cze­mu zwie­rzę­ciu z le­gend la­ty­no­ame­ry­kań­skich. Chu­pa­ca­bra staje się po­pu­lar­nym ele­men­tem kul­tu­ry ma­so­wej obu Ame­ryk.

Kości di­no­zau­ra zna­le­zio­no po raz pierw­szy na te­re­nie Mek­sy­ku w 2013 roku, w po­bli­żu miej­sco­wo­ści Great Ce­pe­da.

Be Sociable, Share!

Polityka prywatności

Podstawa prawna RODO

Zgodnie z art. 13 ust. 1 i ust. 2 rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (RODO), informujemy

Administrator Danych Osobowych

Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest firma PIKTOGRAM. z siedzibą w Warszawie, ul. Międzynarodowa 38/40, kod pocztowy 03-922, adres e-mail: biuro@wydawnictwopiktogram.pl, tel. 601312342

Cel i interes

Przetwarzanie Pani/Pana danych osobowych będzie się odbywać na podstawie art. 6 RODO i w celu marketingowym Administrator powołuje się na prawnie uzasadniony interes, którym jest zbieranie danych statystycznych i analizowanie ruchu na stronie internetowej.

Dobrowolne wyrażenie zgody poprzez ustawienia przeglądarki

Podanie danych osobowych na stronie internetowej www.sylwetka-uroda-zdrowie.pl jest dobrowolne. Podstawą przetwarzania danych jest moja zgoda. Mam wpływ na przeglądarkę internetową i jej ustawienia. Odbiorcami danych osobowych mogą być Google, Facebook,. Mam prawo wycofania zgody w dowolnym momencie poprzez zmianę ustawień w przeglądarce. Dane osobowe będą przetwarzane i przechowywane w zależności od okresu używania technologii. Mam prawo zażądania od administratora dostępu do moich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania tych danych, a także prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego. Profilowanie używane jest w Google Analytics, Google AdWords, Facebook Pixel. W sytuacji wniesienia sprzeciwu wobec profilowania, prosimy zoptymalizować odpowiednio przeglądarkę.

W przypadku pytań dotyczących przetwarzania danych osobowych prosimy o kontakt . Sposoby kontaktu z inspektorem ochrony danych w firmie Piktogram z siedzibą w Warszawie, to: adres korespondencyjny ul.Międzynarodowa 38/40a/204, adres e-mail: biuro@wydawnictwopiktogram.p., tel. 60131234.

Czas przetwarzania danych osobowych

Pani/Pana dane osobowe będą przechowywane przez okres od 30 dni do 5 lat do czasu wykorzystywania możliwości marketingowych i analizy danych potrzebnych do prowadzenia działalności gospodarczej.

Prawa użytkownika strony internetowej

Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych osobowych, prawo do ich sprostowania, usunięcia, jak i również prawo do ograniczenia ich przetwarzania/ prawo do cofnięcia zgody, prawo do przenoszenia danych, prawo do wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania Pani/Pana danych osobowych. Przysługuje Pani/Panu prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego, jeśli Pani/Pana zdaniem, przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana – narusza przepisy unijnego rozporządzenia RODO. 

Kim jesteśmy

Adres naszej strony internetowej to: http://fantazja-sensacja-przygoda.pl.

Jakie dane osobiste zbieramy i dlaczego je zbieramy

Komentarze

Kiedy odwiedzający witrynę zostawia komentarz, zbieramy dane widoczne w formularzu komentowania, jak i adres IP odwiedzającego oraz podpis jego przeglądarki jako pomoc przy wykrywaniu spamu.

Zanonimizowany ciąg znaków stworzony na podstawie twojego adresu email (tak zwany hash) może zostać przesłany do usługi Gravatar w celu sprawdzenia czy jej używasz. Polityka prywatności usługi Gravatar jest dostępna tutaj: https://automattic.com/privacy/. Po zatwierdzeniu komentarza twój obrazek profilowy jest widoczny publicznie w kontekście twojego komentarza.

Media

Jeśli jesteś zarejestrowanym użytkownikiem i wgrywasz na witrynę obrazki, powinieneś unikać przesyłania obrazków z tagami EXIF lokalizacji. Odwiedzający stronę mogą pobrać i odczytać pełne dane lokalizacyjne z obrazków w witrynie.

Formularze kontaktowe

Ciasteczka

Jeśli zostawisz na naszej witrynie komentarz, będziesz mógł wybrać opcję zapisu twojej nazwy, adresu email i adresu strony internetowej w ciasteczkach, dzięki którym podczas pisania kolejnych komentarzy powyższe informacje będą już dogodnie uzupełnione. Te ciasteczka wygasają po roku.

Jeśli masz konto i zalogujesz się na tej witrynie, utworzymy tymczasowe ciasteczko na potrzeby sprawdzenia czy twoja przeglądarka akceptuje ciasteczka. To ciasteczko nie zawiera żadnych danych osobistych i zostanie wyrzucone kiedy zamkniesz przeglądarkę.

Podczas logowania tworzymy dodatkowo kilka ciasteczek potrzebnych do zapisu twoich informacji logowania oraz wybranych opcji ekranu. Ciasteczka logowania wygasają po dwóch dniach, a opcji ekranu po roku. Jeśli zaznaczysz opcję „Pamiętaj mnie”, logowanie wygaśnie po dwóch tygodniach. Jeśli wylogujesz się ze swojego konta, ciasteczka logowania zostaną usunięte.

Jeśli zmodyfikujesz albo opublikujesz artykuł, w twojej przeglądarce zostanie zapisane dodatkowe ciasteczko. To ciasteczko nie zawiera żadnych danych osobistych, wskazując po prostu na identyfikator przed chwilą edytowanego artykułu. Wygasa ono po 1 dniu.

Osadzone treści z innych witryn

Artykuły na tej witrynie mogą zawierać osadzone treści (np. filmy, obrazki, artykuły itp.). Osadzone treści z innych witryn zachowują się analogicznie do tego, jakby użytkownik odwiedził bezpośrednio konkretną witrynę.

Te witryny mogą zbierać informację o tobie, używać ciasteczek, dołączać dodatkowe, zewnętrzne systemy śledzenia i monitorować twoje interakcje z osadzonym materiałem, włączając w to śledzenie twoich interakcji z osadzonym materiałem jeśli posiadasz konto i jesteś zalogowany w tamtej witrynie.

Analiza statystyk

Z kim dzielimy się danymi

Jak długo przechowujemy twoje dane

Jeśli zostawisz komentarz, jego treść i metadane będą przechowywane przez czas nieokreślony. Dzięki temu jesteśmy w stanie rozpoznawać i zatwierdzać kolejne komentarze automatycznie, bez wysyłania ich do każdorazowej moderacji.

Dla użytkowników którzy zarejestrowali się na naszej stronie internetowej (jeśli tacy są), przechowujemy również informacje osobiste wprowadzone w profilu. Każdy użytkownik może dokonać wglądu, korekty albo skasować swoje informacje osobiste w dowolnej chwili (nie licząc nazwy użytkownika, której nie można zmienić). Administratorzy strony również mogą przeglądać i modyfikować te informacje.

Jakie masz prawa do swoich danych

Jeśli masz konto użytkownika albo dodałeś komentarze w tej witrynie, możesz zażądać dostarczenia pliku z wyeksportowanym kompletem twoich danych osobistych będących w naszym posiadaniu, w tym całość tych dostarczonych przez ciebie. Możesz również zażądać usunięcia przez nas całości twoich danych osobistych w naszym posiadaniu. Nie dotyczy to żadnych danych które jesteśmy zobligowani zachować ze względów administracyjnych, prawnych albo bezpieczeństwa.

Gdzie przesyłamy dane

Komentarze gości mogą być sprawdzane za pomocą automatycznej usługi wykrywania spamu.

Twoje dane kontaktowe

Informacje dodatkowe

Jak chronimy twoje dane?

Jakie mamy obowiązujące procedury w przypadku naruszenia prywatności danych

Od jakich stron trzecich otrzymujemy dane

Jakie automatyczne podejmowanie decyzji i/lub tworzenie profili przeprowadzamy z użyciem danych użytkownika

Branżowe wymogi regulacyjne dotyczące ujawniania informacji